Jedna porażka kryzysu nie czyni

Jacek Kurant

23 lutego 2009, 21:40

27 komentarzy
I znów muszę przywołać zjawisko paradoksu statystycznego, który Barcelonie wywróżyłem niestety. A po meczach z Racingiem czy Betisem wydawało się, że tę drużynę przez długi czas żadne licho nie dotknie. Barça zuchwale kroczyła po ligowy rekord Arsenalu, a równą wysoką formą nie dawała podstaw do wygłaszania obiekcji odnośnie szans na stworzenie własnego rekordu niepokonanych. Aż w końcu nadszedł ten czas, kiedy wszystkie niekorzystne, z pozoru drobne, czynniki złożyły się w całość i powaliły potężną Blaugranę.

Chlubną wędrówkę niezwyciężonych w ligowych bojach Barça zakończyła na liczbie 22. Nie jest to nawet połowa tego, co Arsenal osiągnął w latach 2003-04. A przecież drużyna Pepa Guardioli gra w piłkę piękną, jakby zesłaną z innego wymiaru. To jeszcze bardziej podkreśla niesamowity wyczyn Kanonierów, który z chwilą klęski Barcelony osiągnął nieśmiertelność.

Niespodziewanie sposób na Barcelonę znalazł rywal czyhający za rogiem, któremu bliżej do ligowych slumsów niż do centrum metropolii La Liga. Z bliska przyglądając się nieziemskiej grze sąsiada, wypatrzył słaby punkt i wykorzystał go do zdobycia punktów cennych w walce o utrzymanie się w aglomeracji La Liga, a przy okazji zyskał splendor i miano biblijnego Dawida.

Sam fakt pokonania lidera ligi hiszpańskiej przez Espanyol jest godny podziwu, ale sposób jakim drużyna przystopowała Barcelonę jest już mniej chwalebny. Okazuje się, że monolit Guardioli traci moc, gdy zabrania mu się zabawy z piłką. Wiele drużyn kombinowało jak tego dokonać, ale wszelkie próby zgodne ze sportową rywalizacją spalały na panewce. Espanyol wymyślił, że zabawę można przerwać zaogniając zimne i spokojne głowy. Brutalne i umyślne faule okazały się niestety skuteczne. Barça zaczęła odpowiadać tym samym. Oliwy do ognia dolał także arbiter, gdy nie ukarał Sergio Sancheza kartką za brzydki faul na Ericu Abidalu, a następnie niesłusznie wykluczył z boiska Seydou Keitę. Po takich incydentach nawet lodowiec zaczyna zmieniać stan skupienia na lotny.

Gdy wkrada się nerwowość, pojawiają się błędy indywidualne. Te z kolei bardzo źle wpływają na morale drużyny. Trudno wówczas o konsekwentne realizowanie planu. Dwie klarowne niewykorzystane sytuacje Henry'ego, niepotrzebny błąd Valdésa i trzeba było odrabiać dwie bramki grając w dziesiątkę. To był nokaut. Barça próbowała się po nim pozbierać, ale trudno było konstruować akcje w oparciu o ataki pozycyjne, mając jednego zawodnika mniej niż przeciwnik. Dodatkowym utrudnieniem była świadomość ważnego wtorkowego spotkania w Lyonie. Najgorsze co mogło się przytrafić to kolejne kontuzje po fizycznych utarczkach ze zdeterminowanymi piłkarzami Espanyolu.

Mówienie o kryzysie Barçy w odniesieniu do sobotniego meczu derbowego byłoby nadinterpretacją faktów. Wszak, mimo wielu przeciwności, Barcelona w spotkaniu dominowała, tak jak w innych zwycięskich meczach. Prawie dwa razy dłużej utrzymywała się przy piłce, dużo strzelała. Espanyol mierzył w bramkę Valdésa tylko dwukrotnie, ale za to skutecznie. To jest właśnie ten nieszczęsny paradoks statystyczny.

Tak czy inaczej, Barcelona skomplikowała sobie sytuację poważnie. Kontuzje Abidala i Iniesty dodają tylko zmartwień Guardioli. Przed nimi ważne mecze z Olympique Lyon w Lidze Mistrzów i spotkanie z Atletico Madryt w La Liga. Nie można już prowokować losu, bo Real Madryt coraz bliżej, a i Puchar Europy zaprzepaścić jest bardzo łatwo. Barça zostanie teraz poddana prawdziwym testom na wielkość. W połowie marca poznamy wynik i przekonamy się, na co tak naprawdę tę drużynę stać.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (27)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze