Mistrzowskie łzy szczęścia Realu
Miała być formalność, ale piłkarze Realu Madryt zafundowali kibicom kolejny horror. Ze szczęśliwym zakończeniem. Bez van Nisterlooya i Beckhama gracze Fabio Capello wygrali z Mallorcą i zdobyli mistrzostwo kraju.
Do 65. min Mallorca prowadziła 1:0, później do 80. min było 1:1 - i przez cały ten czas mistrzem kraju była Barcelona, która wysoko wygrywała w Tarragonie. Real grał już bez Van Nisterlooya i Beckhama, których zmogły kontuzje. Role główne odegrali rezerwowi Higuain i Reyes. Asysta tego pierwszego i strzał drugiego odmieniły mecz. W 80. min uderzenie Diarry po rożnym Higuaina postawił kropkę nad "i" w tej mistrzowskiej rozgrywce. Iker Casillas nie umiał powstrzymać łez wzruszenia, bo - jak mówił Raul - to mistrzostwo będzie smakować jak żadne inne. Po trzech latach bez najmniejszego chociaż sukcesu. Drugi gol Reyesa pogrążył tylko rywala: tego z Mallorki, a przede wszystkim tego z Barcelony, któremu na nic się przydało wysokie zwycięstwo. Upojeni ze szczęścia ludzie na Santiago Bernabeu fetowali mistrzostwo, a potem pół miliona mieszkańców Madrytu ruszyło pod fontannę Cibeles. Pierwszy raz od czterech lat.
To był niewiarygodny sezon. Gracze Manchesteru Utd., Interu Mediolan, czy Lyonu zapomnieli już pewnie o tytułach mistrzowskich zdobytych w minionym sezonie, kiedy Real, Barça i Sevilla grały decydujące mecze. Nie było w Europie ligi tak zaciętej i fascynującej jak hiszpańska.
A przecież wszystko miało rozstrzygnąć się już 10 marca. 97 tys. fanów Barçy przybyło na Camp Nou, by zobaczyć jak mistrz i lider upokarza odwiecznego rywala. I Bacelona, i Real odpadły właśnie z Ligi Mistrzów, ale to zespołowi z Madrytu pozostało do zdobycia już tylko jedno trofeum: mistrzostwo, na które widoki były marne. Real grał przecież fatalnie: w trzech meczach ligowych poprzedzających klasyk z Barceloną stracił aż 6 pkt. Tymczasem remis 3:3 na Camp Nou stał się punktem zwrotnym. W 11 następnych spotkaniach "Królewscy" stracili zaledwie 5 pkt i przed ostatnią kolejką byli liderem z wielkimi widokami na mistrzostwo. Metamorfoza godna królewskiego klubu.
Zaledwie kilka tygodni wcześniej wszystko w Madrycie przypominało krajobraz po przegranej bitwie: obrażony i znienawidzony trener, którego los wydawał się przesądzony, robił rozpaczliwe porządki wśród zblazowanych i rozkojarzonych piłkarzy. Ronaldo z chęcią odszedł do Milanu, Beckham podpisał kontrakt z LA Galaxy, za co Capello odsunął go od składu, a prezes Ramon Calderon nazwał "aktorzyną". A prasa hiszpańska pisała, że Capello stworzył najbrzydziej grającą drużynę w dziejach klubu.
Real sięgnął dna, ale też potrafił się od niego odbić. Jakimś nadludzkim wysiłkiem Capello zdobył się na zmobilizowanie siebie i piłkarzy, pogodził się nawet z Beckhamem, który w końcówce sezonu poprowadził kolegów do zwycięstw nad aspirującymi do mistrzostwa Valencią i Sevillą. Ta gigantyczna mobilizacja w Madrycie nałożyła się na całkowitą niemoc i rozkojarzenie Barcelony, która w kluczowych meczach na Camp Nou z Betisem i Espanyolem traciła zwycięstwa w 90. minucie. I jak napisał barceloński "Sport" sprezentowała tytuł znienawidzonemu rywalowi. Zadziwiające są dwa fakty: w ankiecie dziennika "Marca" na rozszyfrowanie czynników, dzięki którym Real podniósł się z kolan, aż 62 proc. kibiców uznało, że było to pozbycie się Ronaldo. Świadczy to nie tyle o negatywnym wpływie Brazylijczyka na zespół "Królewskich", co o dezorientacji fanów Realu, którzy najwyraźniej tej metamorfozy nie umieją sobie wytłumaczyć. Druga rzecz to bohaterowie pozytywni. Rzecz jasna są wśród nich motor napędowy zespołu Beckham i Van Nisterlooy, który w debiutanckim sezonie w Primera Division zdobył tytuł króla strzelców, ale fani Realu mieli też trzeciego bohatera - Ikera Casillasa, który heroicznymi paradami ratował wiele punktów. Szokujące były wyniki ankiety na zawodników, którzy mieli największy wpływ na rozgrywki w Primera Division. Bramkarz Realu zajął w niej drugie miejsce i został wyprzedzony jedynie przez Ronaldinho. A przecież w klasyfikacji "Zamora" na najlepszego bramkarza ligi według średniej goli puszczonych w meczu Casillas był dopiero piąty.
