Już dziś, o godzinie 22 po raz 157. świat ujrzy zwartych w uścisku odwiecznych rywali - dumnych Kastylijczyków i niesfornych Katalończyków, w największym piłkarskim klasyku świata. Koniec więc z wyważonymi wypowiedziami, przymilnym głaskaniem, komplementami pod adresem oponentów, zapewnieniami o ostrożności i innymi sprawami, które są już tylko cieniem, niezauważalnym dla obserwatorów spektaklu. Niech ostatni uścisk dłoni Raúla i Puyola, położy kres wszelkim układom, sympatiom i uprzejmościom. Był na to czas tydzień temu, wczoraj i dziś z rana. Teraz przeszłość nie ma już znaczenia i tylko jakieś jej skrawki pozostają w pamięci kibiców. Wczoraj już się nie liczy, a jutra nie będzie. Nastała pora gniewu i nienawiści, a świat wstrzymał oddech, bowiem na ringu dwaj tytani stoczą decydującą batalię. Mgła zapomnienia spowiła statystyki. Nie ma rankingów, tabelek, wykresów - nikt o nich nie mówi. Ale nie przez wzgląd na dobre maniery, choć przypominanie ich byłoby nietaktem, ale fakt, że to tylko małe cyferki i śmieszne słupki, których nikt nie bierze na poważnie. Zresztą nie zmieściłyby się one w głowach, tak ciężkich i zmęczonych od analiz i szukania odpowiedzi na przytłaczający ogrom pytań.
Czy piłkarze Królewskich wytrzymają presję 98 000 par oczu, które wlepione w nich gniewnie towarzyszyć będą przez cały czas, czekając tylko na to, aby wyszydzić każdy, nawet najdrobniejszy błąd? Tych pełnych pasji spojrzeń spalających do cna osobę, która nieopatrznie nie opuści w porę wzroku. Gałek, tak od siebie różnych; tych młodych, pełnych wiary i naiwności, które Barcelonę wyssały z mlekiem matki, nie do końca jeszcze pojmujących wagę wydarzeń, których właśnie są świadkami. Również innych, żywych i bystrych, które bacznie śledzą wszystko spod złowrogo zmarszczonych brwi. Ale także tych starszych - zmęczonych, przepłukanych łzami i przetartych chustką, gdy wzruszały się widząc gole Koemana, Neeskensa, czy Suáreza, pamiętające rozpaczliwe szukanie nadziei, gdy porwano Quiniego i również tych, już coraz rzadszych, bardziej zawodnych, które zmieniały się w wodospady rozpaczy na wieść o morderstwie Josepa Suñola. Czy znajdzie się pośród piłkarzy "Blancos" człowiek, który odeprze te jakże różne, ale zarazem zjednoczone we wspólnej pasji spojrzenia i czy zdoła udźwignąć oddech dyszącego ciężko na kark katalońskiego potwora? Monstrum zlanego ze stutysięcznego tłumu, paraliżującego swą niemal bezpośrednią i namacalną bliskością niczym wąż jadem. Jak na zawodników Realu podziała świadomość, że ten kataloński smok, który za legowisko wybrał sobie trybuny Camp Nou, żywi się ich słabością i zjada kawałek po kawałeczku, czekając ażeby w decydującej chwili, w momencie słabości ryknąć triumfalnie, jak gdyby chciał zagłuszyć wszystkie Frankistowskie bomby spuszczone 70 lat temu na Barcelonę?
Lecz nie tylko Realiści muszą stawić czoła bestii. Kataloński smok, podarował piłkarzom Guardioli swoje serce w zamian za obietnicę składania mu ofiar. A jest on wybredny, jak mało kto. Sam strach, uległość i małość śmiałków stających pod jego jamą nie wystarczy. Żywi się jeszcze pięknem, które mają mu dostarczać namaszczeni przez niego wojownicy. Mają walczyć i zabijać. Miażdżyć kolejnych oponentów na jego oczach, a czym mocniejszy przeciwnik, tym lepsza uczta. Po miesiącach klęsk udało się nieco smoka udobruchać, ale na wieść o przybyciu do Barcelony śmiertelnych przeciwników - wysłanych z polecenia króla tytanów, którzy pognębili Dumę Katalonii, na nowo wezbrał w nim głód. Żąda kolejnej ofiary - najsmaczniejszego kąska, madryckiej ambrozji. Teraz nie da się już ugłaskać, bo poczuł krew i nie odpuści, dokąd nie zobaczy prawdziwej rzezi. Katalończycy doskonale zdają sobie z tego sprawę i wiedzą, jak trudne zadanie ich czeka, a odpowiedzi na pytania pojawiające się w każdym ułamku sekundy zajęłyby niejedno opasłe tomiszcze. Czy starczy Katalończykom woli walki, żeby ostatecznie triumfować? Czy przeciwnicy zastosują fortel, który przechyli szalę zwycięstwa na ich korzyść? Czy ciało nie odmówi posłuszeństwa? Czy fortuna będzie im łaskawą? Czy rywale są słabi, czy może tylko takich udają? Rzucić się na nich od razu, czy czekać, aż nadarzy się okazja i dopiero wówczas zadać pchnięcie? Jak Guardiola ma nastawić swoich podopiecznych przed walką: ma im przypomnieć o goryczy majowej porażki, a może jednak skupić się na podtrzymaniu przeświadczenia o byciu niezniszczalnymi? Czy ich złość zadziała przeciwko nim, czy będzie ich wiernym kompanem? Czy projekcja poprzedniej klęski umotywuje ich, czy raczej załamie? Mają przefrunąć nad rywalem, czy go staranować?
Jedno jest pewne; jeżeli którykolwiek z piłkarzy myśli o zadośćuczynieniu kibicom, musi postawić na szalę zwycięstwa wszystko. Mają poświęcić się dzisiaj w całości - wylać pot, łzy, a nawet krew, jeśli sytuacja będzie tego wymagać. Każdy jeden mięsień musi być napięty do granic możliwości, stawy mają zgrzytać, a z zaciśniętych z bólu zębów lecieć iskry. Gdy na koniec serca będą wyrywały się z piersi waląc z siłą młota, a przy każdym kroku źdźbła trawy sprawiać ból, jak gdyby murawa została ponabijana gwoździami - wówczas piłkarze będą mogli powiedzieć, że zrobili wszystko co tylko się dało. Ale przed Katalończykami jeszcze długa i wyboista droga, pełna pułapek. A każde zawahanie, lub niepewny krok oznaczać może śmierć. Barcelona nie może zboczyć ze ścieżki. Musi wygrać, bez względu na wszystko. Jeśli to się nie stanie, czeka ją piekło, bowiem w tym szczególnym meczu nie ma możliwości remisu; albo jeden wygrywa, albo wszyscy ponoszą klęskę. Na szczęście kapryśny kataloński smok znowu staje murem za FC Barceloną. Poniesie ją na swych skrzydłach i uczyni wszystko, żeby upolowała mu wymarzoną i długo oczekiwaną zdobycz. Oby po raz kolejny kajdany lęku znalazły się na rękach i nogach madrytczyków, a twarze z przerażenia zbladły i zlały się z barwą koszulek. Kataloński smok jest głodny i czas go nakarmić, bo inaczej pożre swojego faworyta. Tym razem jednak nie zadowoli się już przystawkami. Zamarzył sobie na deser dziewicę w śnieżnobiałej sukni, więc trzeba rzucić na kolana i wyciąć w pień jej strażników.
Każdy kto wsłucha się w siebie, usłyszy wewnętrzny warkot i poczuje drżenie. Tak właśnie rodzi się tumult, który będzie jedynym słyszalnym dziś odgłosem. Tak powstaje wrzawa będąca potęgą Barcelony. To właśnie budzi się ta uchowana bestia drzemiąca w każdym kibicu, jednocząc we wspólnym drżeniu serc ludzi w każdym zakątku świata. Ten smok oddaje dziś piłkarzom serce i idzie wraz z nimi ukoić swój głód zemsty. Niech zatem rozpoczną się Derby!
Oto Ci, którzy pójdą na pierwszy ogień:
Barcelona: Valdés - Alves, Márquez, Puyol, Abidal - Touré, Xavi, Busquets - Messi, Eto'o, Henry
Real Madryt: Casillas - Salgado, Cannavaro, Metzelder, Ramos - van der Vaart, Gago, Guti, Drenthe - Higuain, Raúl
Czas zemsty: Barcelona - Real Madryt, 22.00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (255)