BlackVarg
Dołączył/a: maj 2018
3 obserwujących
5 obserwowanych
MVP sezonu 2025/26 FC Barcelony jest:
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
Gwoli przypomnienia o piewcy futbolowego tanga, który urodził się zbyt późno:
http://wyborcza.pl/1,154903,4279929.html
0
Po prostu w opinii Lopeteguiego nie był kadrze potrzebny. Konkurencja jest spora, jakość równie wielka, zatem selekcjoner może przebierać w zawodnikach jak w ulęgałkach. A sezon Cesc miał suma summarum średni, to tym bardziej nie dziwi ten brak powołania.
0
Ja również za nią, delikatnie mówiąc, nie przepadam.
Ponoć każdy orze, jak może. Czy jednak minimalne szanse na sukces nie powinny determinować postawy gwarantującej widowisko, za które płacą miliony, a nie partię szachów (mam na myśli turnieje międzynarodowe)? W sezonie ligowym, gdzie najistotniejsza jest regularność, taka gra w wykonaniu "kopciuszków" skutkuje najczęściej rychłym spadkiem, co poniekąd usprawiedliwia zespoły pokroju Getafe. Zyskująca sympatię swoją grą Girona, ostatecznie nie załapała się do udziału w europejskich pucharach. Coś za coś, przyjacielu.
4
Zmiennik jest. Na wyciągnięcie ręki. Nazywa się Sergi Samper.
3
Nie do końca się zgadzam.
Po pierwsze: fakt, "Ibra" miał na pieńku z Pepem. Co jednak było tego powodem? Każdy z zainteresowanych miał własną wersję wydarzeń, przy czym Guardiola - starym zwyczajem - przycupnął w okowach dyplomacji, zaś Zlatan "wyrzygał" wszystko to, co mu na sercu leżało. Faktem jest również, że wraz z początkiem sezonu Pep wystawiał byłą "9" Interu na szpicy, później jednak zrezygnował z tego pomysłu, obsadzając na środku ataku Leo (odstępując od tej reguły w pierwszej połowie I. ćwierćfinałowego spotkania z Arsenalem w LM).
Ibrahimović lubi być w centrum uwagi, a odsunięcie na boczny tor odebrał jak osobisty atak.
Po drugie: Czy Henry i Villa mogliby przyćmić Messiego? Oni akurat - odpowiednio w kampaniach 2008/09 i 2010/11 - stanowili idealne uzupełnienie ataku "Barcy". Później jednak ich rola w drużynie spadła do statusu ordynansów "La Pulgi". W ekipach "Kanonierów" i Valencii grali pierwsze skrzypce, w Barcelonie jednak na to liczyć nie mogli.
Ostatnim zawodnikiem, który przybył do Barcelony z zewnątrz, będącym w pozytywnym tego słowa znaczeniu "zuchwałym", był Neymar. On był świadomy swojej wartości i nie bał się brać odpowiedzialności za grę i wynik, nie szukając na siłę Leo.
Kluczowym problemem są wygórowane oczekiwania wobec samodzielnego wykorzystania potencjału przez Messiego - "Leo, musisz!". Większość upatruje w nim "zbawiciela", który pikę mógłby kopać nawet na tafli jeziora. To jednak tak nie działa. To też jest człowiek, mający swoje lęki, obawy, uczucia i pragnienia. A zbytnia opiekuńczość może wyrządzić więcej szkód niż pożytku - tu Sampaoli w roli nadgorliwego przybranego ojca (lub, jak kto woli, bujającej w obłokach nastolatki w okresie owulacji), za życiową misję obierający sobie chęć przychylenia nieba swemu ukochanemu "synowi".
0
Wszystkie te perypetie z Messim w roli głównej przywodzą na myśl wybitnego ucznia renomowanej szkoły, którego nadgorliwi rodzice, okadzeni bajdurzeniem o konieczności bycia "kimś", usiłują za wszelką cenę wepchnąć go na piedestał. Uparcie wierzących, że wiedzą najlepiej w świecie, co dla ich pociechy jest najlepsze. Prymus, uginając się pod presją, stara się ze wszystkich sił, by sprostać tym oczekiwaniom, ale koniec końców ten "balonik" pęka - pojawia się zgryzota i zwątpienie, a w głowie rodzi się myśl "na co mi to wszystko, chcę stąd uciec".
0
Granie w systemie skomasowanej obrony również wymaga umiejętności - koncentracji, zaangażowania, kondycji, wyśmienitego przygotowania fizycznego ogółem.
Łatwiej coś zniszczyć niż zbudować, jak mawiał klasyk. I niestety, większość zespołów dziś tak właśnie gra - z przewodnim zadaniem destrukcji, czyhając na błąd rywali. Mnie osobiście nie podoba się takie kunktatorskie nastawienie - wolę piłkę atrakcyjną dla oka, szybką, kombinacyjną, po prostu ofensywną. Mało jest jednak drużyn mniejszego kalibru, które chcą tak grać, bo w większości przypadków kończy się to dla nich fatalnie (Pescara Zdenka Zemana, Rayo Vallecano pod wodzą Jemeza) - co dowodzi, że myślą przede wszystkim o wyniku, który generuje zysk. A za piękną grę nikt laurów nie przyznaje.
Można by się dalej rozwodzić nad tym, czy taka Islandia lub Iran miałyby w ogóle jakiekolwiek szanse, by dotrzeć do strefy medalowej. Jeśli zatem te szanse są iluzoryczne, co mają do stracenia, decydując się zagrać odważniej, mając piłkę przy nodze (w drugiej połowie meczu z Hiszpanią Persowie udowodnili, że są w stanie to zrobić)?
W mojej opinii ryglowanie własnej bramki, stawianie "autobusu" (jak zwał, tak zwał) jest zaprzeczeniem podstawowej idei futbolu. Ale to tylko opinia.
0
A "Ósmą ligę mistrzów" to żeś oglądał? :D
A teraz już na poważnie.
Jak słusznie zauważył kiedyś Jorge Valdano, piłka nożna "odwołuje się przede wszystkim do emocji, wzbudza je i generuje". W tym przypadku do emocji kibiców, rzecz jasna.
Myślę, że to też kwestia poziomu identyfikacji z drużyną, której się kibicuje, połączonej z tożsamością kulturową. Zespoły pokroju Hiszpanii, Brazylii czy Argentyny (w futbolu klubowym identycznie - Barcelona, Real, Man Utd, Milan) są - również z historycznego punktu widzenia, przez wzgląd na spektakularność stylu i liczbę zdobytych trofeów - jakby "odrealnione", funkcjonujące w innym wymiarze.
Fanom zespołów, które latami zbierają cięgi od mocarzy, takie "wyszarpane" zwycięstwa smakują wyjątkowo - są nagrodą za wykonanie ciężkiej kolektywnej pracy. Poza tym są oni bliżej piłkarzy, którzy również niwelują dzielący ich dystans, stwarzając poczucie jedności i szafując hasłem "nasz sukces jest też waszym sukcesem". A to krzepiące.
5
W najbardziej prozaicznym rozumieniu futbol sprowadza się do wzoru: piłka + bramka = gol. I zdecydowana większość sympatyków tej dyscypliny postrzega ją w tych właśnie kategoriach. Mało kto zwraca uwagę na strategię, role poszczególnych graczy w funkcjonowaniu zespołu, rzadko poświęca czas na analizę taktyki. O roli, jaką odgrywają w tym wszystkim media, rozpisywać się nie będę, gdyż to wiążący temat, ale na osobną dyskusję.
Na co również zwracam uwagę, i, co stoi mi drzazgą w oku, to to, że w większości przypadków szersze zainteresowanie czymkolwiek (nie tylko piłką, sportem w ogóle) ogranicza się dziś do liczb, cyferek i statystyk wszelakich. Na tej podstawie wyciąga się wnioski, wystawia oceny, gloryfikuje lub poniża. Ludzie lubią uniwersalność, bezpieczeństwo i komfort, jaki daje uporządkowany, do bólu schematyczny obraz świata podetknięty im pod nos, skrojony na miarę czasów, w jakich przyszło nam żyć.
0
Analiza na medal, winszuję. Nic dodać, nic ująć.
4
Najsampierw, z miną zbitego burka po kolejnym przegranym finale, ogłosił odejście z kadry. Później, gdy emocje ostygły, stwierdziwszy, że ta banda patałachów sama nie podoła misji o kryptonimie "awans na mundial", w desperackim akcie woli spełnienia nadziei rodaków zdecydował o powrocie. Tonącą po pas, po szyję w bajorze przeciętności reprezentację w pojedynkę wprowadził na mistrzostwa.
I wiecie co?
Myślę, że dziś sam żałuje konsekwencji swojego wyboru.
Leo podjął decyzję o opuszczeniu "Albicelestes" pod wpływem targanych nim emocji, i podobnie postąpił w kilka miesięcy po zaprzepaszczonej szansie na triumf w kontynentalnym czempionacie. Jakoż mityczny Edyp, uwikłany w tragiczny konflikt z samym sobą.
Jest geniuszem, ale nawet geniusz (choć ciągnący za uszy gromadną mizerotę w pojedynczych spotkaniach) nie wygra całego turnieju w pojedynkę.
Chciał po raz "enty" zmierzyć się z legendą "El Pelusy", ponad wszelką (ojczyźnianą) wątpliwość dowieść, że on sam także zasługuje na to miano.
Z jednej strony - tak po ludzku - jest mi go żal, a z drugiej uważam, że całkiem zasłużenie płaci właśnie potworną cenę za kolejną przemożną i rozpaczliwą chęć udowodnienia, że jest w stanie dokonać cudu, niosąc na barkach ten krzyż - symbol katowanego przez lud niedoszłego zbawiciela.
0
Zawodnicy pierwszego składu traktowani są jak "święte krowy". Messi, który w Klubie traktowany jest jako Kura Znosząca Złote Jajka, od kilku już ładnych lat ciągnie za uszy korowód admiratorów jego talentu, uparcie odmawiających wzięcia odpowiedzialności za grę zespołu na swoje barki. "Stara gwardia" nie czuje na plecach oddechu konkurencji, bo takowej zwyczajnie nie ma. Ci gracze pluskają się w pękatej balii splendoru dawnej chwały, pobierając nieziemską gażę i ciesząc się statusem nietykalnych, uzupełnieni zbieraniną pożal się Boże kopaczy, którzy nigdy nie powinni zakładać trykotu w barwach "Blaugrana".
0
Nominacje do "Oscarów symulanctwa" zgłasza dziś coraz więcej graczy. Od muśnięcia skrzydeł motyla padają jak rażeni gromem z jasnego nieba, nasłuchując gwizdka sędziego. Jeśli takowego nie usłyszą, następuję cudowne zmartwychwstanie i "niedoszły konający poszkodowany" leci jak na skrzydłach w stronę arbitra, wybałuszając gały, machając rączkami i w niewybrednych słowach zapytując, "dlaczego nie ukarał tego rzeźnika, brutala, co ośmielił się mnie posmyrać po plecach".
Kabaret. Z ogromnymi pieniędzmi w tle. Dla których, choćby zyskując na czasie pokazami komicznie żałosnego kabotyństwa, można zrobić z siebie pajaca.
1
Być może to takie dorabianie ideologii, ale sądzę, że "Mou" czynił to z zawiści. Czuł się upokorzony, że jako trener o takiej renomie został odrzucony kosztem Guardioli, gdy ten obejmował "Barcę" - także przez wzgląd na stare czasy i pracę w klubie u boku Robsona (więcej o całej sprawie można dowiedzieć się z lektury "Za kulisami najlepszej drużyny świata" Grahama Huntera).
Jak to mówią, między miłością a nienawiścią przebiega bardzo cienka granica. Czasem wystarczy "iskra", by spopielić sympatie i dawne przyjaźnie.
Ta wojna psychologiczna udzieliła się jak pamiętamy również zawodnikom, a eskalacja raz po raz podsycanego konfliktu przypadła na wysyp "Klasyków" w kluczowej fazie sezonu. Zamiast skupić się na grze, skakali sobie do gardeł (by o osławionym palcu w oku Vilanovy zanadto się nie rozwodzić).
1
Przy szatni "Albicelestes" stoi kapliczka. Przed każdym kolejnym meczem odbywa się ku niej pielgrzymka na kolanach. Kibiców, selekcjonera, sztabu szkoleniowego, prezesa federacji, wreszcie "wykastrowanych" piłkarzy.
"Najwyższa Instancjo, wysłuchaj nas. Poprowadź nas. Strzelaj za nas, podawaj za nas, rozgrywaj za nas. Wygraj za nas, bo nóżki związane mamy."
3
Bądź co bądź jest obecnie najlepszym napastnikiem na świecie. Trzeba mu oddać, że niezwykle umiejętnie zaadaptował swoją grę do roli, którą pełni już od kilku lat - ze względu na naturalny spadek motoryki (dziś stać go ledwie na kilka sprintów na pełnym gazie w trakcie meczu) i ciąg na bramkę w połączeniu z nienasyconym apetytem na gole.
Cristiano jest wielkim piłkarzem, jednym z najlepszych na świecie. Koniec, kropka.
A że częściej niż często natarczywie zgłasza swą kandydaturę do występów w zawodach nurkowania, cóż... u nas ma godnych konkurentów w osobach Alby i Suareza.
0
Jak to swego czasu wyśpiewywał Andrzejek Krzywy:
"Wszystko ma swą cenę, nawet wtedy, gdy chcesz inaczej"
Wszystko. Włącznie z klasą, kulturą osobistą, poszanowaniem względem innych, ideałami. Wartość jest jedna i jedyna - pieniądz. Który w dużych ilościach bynajmniej nie śmierdzi.
1
Po cóż się ograniczać? Wytypujmy od razu pierwszą "4".
W mojej skromnej opinii:
1. Brazylia
2. Niemcy
3. Hiszpania
4. ...Urugwaj
Futbol bywa nieprzewidywalny; często na boiskach dzieją się rzeczy, które się "fizjologom nie śniły". Rzeczywistość zweryfikuje te osądy.
Również pozdrawiam.
0
Osobiście w tej roli widzę Peru albo Urugwaj, z nieznacznym wskazaniem na tych drugich. Nie zdziwię się, jeśli napsują sporo krwi rywalom.
0
Konsekwencji odmówić im nie można.
Taki Pulisic najlepszym przykładem, a swoją drogą gdzieś mi on umknął przy sklecaniu ostatniego wywodu.
Pieniędzy mają sporo, co widać choćby po inwestycjach w rozwój rodzimej ligi. Grają tam co prawda "europejskie dziadygi" odcinające kupony od minionej sławy i mające za zadanie przyciągnąć większą publikę na stadiony, ale większość tamtejszych graczy to m.in. Latynosi z amerykańskim paszportem, regularnie dostający szanse występów w reprezentacji.
Skoro jednak taki Drogba czy Villa, będący u schyłku kariery, brylują w MLS na tle o wiele młodszych piłkarzy, świadczy to o ogromie pracy, jaka w następnych latach czeka amerykańską piłkę.
1
Weź pod uwagę, że na ostatnim Euro w kadrze "Les Bleus" nie było Dembele, Mbappe czy Fekira, którzy obecnie są jej podstawowymi graczami. Blok defensywny również wyglądał nieco inaczej - dziś z Sidibe, Lemarem i wracającym po kontuzji Mendym, przez którą stracił cały sezon.
Świetnie się ich ogląda, grają niezwykle widowiskowo, a do tego skutecznie, ale często też zdarzają im się głupie straty i fatalne kiksy w sytuacjach 1x1, a te elementy muszą funkcjonować nienagannie, jeśli myśli się o podniesieniu Pucharu Świata.
0
Niewykluczone.
Chodzą słuchy, że i Japończycy mają ponoć podobne plany - w roku... 2050 zorganizować mundial i go wygrać.
Koszykarze zza oceanu są seryjnymi zwycięzcami turniejów międzynarodowych wszelkiej maści - od mistrzostw kontynentu, przez IO, aż po czempionat globu. Leją po kolei wszystkich jak leci, a co kilka lat wysyłają praktycznie inny skład (dość powiedzieć, że na bodajże ostatnich igrzyskach nie pojechały największe gwiazdy NBA na czele z LeBronem; trzon tamtego zespołu stanowili wówczas Harden i Anthony). Podczas gdy inni zachodzili w głowę, kogo zabrać, oni zastanawiali się, kogo zostawić w domu. "Kłopot" bogactwa.
W zasadzie jedynym realnym zagrożeniem są dla nich Francuzi i Hiszpanie.
Ale cóż... biali nie potrafią skakać.
1
Raczej nie awansuje.
W początkowej fazie, na fali entuzjazmu, mogą porozstawiać po kątach wszystkich grupowych rywali i spokojnie swoją grupę wygrać. Ale po awansie do dalszych gier, gdzie częściej decydują detale, doświadczenie i chłodna głowa, szczytem ich możliwości jest ćwierćfinał.
Chociaż dla atrakcyjności widowiska wolałbym się mylić.
0
Amerykanie swoją fiksację na punkcie "soccera" postanowili przekuć w sukces na mistrzostwach świata jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, kiedy to zorganizowali mundial. Budowa samego projektu sportowego rozpoczęła się natomiast od mianowania Bruce'a Areny selekcjonerem kadry narodowej.
Z początku obok legendarnego już Donovana, Brada Friedela, Tima Howarda i Claudio Reyny zaczęli pomału pojawiać się przedstawiciele nieźle zapowiadającego się młodego pokolenia, tacy jak Bradley, Kljestan, Altidore czy ghański imigrant Freddy Adu, który miał podpisać profesjonalny kontrakt z Nike, zanim jeszcze nauczy się czytać.
