Xavi: Widzę się w projekcie, który zaczyna się od zera i w którym to ja podejmuję decyzje

Maciej Łoś, Dariusz Maruszczak

30 marca 2020, 18:00

La Vanguardia

27 komentarzy

Fot. Getty Images

Xavi Hernández udzielił obszernego wywiadu La Vanguardii. Opowiedział o swoich relacjach z Johanem Cruyffem, a także o Barcelonie i swojej rodzinie.

Urodzony w 1980 roku w Terrasie Xavi Hernández ma oczy różnych kolorów. Być może ta heterokromia byłaby dla wielu jedyną wyróżniającą go cechą. Jednak Xavi miał o wiele większy dar, dzięki któremu stał się jednym z najlepszych pomocników w historii piłki nożnej, symbolem Barcelony, którego futbolowe DNA idealnie wpasowało się do ideologii Johana Cruyffa. Prawie wszystko, co go definiuje, wyniósł z domu rodzinnego. Mówi, że jego matka, Mercè Creus, także ma tę cechę: "Potrafi dostrzec coś, zanim na to spojrzy". 

Cruyff chwalił go za to, jak szybko potrafił myśleć na boisku i jak umiał idealnie dograć piłkę na wolne pole. Xavi ma wzrok sokoła, który wykorzystuje także w sytuacji, gdy dostrzega chłopca chcącego z nim sobie zrobić zdjęcie. Mimo że ceni sobie anonimowość i spokój, to w Katarze jest znany choćby z tego, że gra w piłkę z niewidomymi dziećmi, które mają umiejętność dostrzegania bez patrzenia.

Pięć lat temu, po zakończenia swojej przygody z Barceloną, przeniósł sie do klubu Al Sadd grającego w katarskiej Dosze. Wraz z nim pojechała jego żona, Nuria Cunillera. Tu urodziły się jego dzieci: Asia i Dan. Mieszkają w willi oddalonej o 15 minut drogi od boiska treningowego. Piasek i palmy kontrastują z ogromnymi wieżowcami znajdującymi się w centrum. Dom państwa Hernández nie ma widoku na morze ani złotych kranów. Pełno w nim za to porozrzucanych po dywanie kolorowych zabawek. Xavi nie poczuł szoku kulturowego, musiał się co prawda przyzwyczaić do porannych wezwań muezinów na modlitwę. W tym miejscu właśnie dziennikarze La Vanguardii spotkali się z byłym kapitanem Barcelony i odbyli z nim długą rozmowę. Miało to miejsce pod koniec lutego, gdy pandemia koronawirusa nie zaczęła jeszcze paraliżować całego świata. 

Co to znaczy być culé?

To poczucie przynależności do wyjątkowej rodziny. To coś, co przechodzi z pokolenia na pokolenie, od dziadka do wnuka. Ja tak to odczułem. Pochodzę z rodziny, która zawsze kochała piłkę nożną. Mój ojciec najpierw grał, a potem był trenerem, który otworzył swoją szkółkę Jabac. Z kolei matka zaczęła biegać po boisku, gdy dla kobiet ta aktywność była wciąż nieznana. Pamiętam, że gdy Real Madryt grał dobrze, to mój tata to doceniał. Z kolei dziadek ze strony matki, Creus, wszczepił we mnie futbolowy fanatyzm. Gdy Królewscy przegrywali, to kupował madryckie gazety, żeby przeczytać o tej porażce. Odkąd stałem się świadomy, piłka zawsze była przy mojej nodze. Teraz chcę tego nauczyć mojego syna. To sprawa genetyki.

Miałeś czas na inne zabawy?

Tak, bawiłem się z moimi braćmi. Ale prawdą jest, że szybko dojrzałem. W domu musieliśmy być bardzo odpowiedzialni. Trzeba było dokładnie wykonywać swoje obowiązki. Najpierw dyscyplina, potem posiłki, a na koniec zabawa. Już jako dziecko byłem profesjonalistą.

Ojciec był twoim pierwszym trenerem?

Tak, był dla mnie idolem i wzorem do naśladowania. Jest dobrze wykształcony i zawsze chętnie wszystkim pomaga. Jak byłem mały i słyszałem, że ludzie mówili o panu Hernándezie z wielkim szacunkiem, myślałem sobie: „Pan Hernández to mój tata”. Był dla mnie dużym autorytetem w dzieciństwie.

Był dla ciebie najlepszym wzorem piłkarskim?