Najbardziej niewiarygodne jest jednak to, że ten tytuł nie zagwarantował dalszej pracy w Madrycie Fabio Capello. Gdy wyglądało na to, że Włoch przegra wszystko Ramon Calderon podpisał wstępną umowę z trenerem Getafe Berndem Schusterem i teraz, żeby zostawić Capello musiałby się z niej wycofać, płacąc odszkodowanie. Dla Capello to nic nowego, bo już 11 lat temu poprowadził Real do tytułu i nie uniknął zwolnienia. Zastąpiono go Juppem Heynckesem, który poprowadził Real do pierwszego od 32 lat Pucharu Europy i też stracił posadę. Tyle że teraz Capello ma za sobą fanów - w ankietach "czy powinien zostać?" ponad 50 proc. kibiców mówi "tak". Co na to Calderon?
Ale nawet pierwszy od czterech lat sukces Realu nie oznacza końca problemów. W Madrycie wciąż nie ma zespołu, a jeszcze Beckham odejdzie do Galaxy, a Roberto Carlos do Fenerbahce. Trzeba będzie ruszyć na wielkie zakupy i znów budować drużynę. Niemal od podstaw. Bo w takim klubie jak Real nie może nie być rozgrywającego. Guti ma wciąż tylko przebłyski formy, a Emerson czy Raul - najlepszy okres gry za sobą. Reyes nie sprawdził się jako skrzydłowy i pewnie wróci do Arsenalu. Do nowej drużyny nadają się Casillas, Cannavaro, Diarra, Sergio Ramos, Robinho i van Nisterlooy. To nie za wiele, biorąc pod uwagę, że w ostatnim roku Calderon wydał aż 111 mln euro. Letni okres transferowy znów będzie w Madrycie gorący, bez względu na losy meczu z Mallorcą i mistrzostwa. Real wciąż marzy o Kace, Robbenie i Fabregasie - to oni byli kartą przetargową Calderona w wygranych przed rokiem wyborach, ale okazało się, że są nieosiągalni. Kogo kupi Real? Na razie wiadomo, że Metzeldera. Czy stoper Werderu razem z grającym coraz gorzej w Manchesterze argentyńskim obrońcą Gabrielem Heinze przywrócą królewskiemu klubowi miejsce w Europie? A taki będzie plan na nadchodzący sezon: Real będzie miał ambicję sięgnąć po 10. tytuł najlepszego na kontynencie, bo Milan z siedmioma triumfami niebezpiecznie się do niego zbliża.
Gdyby tytuł w Hiszpanii obroniła Barcelona, to jej gwiazdy straciłyby już chyba wszelką motywację do pracy. Bo jeśli można wygrywać nie myśląc o grze - kłócąc się, kaprysząc, obijając - to znaczy, że nic zmieniać w ich drużynie nie trzeba. Dwa lata dominacji w Hiszpanii, triumf w ubiegłej edycji Champions League sprawiły, że Ronaldinho, Messi, Eto'o i spółka łatwo uwierzyli w swoją wielkość. Barcelona grała w minionym sezonie coraz słabiej, Ronaldinho opuszczał co drugi trening, a potem wybuchła kłótnia z Eto'o, po której przewidywano, że albo jeden albo drugi będzie musiał odejść. Brzmi to może paradoksalnie, ale tytuł mistrzowski w tym sezonie mógłby drużynie Rijkaarda tylko zaszkodzić. Porażki dały impuls do transferów, być może Barça spełni swój sen o zatrudnieniu Henry'ego, a jej dotychczasowi gwiazdorzy dostaną niezbędnego prztyczka w nos. Bez tego kryzys byłby nieunikniony wcześniej lub później.