Znaczącą karierę w Europie wróżono każdemu z nich. Do klubu większego rangą zawitał za to jedynie Bradley, choć w Rzymie też sobie długo nie pograł.
Nawet próba zaszczepienia europejskiej myśli szkoleniowej w osobie Klinsmanna nie dała spodziewanych rezultatów, mimo jakże obiecującego początku. A walkę o tegoroczny mundial "Jankesi" przerżnęli z kretesem, notując blamaże w meczach z Trynidadem i Tobago oraz Panamą.
1
Jeszcze ze trzy dekady temu Brazylijczycy byli takimi "wisienkami na torcie", pierwiastkiem magii w zespołach, w których występowali. Mam tu na myśli rzecz jasna graczy ofensywnych, którym przyświecała dewiza rodem z piaszczystych patio - "joga bonito" (szlak rodakom przetarł choćby Jair, w latach 60-tych ubiegłego wieku partner Mazzoli w ataku "Nerazzurich").
Kontynuując trend zapoczątkowany w latach 90-tych, Brazylia wydała na świat równie wielu świetnych defensorów, co atakujących, co nie zawsze było normą.
Dziś brazylijski piłkarz jest nie tylko synonimem "pięknej gry" - jest także specjalistą od "czarnej roboty" (Emersona, Gilberto Silvę, a obecnie Casemiro, Fernandinho, Paulinho czy Renato Augusto nijak nie można określić mianem wirtuozów).
0
Sporo zależy od ewentualnego transferu Thiago.
Nie sądzę, by w takim układzie Arthur w ogóle był nam potrzebny (weźmy również pod uwagę możliwy powrót Rafinhii). A gdy Alena powróci do treningów okaże się, że nie ma dla niego miejsca wśród innych ściśniętych jak sardynki w puszce zawodników. A przecież od nowego sezonu ma zostać włączony do kadry I. zespołu.
Scenariusz zakładający peregrynację do macierzy obu braci Alcantara, kompletuje nam obsadę środka pola:
Busquets (ŚPD)
Rakitić (ŚP)
Coutinho (ŚPO, LS, PS)
Thiago (ŚP, ŚPO)
Rafinha (ŚPO)
Denis Suarez (ŚPO, LS) - o ile nie odejdzie
Alena (ŚPO)
+ Messi, który często występuje na pozycji "10".
Sprowadzenie rozgrywającego Gremio wiąże się ze sporym ryzykiem (Barcelona jako pierwszy przystanek w europejskiej karierze to rzut na najgłębszą wodę; do tego dochodzi czas adaptacji do nowego otoczenia, co może potrwać suma summarum od 6 miesięcy do nawet roku). A po co ściskać kciuki za kolejną niewiadomą, skoro na wyciągnięcie ręki są gracze, którzy wiedzą, "z czym to się je"?
0
"Język polski być trudny", jak mawiał klasyk.
0
Pod względem wyszkolenia technicznego mam wrażenie, że "Zielu" jest jedynym polskim tancerzem na tym zielonym parkiecie, który nie zapomina kroków. A nawet jeśli zapomni, potrafi improwizować.
6
Enrique poprawił te elementy, które za kadencji Pepa kulały. Ponadto styl gry jego "Barcy" oparty był na zadaniowej poligamii - dostosowany w dużej mierze do rywala, choć wciąż zakładający "bycie przy piłce". Warto jednak przypomnieć, że w pierwszym sezonie Guardioli również wielokrotnie mieliśmy okazję oglądać grę wertykalną i kontry - choćby w osławionym "Klasyku" na Bernabeu ze zdemolowanym sześcioma golami Realem.
Nie potrafię wskazać, który z tych zespołów podał mi się bardziej. Obie drużyny były inne, lecz posiadały wspólny przymiotnik: ich gra była atrakcyjna i skuteczna. A to przecież esencja "Blaugrana", prawda?
0
No właśnie.
Czy nasi wychowankowie są tak słabi, że zarząd z maniakalnym uporem rozpuszczonego dziecka, które naciąga rodziców na kolejne zabawki, by chwilę później cisnąć je w kąt, wciąż zarzuca sieci na nieopierzonych brazylijskich młokosów?
Ciąg niezrozumiałych transakcji: wpierw Henrique, potem Douglas, Vinicius, teraz pojawia się temat Rodrygo...
Skąd takie zafiksowanie na południowoamerykański rynek?
A później dziwić się, że kosztem takiej polityki imigracyjnej rodzime perełki opuszczają Klub, by szukać szczęścia gdzie indziej, skoro na miejscu pozbawia się ich szans i możliwości rozwoju.