Tak, oprócz Johana Cruyffa, który zmienił historię futbolu, i Joana Vili, który ukształtował mnie piłkarsko i zna filozofię Holendra lepiej niż on sam. Vila kazał nam oglądać filmiki z meczów drużyn Cruyffa i mówił: „Patrzcie, jak podnosi głowę, szuka przeciwników. Jeśli jest pod presją, odgrywa piłkę, a jeśli jest sam, to atakuje”. Dream Team był czymś wyjątkowym dla oka. Również Guardiola miał na mnie duży wpływ. Zawsze mi pomagał, w szatni spędzałem dużo czasu przy nim i Figo, grałem na jego pozycji.

Życie podkładało ci kłody pod nogi?

Jeśli mam być szczery, to nie. Śmierć dziadków to niestety kolej losu. Oprócz tego wszystko było tak, jak sobie wyobrażałem. Pod względem piłkarskim spełniłem swoje marzenia, a tak naprawdę cieszę się z małych rzeczy. Jest to sprzeczne z ideą piłkarzy jako wielbicieli sukcesu. Może jestem trochę zarozumiały. Lubię się dobrze ubierać, ale nie mam na tym punkcie obsesji. Nie chcę być postrzegany przez luksus, nie lubię się wyróżniać. Nie noszę drogiego zegarka na ręce. Gdybym mógł, to chodziłbym w spodenkach, koszulce i klapkach.

Ale markowych, prawda?

Lubiłem markowe rzeczy, już kiedy byłem mały, ale nie obnoszę się z tym specjalnie. Proste koszulki polo, buty sportowe. Moda to sposób prezentowania się przed innymi. Lubię chodzić na zakupy z Nurią, mógłbym to robić całymi dniami.

Nie nudzi cię to jak większości mężczyzn w związkach?

Wręcz przeciwnie! Tak naprawdę uwielbiam to. Zawsze na początku oglądam buty. Potem wyobrażam sobie, jak w nich wyglądam. Po trochu zachowuję się jak kobieta.

Masz jeszcze jakieś damskie cechy?

Jestem empatyczny, czasem wchodzę w skórę innych, tak jak moja mama. Ona chciałaby, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Chodzi do różnych znajomych, pomaga im, jeśli mają trudności. Przekazała mi swój charakter, także staram się myśleć o innych, wspierać ich. Jest także religijna.

A ty jesteś wierzący?

Nie, nie jestem osobą religijną, chociaż moja babcia w niebie by mnie za to zbeształa. Chciała, bym modlił się do anioła stróża, a jak oszukiwałem, że to robię, to była niezadowolona. Razem z Nurią wierzymy w rodzinę, przyjaciół, w dobroć ludzi, w codzienną pracę. Sprawy nie układają się dlatego, że się modlimy. Wiem, że jeśli moi przodkowie mnie słuchają, to chcieliby mnie teraz zabić.

Czy Barcelona jest jak religia?

Tak, może być. Ale dla mnie to jest pasja. Nie mógłbym żyć bez piłki nożnej. Jestem fanatykiem gry i zawszę chcę wygrywać. Moja rodzina bardzo lubi rywalizację.

Co to znaczy? Chodzi o to, by wygrywać czy by dawać z siebie jak najwięcej?

Robić wszystko, by zwyciężyć. Dać z siebie wszystko, nawet w najmniej ważnej grze. Wygrana daje mi siły, adrenalinę. Teraz, gdy jestem trenerem, źle znoszę każdą porażkę. Nie śpię i myślę: „Jak mogłem przegrać to spotkanie?” Czasem wtedy przypominam sobie, że spełniałem swoje marzenia, wygrałem wszystko z Barceloną i reprezentacją. Może jednak jeszcze nie osiągnąłem wszystkiego.

Gorsza jest samotność piłkarza czy trenera?

Samotność trenera jest zdecydowanie gorsza. Odpowiedzialność spoczywa wtedy na tobie. Jeśli twoja drużyna nie gra dobrze, to w głowie masz różne myśli. Podczas każdego treningu i przemowy zastanawiasz się, czy twoje słowa dotarły do piłkarzy. Pojawia się wiele wątpliwości. Najlepiej jest po prostu wygrywać.

Etap piłkarski już dobiegł końca…

Tak. Cruyff powiedział mi kiedyś, że trenowanie najbardziej przypomina granie. I to prawda. Nie wiem, co robiłbym teraz, gdyby nie trenowanie. Zamiast na boisku być w biurze jako dyrektor sportowy albo być członkiem zarządu, w garniturze. Nie lubię w nim chodzić, nie czuję się wtedy naturalnie.

Jakie były twoje relacje z Cruyffem?

Moim zdaniem jest człowiekiem, który zmienił historię futbolu. Jeśli futbol jest religią, on był jej bogiem. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Powiedział mi, że pewnego dnia Barça się po mnie zwróci, i poradził mi, że muszę sam decydować, że kiedy to się wydarzy, nie mogę zgadzać się bez powodu. Mówił, że nie każdy ma moje doświadczenie, rozumienie klubu, gry, ale muszę wejść do klubu z wszystkimi konsekwencjami, żeby nikt nie decydował za mnie.

Przypomniałeś sobie jego słowa kilka miesięcy temu, gdy klub zwrócił się do ciebie z propozycją, gdy byłeś w Dosze?

Zdecydowanie. Chcę wrócić do Barcelony, jestem tym podekscytowany. Myślę, że mógłbym coś wnieść. Jasno wyraziłem jednak, że widzę się w projekcie, który zaczyna się od zera i w którym podejmowanie decyzji należałoby do mnie.

Warunki wyciekły…

Nie mam z tym żadnego problemu, niczego nie ukrywam i z niczego się nie wycofuję. Chciałbym pracować razem z osobami, którym ufam, lojalnymi i wartościowymi. W pobliżu szatni nie może być nikogo toksycznego. Mówimy o Puyolu, który był kapitanem Barcelony, i Jordim Cruyffie, bardzo dobrym biznesmenie z dużym doświadczeniem w dyrekcji sportowej. Jestem zespołową osobą i nie chcę decydować sam. Tutaj decyzje podejmujemy ze sztabem w strukturze horyzontalnej na drodze porozumienia. Chociaż ostatnie słowo należy do mnie.

Czy musiałoby dojść do zmiany zarządu, żebyś trenował Barcelonę?

Oczywiście chciałbym mieć jak najlepsze relacje ze wszystkimi. W szatni nie może być nikogo negatywnego czy toksycznego, ważny jest temat medyczny. Wszystko musi pasować. Chciałbym wejść do klubu z ludźmi z mojego otoczenia, żeby stworzyć dobrą drużynę.

Zatem to nie zależy od tego, kto będzie prezydentem…

Nie byłoby to decydujące, ale podkreślam, że chciałbym mieć całkowitą harmonię. Nie wiem, czy taki ideał jest możliwy... Nie mam nic przeciwko komukolwiek, co więcej, nie mam złych relacji z Bartomeu, dobrze dogaduję się z Laportą, a z Víctorem Fontem jesteśmy przyjaciółmi. Będę z każdym, kto chce dobrze dla Barcelony.

Jaki byłby twój dream team?

Większość zespołu wydaje mi się nadzwyczajna. Zacząłbym od bramkarza, który moim zdaniem jest najlepszy na świecie. Według mnie Jordi Alba jest najlepszym lewym obrońcą, Piqué najlepszym środkowym obrońcą, Busquets najlepszym defensywnym pomocnikiem, a Messi najlepszym piłkarzem. Jeśli dodać do tego Suáreza, De Jonga i Arthura, wydaje mi się, że są tu odpowiedni piłkarze, żeby Barça mogła odnosić sukcesy przez kolejne dziesięć lat. Podstawa jest świetna. Sprowadziłbym skrzydłowych, typu Neymar. Nie wiem, czy pasowałby ze względów społecznych, ale piłkarsko nie ma wątpliwości, że byłby spektakularnym transferem. Barcelona ma już zawodników do gry w środku, ale brakuje jej skrzydłowych, jakich ma Bayern. Barça nie potrzebuje wielu nowych graczy: Jadon Sancho, Serge Gnabry…

Czy podczas swojej kariery miałeś jakieś problemy z grą dla Hiszpanii?

Wręcz przeciwnie, to był zaszczyt. Nigdy tego nie ukrywałem. Denerwują mnie tematy polityczne i niesprawiedliwość, ale to nie ma nic wspólnego… Całe życie chciałem grać dla reprezentacji Hiszpanii i to był wielki zaszczyt.

Czujesz się Katalończykiem i Hiszpanem?

Oczywiście nie mam nic przeciwko Hiszpanii, wiele mi dała. Traktowała mnie bardzo dobrze.

Masz w sobie uczucia niepodległościowe?

Tego nie powiedziałem. Wydaje mi się niesprawiedliwe, że ludzie nie mogą zagłosować w legalnym referendum, zdecydować o swojej przyszłości w sposób pokojowy. Wypowiadałem się tylko w tym sensie. Jestem zwolennikiem wolności jednostki, a nie przeciwnikiem Hiszpanii.

Co dało ci twoje nowe życie w Katarze? Byłeś bardzo krytykowany za próbę wybielania wizerunku tego kraju.

Czuję się tu spokojnie, jestem dość anonimowy, ale szanowany. Kiedy tu wylądowałem, odczułem ulgę, nie byłem krytykowany ani osądzany. Potrzebowałem tego w życiu, ponieważ poświęciłem 25 lat Barcelonie. Dziś czuję się bardzo dobrze wraz z rodziną, tutejsi mieszkańcy są bardzo wspaniałomyślni i gościnni. Istnieje wiele uprzedzeń dotyczących arabskiej kultury. Nie bronię jednak dyktatury. Byłem bardzo krytykowany w temacie praw człowieka, ale w Katarze ludzie również są samokrytyczni. Są coraz bardziej świadomi, że trzeba wyeliminować pewne rzeczy, ale potrzebują na to czasu. W pewnych tematach nie da się ich bronić, jak wolność prasy czy szacunek dla homoseksualizmu, ale jest tu też wiele pozytywnych rzeczy.

Kiedy poznaliście się z Nurią?

Mieliśmy odpowiednio 18 i 20 lat oraz wspólnych przyjaciół. W młodym wieku przywykliśmy do chodzenia na dyskoteki. Znajomi przedstawili nas sobie i pojawiło się uczucie. Od razu mi się spodobała. Zaczęliśmy się widywać, ale nie skonkretyzowaliśmy naszej relacji. Zawsze o niej myślałem, ale nie zrobiłem kolejnego kroku, by oficjalnie z nią chodzić. Zobacz, jaki głupiec! Potem przez trzy lata nie rozmawialiśmy. Złożyłem jej życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia i myślałem, że zmieniła telefon, bo nic nie odpisała. W wigilię jednak odpowiedziała i otworzyło się da mnie niebo.

Nuria: Po trzech latach nierozmawiania z nim i niewidzenia się całkowicie zniknął z mojego życia. Zdawałam sobie sprawę, że to mi nie służy, nie mogłam o nim zapomnieć, chciałam z nim być. Pomyślałam, że nadszedł czas, żeby być trochę mniej realistyczną. Wiedziałam, że jeśli mu odpowiem, pójdziemy naprzód.

Współpracujecie z wieloma projektami humanitarnymi, zwłaszcza Oddziałem Onkologii Szpitala Sant Joan de Deu. Czy sportowiec musi być przykładem?

Czuję się bardzo uprzywilejowany. Udało mi się żyć z tego, co lubię najbardziej, dlatego zawsze chcę się zrewanżować za życie, które dał mi futbol. Myślę, że mamy dobrą pozycję i musimy pomagać. To moje zaangażowanie na rzecz społeczeństwa. Kiedy Nuria i ja pobraliśmy się, wszystkie zebrane pieniądze przekazaliśmy do szpitala Świętego Jana Bosko. Jesteśmy fanami Jordiego Baste. Kiedyś poświęcił program Światowemu Dniu Walki z Rakiem, w którym wypowiadały się niektóre chore dzieci. Jedno z nich, 10-letni Miguel, który był tam od siedmiu lat, powiedział, że jego marzeniem jest poznać piłkarzy Barcelony, zwłaszcza Xaviego. Za pośrednictwem Baste skontaktowaliśmy się z nim, pojechaliśmy do szpitala i to zmieniło moje życie. Tamten chłopiec umarł, co bardzo na nas wpłynęło. Zdecydowaliśmy się na współpracę ze szpitalem. Pieniądze ze ślubu pomogły w zbudowaniu nowego szpitala, a później współpracowałem z innymi organizacjami.   

Jakim jesteś ojcem?

Nie budzę się już rano z myślą o sobie, ale zastanawiam się, w jakim nastroju wstała Asia, czy wszystko jest w porządku, czy jest głodna. Staram się często być w domu. Nigdy nie wiesz, czy robisz dobrze, ale daję z siebie 100%. Czuję do nich bezwarunkową miłość.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (27)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze