Leo Messi ma już wszystko. Osiem Złotych Piłek, mistrzostwo świata, rekordy, których prawdopodobnie nikt długo nie pobije. Jest najlepszym strzelcem w historii mundiali, ma też najwięcej asyst, a dla ogromnej części kibiców i ekspertów od dawna jest po prostu najlepszym piłkarzem, jakiego widział futbol. Teoretycznie nie musi już niczego udowadniać. A jednak wystarczyło spojrzeć na jego twarz po końcowym gwizdku meczu z Egiptem, żeby zrozumieć, że dla niego to wciąż nie jest historia zamknięta.
Jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawało się, że Argentyna żegna się z turniejem. Messi nie wykorzystał rzutu karnego, Egipt prowadził 2:0, a obrońcy tytułu wyglądali na zespół, który po prostu nie potrafi znaleźć rozwiązania. W takich momentach najłatwiej jest szukać winnych. On natomiast zrobił dokładnie to, co robił przez całą reprezentacyjną karierę – poprosił o piłkę jeszcze raz.
Najpierw idealnie dośrodkował do Cristiana Romero, chwilę później sam doprowadził do remisu, a kilka minut później Argentyna była już w ćwierćfinale. Nawet po największym błędzie to właśnie Messi pozostawał jedynym piłkarzem, któremu Argentyna bezgranicznie ufała.
Być może to jest jego największy dar - to przekonanie, które daje całemu zespołowi. Dopóki Messi jest na boisku, dopóty nikt w Argentynie nie uzna meczu za przegranego. Przez 20 lat zmieniały się pokolenia, trenerzy i partnerzy z reprezentacji, ale ta jedna zasada pozostała niezmienna.
Dlatego po końcowym gwizdku znów pojawiły się łzy. Nie dlatego, że zdobył kolejny rekord. Nie dlatego, że do kolekcji może dołożyć następny puchar. Te łzy były reakcją człowieka, który po dwóch dekadach gry dla reprezentacji wciąż przeżywa każdy mundial tak samo mocno. I właśnie dlatego historia Leo Messiego wciąż porusza. Nie przez to, ile już wygrał, ale przez to, jak bardzo nadal mu zależy.
Komentarze (8)