Co począć z fantastyczną czwórką?
Ronaldinho, Messi, Eto'o, Henry - czy fantastyczna czwórka z Barcelony może grać razem? "Bogactwo szczęścia nie daje" - mówią złośliwcy do Franka Rijkaarda, wieszcząc nieszczęście w Katalonii.
"Fantastic Four" - tytuł popularnego przed laty komiksu science fiction znów jest na ustach świata. Tym razem piłkarskiego. Przypomniano o nim natychmiast po tym, gdy okazało się, że za 24 mln euro do Barcelony trafi Thierry Henry. Od razu ktoś zauważył, że trzej muszkieterowie Ronaldinho, Eto'o i Messi zmienią się dzięki przyjściu Francuza we wspaniałą czwórkę. Termin ten nie podoba się samym piłkarzom. Henry mówi, że mecze wygrywa się nie w czterech, ale jedenastu. Tyle że nikt nie zwraca na to uwagi. Ma być "Fantastic Four" i jest.
Tyle poezji. Ale futbol żyje też prozą. A proza zaczyna się tam, gdzie trzeba podjąć decyzje, z których na boisku ma urodzić się zwycięstwo. W jaki sposób Frank Rijkaard pomieści w składzie aż czterech graczy ultraofensywnych i jak wyrówna wtedy proporcje między atakiem i obroną?
Holender niechętnie o tym mówi, w ogóle mówcą nie jest. Obiecał tylko, że będą mecze, w których rozentuzjazmowany futbolowy świat zobaczy tych czterech razem. Im jednak Rijkaard mówi mniej, tym problem czwórki jest bardziej palący. Debata trwa na całym świecie - od Ameryki po Azję. Niedawno francuskie pismo "France Football" poświęciło tematowi okładkę. Cytuje włoskiego trenera Ariggo Sacchiego, który był dyrektorem sportowym Realu Madryt w czasach galaktycznych. - A co to za problem? W Realu grali razem Figo, Zidane, Raul i Ronaldo i nikt nawet nie odważył się pomyśleć, by któregoś z nich posadzić na ławce rezerwowych. Luis Fernandez też ma nieco doświadczeń, bo gdy grał w kadrze Francji, za fantastyczną czwórkę uchodziła linia pomocy z nim, Platinim, Giresem i Tiganą. - Myślę, że Rijkaarda czeka ciężka próba. Moim zdaniem nie da się pogodzić rozbudowanego ego czwórki z Barcelony, co doprowadzi do tego, że każdy będzie chciał błyszczeć bardziej niż inni. I zacznie się gra dla siebie zamiast dla drużyny - przestrzega. Próbkę problemu Rijkaard przeżył zimą, gdy Eto'o odmówił wyjścia na boisko, bo Holender o kilka minut spóźnił się z decyzją, by go na nie wpuścić. A potem nazwał Rijkaarda złym człowiekiem i na deser pokłócił się z Ronaldinho. Hiszpańska prasa pisała wtedy, że jeden z tych trzech będzie musiał latem opuścić Barcelonę. Konflikt załagodził prezes Joan Laporta, ale nie sposób powiedzieć, czy na zawsze. Zwłaszcza że po przyjściu Henry'ego sytuacja Eto'o będzie gorsza. Z pewniaka do podstawowej jedenastki staje się pierwszym do zastąpienia. - Nie będę zadowolony, ale godzę się w niektórych meczach pełnić rolę rezerwowego - powiedział niedawno Kameruńczyk. Czy dotrzyma słowa?
Trzeba pamiętać, że pozycja wszystkich z fantastycznej czwórki nie jest taka sama. Niepodważalne miejsce w składzie ma Messi, on wyrastał w Barcelonie, jest tam uwielbiany jak Maradona w Neapolu. Argentyńczyk jest u Rijkaarda nietykalny. Nietykalny jest też Ronaldinho - symbol sukcesu Barçy, najlepszy jej piłkarz, czysty geniusz. A więc wychodzi na to, że albo Eto'o, albo Henry? Rijkaard zachodzi w głowę. W eksperymentach doszedł do tego, że w niektórych meczach przedsezonowych Ronaldinho grał na środku ataku, a typowi łowcy goli Eto'o i Henry jako skrzydłowi. Tylko że Messi był wtedy nieobecny.
A więc co, panie Rijkaard? Bogactwo szczęścia nie daje? Nie daje, ale też go nie odbiera. Znajdźcie na świecie trenera, który nie chciałby mieć takiego problemu.
[źródło: Gazeta]
"Fantastic Four" - tytuł popularnego przed laty komiksu science fiction znów jest na ustach świata. Tym razem piłkarskiego. Przypomniano o nim natychmiast po tym, gdy okazało się, że za 24 mln euro do Barcelony trafi Thierry Henry. Od razu ktoś zauważył, że trzej muszkieterowie Ronaldinho, Eto'o i Messi zmienią się dzięki przyjściu Francuza we wspaniałą czwórkę. Termin ten nie podoba się samym piłkarzom. Henry mówi, że mecze wygrywa się nie w czterech, ale jedenastu. Tyle że nikt nie zwraca na to uwagi. Ma być "Fantastic Four" i jest.
Tyle poezji. Ale futbol żyje też prozą. A proza zaczyna się tam, gdzie trzeba podjąć decyzje, z których na boisku ma urodzić się zwycięstwo. W jaki sposób Frank Rijkaard pomieści w składzie aż czterech graczy ultraofensywnych i jak wyrówna wtedy proporcje między atakiem i obroną?
Holender niechętnie o tym mówi, w ogóle mówcą nie jest. Obiecał tylko, że będą mecze, w których rozentuzjazmowany futbolowy świat zobaczy tych czterech razem. Im jednak Rijkaard mówi mniej, tym problem czwórki jest bardziej palący. Debata trwa na całym świecie - od Ameryki po Azję. Niedawno francuskie pismo "France Football" poświęciło tematowi okładkę. Cytuje włoskiego trenera Ariggo Sacchiego, który był dyrektorem sportowym Realu Madryt w czasach galaktycznych. - A co to za problem? W Realu grali razem Figo, Zidane, Raul i Ronaldo i nikt nawet nie odważył się pomyśleć, by któregoś z nich posadzić na ławce rezerwowych. Luis Fernandez też ma nieco doświadczeń, bo gdy grał w kadrze Francji, za fantastyczną czwórkę uchodziła linia pomocy z nim, Platinim, Giresem i Tiganą. - Myślę, że Rijkaarda czeka ciężka próba. Moim zdaniem nie da się pogodzić rozbudowanego ego czwórki z Barcelony, co doprowadzi do tego, że każdy będzie chciał błyszczeć bardziej niż inni. I zacznie się gra dla siebie zamiast dla drużyny - przestrzega. Próbkę problemu Rijkaard przeżył zimą, gdy Eto'o odmówił wyjścia na boisko, bo Holender o kilka minut spóźnił się z decyzją, by go na nie wpuścić. A potem nazwał Rijkaarda złym człowiekiem i na deser pokłócił się z Ronaldinho. Hiszpańska prasa pisała wtedy, że jeden z tych trzech będzie musiał latem opuścić Barcelonę. Konflikt załagodził prezes Joan Laporta, ale nie sposób powiedzieć, czy na zawsze. Zwłaszcza że po przyjściu Henry'ego sytuacja Eto'o będzie gorsza. Z pewniaka do podstawowej jedenastki staje się pierwszym do zastąpienia. - Nie będę zadowolony, ale godzę się w niektórych meczach pełnić rolę rezerwowego - powiedział niedawno Kameruńczyk. Czy dotrzyma słowa?
Trzeba pamiętać, że pozycja wszystkich z fantastycznej czwórki nie jest taka sama. Niepodważalne miejsce w składzie ma Messi, on wyrastał w Barcelonie, jest tam uwielbiany jak Maradona w Neapolu. Argentyńczyk jest u Rijkaarda nietykalny. Nietykalny jest też Ronaldinho - symbol sukcesu Barçy, najlepszy jej piłkarz, czysty geniusz. A więc wychodzi na to, że albo Eto'o, albo Henry? Rijkaard zachodzi w głowę. W eksperymentach doszedł do tego, że w niektórych meczach przedsezonowych Ronaldinho grał na środku ataku, a typowi łowcy goli Eto'o i Henry jako skrzydłowi. Tylko że Messi był wtedy nieobecny.
A więc co, panie Rijkaard? Bogactwo szczęścia nie daje? Nie daje, ale też go nie odbiera. Znajdźcie na świecie trenera, który nie chciałby mieć takiego problemu.
[źródło: Gazeta]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)