[źródło: Gazeta]
Do 65. min Mallorca prowadziła 1:0, później do 80. min było 1:1 - i przez cały ten czas mistrzem kraju była Barcelona, która wysoko wygrywała w Tarragonie. Real grał już bez Van Nisterlooya i Beckhama, których zmogły kontuzje. Role główne odegrali rezerwowi Higuain i Reyes. Asysta tego pierwszego i strzał drugiego odmieniły mecz. W 80. min uderzenie Diarry po rożnym Higuaina postawił kropkę nad "i" w tej mistrzowskiej rozgrywce. Iker Casillas nie umiał powstrzymać łez wzruszenia, bo - jak mówił Raul - to mistrzostwo będzie smakować jak żadne inne. Po trzech latach bez najmniejszego chociaż sukcesu. Drugi gol Reyesa pogrążył tylko rywala: tego z Mallorki, a przede wszystkim tego z Barcelony, któremu na nic się przydało wysokie zwycięstwo. Upojeni ze szczęścia ludzie na Santiago Bernabeu fetowali mistrzostwo, a potem pół miliona mieszkańców Madrytu ruszyło pod fontannę Cibeles. Pierwszy raz od czterech lat.
To był niewiarygodny sezon. Gracze Manchesteru Utd., Interu Mediolan, czy Lyonu zapomnieli już pewnie o tytułach mistrzowskich zdobytych w minionym sezonie, kiedy Real, Barça i Sevilla grały decydujące mecze. Nie było w Europie ligi tak zaciętej i fascynującej jak hiszpańska.
A przecież wszystko miało rozstrzygnąć się już 10 marca. 97 tys. fanów Barçy przybyło na Camp Nou, by zobaczyć jak mistrz i lider upokarza odwiecznego rywala. I Bacelona, i Real odpadły właśnie z Ligi Mistrzów, ale to zespołowi z Madrytu pozostało do zdobycia już tylko jedno trofeum: mistrzostwo, na które widoki były marne. Real grał przecież fatalnie: w trzech meczach ligowych poprzedzających klasyk z Barceloną stracił aż 6 pkt. Tymczasem remis 3:3 na Camp Nou stał się punktem zwrotnym. W 11 następnych spotkaniach "Królewscy" stracili zaledwie 5 pkt i przed ostatnią kolejką byli liderem z wielkimi widokami na mistrzostwo. Metamorfoza godna królewskiego klubu.
Zaledwie kilka tygodni wcześniej wszystko w Madrycie przypominało krajobraz po przegranej bitwie: obrażony i znienawidzony trener, którego los wydawał się przesądzony, robił rozpaczliwe porządki wśród zblazowanych i rozkojarzonych piłkarzy. Ronaldo z chęcią odszedł do Milanu, Beckham podpisał kontrakt z LA Galaxy, za co Capello odsunął go od składu, a prezes Ramon Calderon nazwał "aktorzyną". A prasa hiszpańska pisała, że Capello stworzył najbrzydziej grającą drużynę w dziejach klubu.
Real sięgnął dna, ale też potrafił się od niego odbić. Jakimś nadludzkim wysiłkiem Capello zdobył się na zmobilizowanie siebie i piłkarzy, pogodził się nawet z Beckhamem, który w końcówce sezonu poprowadził kolegów do zwycięstw nad aspirującymi do mistrzostwa Valencią i Sevillą. Ta gigantyczna mobilizacja w Madrycie nałożyła się na całkowitą niemoc i rozkojarzenie Barcelony, która w kluczowych meczach na Camp Nou z Betisem i Espanyolem traciła zwycięstwa w 90. minucie. I jak napisał barceloński "Sport" sprezentowała tytuł znienawidzonemu rywalowi. Zadziwiające są dwa fakty: w ankiecie dziennika "Marca" na rozszyfrowanie czynników, dzięki którym Real podniósł się z kolan, aż 62 proc. kibiców uznało, że było to pozbycie się Ronaldo. Świadczy to nie tyle o negatywnym wpływie Brazylijczyka na zespół "Królewskich", co o dezorientacji fanów Realu, którzy najwyraźniej tej metamorfozy nie umieją sobie wytłumaczyć. Druga rzecz to bohaterowie pozytywni. Rzecz jasna są wśród nich motor napędowy zespołu Beckham i Van Nisterlooy, który w debiutanckim sezonie w Primera Division zdobył tytuł króla strzelców, ale fani Realu mieli też trzeciego bohatera - Ikera Casillasa, który heroicznymi paradami ratował wiele punktów. Szokujące były wyniki ankiety na zawodników, którzy mieli największy wpływ na rozgrywki w Primera Division. Bramkarz Realu zajął w niej drugie miejsce i został wyprzedzony jedynie przez Ronaldinho. A przecież w klasyfikacji "Zamora" na najlepszego bramkarza ligi według średniej goli puszczonych w meczu Casillas był dopiero piąty.
