Kto nie bierze prezentów, ten nie gra w finale

robertinho

7 maja 2009, 02:06

54 komentarze
Cóż to był za mecz! Aż do tej pory serce pracuje na podwyższonych obrotach, bo tak dużej dawki adrenaliny nie otrzymało już bardzo dawno. Kiedy tak naprawdę pogodzeni z przegraną kibice Blaugrana na całym świecie liczyli na cud, ten cud się zdarzył.

Teraz, starając się na chłodno pozbierać myśli, próbuję dociec co tak naprawdę wydarzyło się w tym dwumeczu i po dłuższej analizie obu tych spotkań można stwierdzić, że którakolwiek z drużyn by nie awansowała, to przegrani nie mogliby czuć się nie pokrzywdzeni przez los, sędziego, kibiców, itp. itd.

W pierwszym meczu na Camp Nou, Chelsea miała prowadzić otwarty futbol, o czym na konferencji prasowej mówił Guus Hiddink. Jednakże co było potem wszyscy dobrze widzieli. Angielska drużyna zamurowała swoje pole karne i udało jej się wywieźć bezbramkowy remis, co w tym sezonie jest ewenementem - jedyny mecz, w którym Barça nie zdobyła gola na własnym terenie. Sama Blaugrana nie zagrała wtedy najlepszego spotkania, ale zremisowała go na własne życzenie. W ciągu ostatnich dwudziestu minut niemal stuprocentowe akcje marnowali kolejno Eto'o, Bojan i Hleb. Również swoją cegiełkę dorzucił sędzia Wolfgang Stark. Najpierw nie podyktował rzutu karnego dla Barçy, po wyraźnym faulu Alexa na Henrym, a potem powinien ukarać drugą żółtą kartką Michaela Ballacka za uderzenie łokciem Iniestę. Chelsea z kolei dostała w tym meczu jeden ogromny prezent w 37. minucie. Po błędzie Márqueza w sytuacji sam na sam znalazł się Didier Drogba, ale nie potrafił zamienić jej na bramkę.

Jeżeli uważnie się przypatrzeć, to wczorajszy mecz był bardzo podobny do tego sprzed dziewięciu dni na Camp Nou. Zasadniczą różnicą była tylko bramka Essiena z dziewiątej minuty. Ale poza tym? Chelsea miała 3-4 dogodne sytuacje, po których mogła zdobyć kolejne gole, ale nie wykorzystała swoich okazji. Dodatkowo, sędzia spotkania mógł podyktować rzut karny po zagraniu ręką Gerarda Pique. Co więcej, w odróżnieniu od Ballacka, za - może trochę przypadkowy - faul, zasłużenie wyleciał z boiska Abidal. A Barcelona? Cały mecz biła głową w mur, ale tak samo jak w pierwszym meczu Chelsea, tak i Barça dostała od obrony rywali prezent. To właśnie fatalne wybicie - a raczej jego brak - Essiena, sprawiło, że szczelna do tej pory obrona Anglików się rozsypała, Messi przejął piłkę, wycofał do Iniesty, który dał Barcelonie awans.

Po pierwszym spotkaniu, Pep Guardiola posyłał gromy na głowę Wolfganga Starka. Po wczorajszym spotkaniu Guus Hiddink jakby tylko mógł, to sam porachowałby się z sędzią. Jeśli popatrzeć na ten mecz z perspektywy neutralnego kibica, to Chelsea może winić tylko siebie za brak awansu do finału. Nie chcę wyrokować, kto był lepszy i kto bardziej zasługiwał na awans, bo tego obiektywnie ocenić się nie da. Dwumecz pomiędzy Barceloną i Chelsea był dwumeczem błędów. Piłkarskie szachy jakie zafundowały nam obie drużyny zakończyły się na korzyść Dumy Katalonii, a jak powiedział sam Pep po pierwszym meczu: "eksperci mówią, iż losy awansu w LM rozstrzygają sie w szczegółach, a Barcelonie tych szczegółów zabrakło". To drużyna Guardioli wykorzystała prezent - szczegół - od rywali i to ona zagra w finale.

[źródło: Własne]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (54)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze