Barcelona wyjechała z St. James’ Park z kompletem punktów po zwycięstwie 2:1 nad Newcastle. Dwa gole Marcusa Rashforda dały drużynie Flicka udane otwarcie fazy ligowej Ligi Mistrzów, ale mimo goli angielskiego napastnika błyszczał ktoś inny. Pedri – jak zwykle – nie potrzebował bramek ani asyst, by zostawić po sobie wrażenie, które przebiło się szerzej do świadomości kibiców i ekspertów.
W liczbach wyglądało to imponująco: 111 kontaktów z piłką, 92 podania z 91% celnością, 13 zagrań w tercję ataku, trzy udane dryblingi i dziewięć wygranych pojedynków. Do tego dwie skuteczne interwencje w obronie i pewność w rozegraniu, która była idealnym uzupełnieniem dla Frenkiego de Jonga – "metronomu” spotkania z 99% dokładnością podań (86/87). To duet, który przyćmił agresywny pressing Newcastle i sprawił, że z czasem gospodarze musieli uznać wyższość gości.
Dla culés to obrazek doskonale znajomy. Pedri gra tak od dawna. Kontroluje tempo, nadaje rytm, sprawia, że piłka krąży szybciej, niż przeciwnik zdąży pomyśleć. To nie był jego najbardziej błyskotliwy wieczór, ale był to kolejny występ, który pokazuje, że jego "zwyczajny poziom" to dla większości rywali science-fiction.
Anglicy przecierają oczy
W Anglii wielu kibiców dopiero teraz zdało sobie sprawę, że patrzy na coś niezwykłego. "Pedri to jeden z najlepszych piłkarzy, jakich widziałem na żywo", pisał jeden z fanów Newcastle. Inny dodawał, że to "najlepszy zawodnik, jaki kiedykolwiek kopał piłkę na St. James’ Park". Byli też tacy, którzy podkreślali, że Hiszpan potrafił w doliczonym czasie "farmić aurę", przez siedem minut bawiąc się piłką i zabierając nadzieję gospodarzom. A najlepszą pointą stał się wpis porównujący zachwyty Anglików do... jaskiniowców odkrywających ogień. I coś w tym jest – dla kibiców Barcelony to codzienność, dla innych objawienie.
Co ciekawe, zachwyty nie ograniczyły się do trybun. Paul Scholes, legenda Manchesteru United, napisał na Instagramie, że Pedri to jego "nowy ulubiony zawodnik". Jack Grealish, dziś piłkarz Evertonu, dorzucił od siebie, że oglądanie Pedriego i de Jonga to "czysta przyjemność". To ciekawe, jak nagle zawodnik, który w Hiszpanii jest traktowany jak filar drużyny i jeden z najlepszych piłkarzy świata, staje się objawieniem dopiero wtedy, gdy zagra w Anglii.
Czy naprawdę trzeba było, by Barcelona przyjechała na Wyspy, aby przypomniano sobie, że ma w swoich szeregach jednego z najlepszych, a obecnie najlepszego pomocnika globu?
Swoją drogą warto docenić też fanów Newcastle za atmosferę na stadionie oraz przyjęcie rywala i jego kibiców. Jeden z culés obecny na meczu komentuje: "Zaskoczyła mnie serdeczność ludzi, bicie braw np. po meczu jak wychodziliśmy ze stadionu, zaczepiali, że mamy mega skład i życzą nam powodzenia". Wzorowy przykład, godny najwyższego europejskiego poziomu.
Złota Piłka? Nisko, za nisko
Bukmacherzy przewidują, że Pedri zajmie dopiero okolice 12. miejsca w klasyfikacji Złotej Piłki. Daleko przed nim wymieniają takich graczy jak Palmer czy Kwaracchelia. W normalnych warunkach można by wzruszyć ramionami, ale jeśli Anglicy rzeczywiście dopiero odkrywają jego klasę, to te kursy nie dziwią. Pedri w oczach tych, którzy oglądają go co tydzień, jest od dawna na poziomie ścisłej światowej czołówki.
Pedri nie musi strzelać, nie musi asystować, żeby zostawić ślad w meczu. Wystarczy spojrzeć, jak trudno odebrać mu piłkę, jak łatwo zamienia pressing przeciwnika w wolną przestrzeń, jak sprawia, że futbol staje się prostszy niż w rzeczywistości jest. To esencja barcelonismo, zaklęta w 22-letniego pomocnika.
I jeśli dla angielskich kibiców to wygląda jak odkrycie ognia – niech tak będzie. Lepiej późno niż wcale. My się bardzo z tego cieszymy!
Komentarze (42)