Dlaczego z Porto w ćwierćfinale?
Jeśli mógłbym wybrać dla Barcelony przeciwnika w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, w ciemno wziąłbym FC Porto. Nie tylko dlatego, iż to teoretycznie najsłabszy przeciwnik w stawce (może poza Villarrealem, ale ten zna nas na wylot). Także dlatego, że przynajmniej dwie angielskie drużyny zagrają wówczas ze sobą, a przy odrobinie szczęścia, może i cztery. Wyobraźcie sobie dwumecz Liverpool - Manchester i to, że jeden z tych wielkich klubów odpaść musi. Liga Mistrzów straciłaby wówczas wielkiego faworyta, co jednocześnie zwiększyłoby nasze szanse na końcowy sukces.
O tym, że najgorzej trafić na Liverpool napisano już bardzo dużo. Zespół Beniteza ma niesamowitą zdolność do rozgrywania wielkich spotkań, kiedy patrzy na niego cały piłkarski świat. A skoro Realowi i Manchesterowi strzelił ostatnio osiem bramek, to znaczy, iż co najmniej kilka może też zaaplikować Barcelonie. The Reds zostawmy sobie na deser, bo nie jest prawdą, że aby wygrać najcenniejsze klubowe trofeum trzeba zwyciężyć z najlepszymi. Może poza finałem, ale aby się w nim znaleźć, należy okazać się lepszym od tylko trzech przeciwników. Trzech z szesnastu, jacy grają w fazie pucharowej. I jak pokazał poprzedni sezon, niekoniecznie muszą być to rywale z najwyższej półki (Celtic, Schalke).
Nie rozumiem więc dlaczego tak wiele osób już teraz chce rywalizacji z możnymi europejskiej piłki. Dlatego, że to prestiż? Że kiedy pokonamy Manchester czy Liverpool nikt nam już nie stanie na drodze? Ale skoro walczymy o mistrzostwo i Puchar Mistrzów, dlaczego w ćwierćfinale chcemy rywala, który wymagać od nas będzie uwolnienia wszelkich rezerw możliwości. Jeśli w maju podniesiemy w górę najcenniejsze klubowe trofeum, dla kogo będzie ważne to, że w ćwierćfinale pokonaliśmy Porto? Czy może dwumeczem z obrońcą trofeum chcemy zaspokoić swoje ego, aby już po ćwierćfinale stwierdzić, że jesteśmy najlepsi?
Aby rozwiać wątpliwości, nie umniejszam klasy Portugalczykom, bo na szacunek zasługują, znaleźli się w końcu w ósemce najlepszych drużyn Europy. Ale mimo wszystko uważam, że mają za mało atutów, aby przeciwstawić się dobrze grającej Barcelonie. Dobrze grającej, a niekoniecznie unoszącej się nad ziemią, jak jesienią pisał o zespole Guardioli pewien polski dziennikarz. Tego unoszenia się nad ziemią wymagać będą z kolei kluby, które, podobnie jak my, są faworytami do końcowego triumfu.
Ale jeśli jednak wylosujemy najsilniejszego rywala, nikt płakał nie będzie. Wtedy faktycznie uznam, że aby zdobyć Puchar Mistrzów, trzeba pokonać najlepszych. Przynajmniej w sezonie 2008/09.
O tym, że najgorzej trafić na Liverpool napisano już bardzo dużo. Zespół Beniteza ma niesamowitą zdolność do rozgrywania wielkich spotkań, kiedy patrzy na niego cały piłkarski świat. A skoro Realowi i Manchesterowi strzelił ostatnio osiem bramek, to znaczy, iż co najmniej kilka może też zaaplikować Barcelonie. The Reds zostawmy sobie na deser, bo nie jest prawdą, że aby wygrać najcenniejsze klubowe trofeum trzeba zwyciężyć z najlepszymi. Może poza finałem, ale aby się w nim znaleźć, należy okazać się lepszym od tylko trzech przeciwników. Trzech z szesnastu, jacy grają w fazie pucharowej. I jak pokazał poprzedni sezon, niekoniecznie muszą być to rywale z najwyższej półki (Celtic, Schalke).
Nie rozumiem więc dlaczego tak wiele osób już teraz chce rywalizacji z możnymi europejskiej piłki. Dlatego, że to prestiż? Że kiedy pokonamy Manchester czy Liverpool nikt nam już nie stanie na drodze? Ale skoro walczymy o mistrzostwo i Puchar Mistrzów, dlaczego w ćwierćfinale chcemy rywala, który wymagać od nas będzie uwolnienia wszelkich rezerw możliwości. Jeśli w maju podniesiemy w górę najcenniejsze klubowe trofeum, dla kogo będzie ważne to, że w ćwierćfinale pokonaliśmy Porto? Czy może dwumeczem z obrońcą trofeum chcemy zaspokoić swoje ego, aby już po ćwierćfinale stwierdzić, że jesteśmy najlepsi?
Aby rozwiać wątpliwości, nie umniejszam klasy Portugalczykom, bo na szacunek zasługują, znaleźli się w końcu w ósemce najlepszych drużyn Europy. Ale mimo wszystko uważam, że mają za mało atutów, aby przeciwstawić się dobrze grającej Barcelonie. Dobrze grającej, a niekoniecznie unoszącej się nad ziemią, jak jesienią pisał o zespole Guardioli pewien polski dziennikarz. Tego unoszenia się nad ziemią wymagać będą z kolei kluby, które, podobnie jak my, są faworytami do końcowego triumfu.
Ale jeśli jednak wylosujemy najsilniejszego rywala, nikt płakał nie będzie. Wtedy faktycznie uznam, że aby zdobyć Puchar Mistrzów, trzeba pokonać najlepszych. Przynajmniej w sezonie 2008/09.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (75)