Najbardziej niewiarygodne jest jednak to, że ten tytuł nie zagwarantował dalszej pracy w Madrycie Fabio Capello. Gdy wyglądało na to, że Włoch przegra wszystko Ramon Calderon podpisał wstępną umowę z trenerem Getafe Berndem Schusterem i teraz, żeby zostawić Capello musiałby się z niej wycofać, płacąc odszkodowanie. Dla Capello to nic nowego, bo już 11 lat temu poprowadził Real do tytułu i nie uniknął zwolnienia. Zastąpiono go Juppem Heynckesem, który poprowadził Real do pierwszego od 32 lat Pucharu Europy i też stracił posadę. Tyle że teraz Capello ma za sobą fanów - w ankietach "czy powinien zostać?" ponad 50 proc. kibiców mówi "tak". Co na to Calderon?
Ale nawet pierwszy od czterech lat sukces Realu nie oznacza końca problemów. W Madrycie wciąż nie ma zespołu, a jeszcze Beckham odejdzie do Galaxy, a Roberto Carlos do Fenerbahce. Trzeba będzie ruszyć na wielkie zakupy i znów budować drużynę. Niemal od podstaw. Bo w takim klubie jak Real nie może nie być rozgrywającego. Guti ma wciąż tylko przebłyski formy, a Emerson czy Raul - najlepszy okres gry za sobą. Reyes nie sprawdził się jako skrzydłowy i pewnie wróci do Arsenalu. Do nowej drużyny nadają się Casillas, Cannavaro, Diarra, Sergio Ramos, Robinho i van Nisterlooy. To nie za wiele, biorąc pod uwagę, że w ostatnim roku Calderon wydał aż 111 mln euro. Letni okres transferowy znów będzie w Madrycie gorący, bez względu na losy meczu z Mallorcą i mistrzostwa. Real wciąż marzy o Kace, Robbenie i Fabregasie - to oni byli kartą przetargową Calderona w wygranych przed rokiem wyborach, ale okazało się, że są nieosiągalni. Kogo kupi Real? Na razie wiadomo, że Metzeldera. Czy stoper Werderu razem z grającym coraz gorzej w Manchesterze argentyńskim obrońcą Gabrielem Heinze przywrócą królewskiemu klubowi miejsce w Europie? A taki będzie plan na nadchodzący sezon: Real będzie miał ambicję sięgnąć po 10. tytuł najlepszego na kontynencie, bo Milan z siedmioma triumfami niebezpiecznie się do niego zbliża.
Gdyby tytuł w Hiszpanii obroniła Barcelona, to jej gwiazdy straciłyby już chyba wszelką motywację do pracy. Bo jeśli można wygrywać nie myśląc o grze - kłócąc się, kaprysząc, obijając - to znaczy, że nic zmieniać w ich drużynie nie trzeba. Dwa lata dominacji w Hiszpanii, triumf w ubiegłej edycji Champions League sprawiły, że Ronaldinho, Messi, Eto'o i spółka łatwo uwierzyli w swoją wielkość. Barcelona grała w minionym sezonie coraz słabiej, Ronaldinho opuszczał co drugi trening, a potem wybuchła kłótnia z Eto'o, po której przewidywano, że albo jeden albo drugi będzie musiał odejść. Brzmi to może paradoksalnie, ale tytuł mistrzowski w tym sezonie mógłby drużynie Rijkaarda tylko zaszkodzić. Porażki dały impuls do transferów, być może Barça spełni swój sen o zatrudnieniu Henry'ego, a jej dotychczasowi gwiazdorzy dostaną niezbędnego prztyczka w nos. Bez tego kryzys byłby nieunikniony wcześniej lub później.
[źródło: Gazeta]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (1)