W barcelońskich okoliczno-ściah: How was Spain?

Marcin Poreda

14 sierpnia 2019, 18:56

34 komentarze

Zazwyczaj sezon ogórkowy wraz z przybliżaniem się początku ligowych rozgrywek sukcesywnie dogorywa. Niestety obecne okienko transferowe jest niechlubnym wyjątkiem od reguły. Wszystko dzięki sadze z wiecznie niepocieszonym Neymarem, któremu znudziły się paryskie zabawki i który postanowił opuścić stolicę Francji. Na temat pomysłu sprowadzenia Brazylijczyka z powrotem do Barcelony wypowiedziałem się tydzień temu. Więcej dodawać nie zamierzam. Na szczęście już pojutrze wszyscy culés będą mogli wejść wszystkimi zmysłami w esencję futbolu – najlepsze (nie mylić z najatrakcyjniejszymi) rozgrywki świata piłkarskiego – ligę hiszpańską.

Kłótnia na całego

Pierwotnie chciałem przejść od razu do analizy ligi, nastrojów i przewidywań odnośnie do formy drużyn, jednak uznałem, że muszę poświęcić chwilkę konfliktowi RFEF z LaLigą, który trwa już dobrych kilka tygodni i ma wydatny wpływ na mecze i samych kibiców. Kością niezgody są piątki i poniedziałki – pierwotnie również w te dni miały być rozgrywane mecze ligowe. LaLiga z Tebasem na czele do tego dąży – podpisane już zostały odpowiednie umowy o prawa telewizyjne na kwotę około 2 miliardów euro. RFEF i Rubiales twierdzą z kolei, że wyrażenie zgody na mecze w terminach innych niż sobota i niedziela należy właśnie do nich. Spór skończył się w sądzie, który zadecydował, że piątki są dopuszczalne, natomiast poniedziałki nie. O co w tym wszystkim chodzi? Oczywiście o pieniądze. RFEF chce mieć konkretne korzyści finansowe wynikające z prawnych możliwości. Oczywiście Rubiales tłumaczy się dobrem kibica, który nie chce oglądać meczów w poniedziałek, jednak jego wypowiedź sprzed kilku dni pokazuje prawdziwe intencje:

Żeby grać w inne dni niż soboty i niedziele, La Liga potrzebuje naszej zgody. - Luis Rubiales

Chcieliście, żeby wzrosły wasze przychody, i postanowiliście dogadać się bez naszego udziału? Nic z tego. Jasne jest to, że LaLiga nie ma już pola manewru, bo umowy są podpisane i Tebas nie może teraz zapłacić Rubialesowi powiedzmy 200 mln euro za możliwość gry w piątki i poniedziałki. Sprawa więc została w teorii rozstrzygnięta przez sąd – piątki są ok, ale poniedziałki już nie. RFEF się cieszy, bo oznacza to, że w przyszłości za zwykłą pieczątkę będą mogli zarobić ogromne pieniądze. LaLiga zaś zapowiada apelacje i zapewnia, że mecze będą odbywały się w pierwotnie ustalone cztery dni. Trudno przewidzieć, jak skończy się ten zawiły spór, ale jego konsekwencje mogą mieć dość duży wpływ na przychody drużyn w kolejnych latach. Wszak niemal wszystkie stanęły po stronie LaLigi i Tebasa. To wystarczająco pokazuje, gdzie są pieniądze i komu nie podoba się taka sytuacja.

Przewidywania na sezon

Patrząc na przewidywania bukmacherów w kwestii szans na wygranie ligi, kursy nie pozostawiają wątpliwości. Nasz partner ETOTO twierdzi, że na koniec sezonu największe prawdopodobieństwo na triumf ma właśnie wzmocniona Barcelona. Następni w kolejce są Real Madryt, Atlético, Valencia i Sevilla. Do myślenia daje również aż szóste miejsce Getafe, które chyba nadal korzysta z renomy uzyskanej w poprzednich rozgrywkach. Trudno jednak przypuszczać, żeby drużyna z przedmieść Madrytu po raz kolejny osiągnęła aż 5. miejsce, dosłownie ocierając się o Ligę Mistrzów. Co po drugiej stronie tabeli? Kandydatów do spadku należy upatrywać klasycznie w beniaminkach: Mallorce, Granadzie, Osasunie oraz w Realu Valladolid, którym stara się zarządzać Ronaldo. Co ciekawe bukmacherzy duże szanse na spadek dają również Deportivo Alavés, które przecież w zeszłym sezonie świetnie rozpoczęło rozgrywki i finalnie zakończyło je w środku tabeli.

Najbardziej elektryzująco zapowiadają się trzy drużyny (oczywiście oprócz Barcelony):

  • Real Madryt, który po „zidanowej rewolucji” (można z tego stworzyć swoiste powiedzenie, które ma oznaczać szumne zapowiedzi i mierny efekt finalny) ma w swoim składzie wciąż wielu sytych graczy, od których zależeć mają losy Królewskich. Co prawda okienko transferowe jeszcze się nie zamknęło, ale trudno oczekiwać wspomnianej rewolucji w najbliższych dwóch tygodniach.
  • Atlético Madryt, które w przeciwieństwie do Realu faktycznie przeszło rewolucję, sprzedając aż sześciu ważnych do tej pory zawodników (Griezmann, Lucas, Rodri, Juanfran, Godín, Luis) i kupując przyszłościowe talenty (Felixa, Llorente, Hermoso, Trippiera, Felipe i Lodiego). Zwłaszcza ten pierwszy podczas meczów presezonu wprawiał obserwatorów w osłupienie swoją finezją, umiejętnościami i skutecznością. Portugalczyk może być właśnie tym impulsem, dla którego warto będzie włączyć mecz klubu z Wanda Metropolitano w nadziei, że wynik końcowy będzie wyższy niż 1:0.
  • Real Betis, który już w zeszłym sezonie pokazał pazur, ale zabrakło mu szerszej kadry, solidniejszej defensywy i skuteczności w drugiej części sezonu. Niepokojące jest wypożyczenie Lo Celso i sprzedaż Firpo, ale poza nimi klub potrafił zatrzymać większość składu, oddając dodatkowo Lópeza do Romy za całkiem niezłą sumkę. Wydaje się to dobrym posunięciem, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że w zeszłym sezonie wpuścił on 52 gole, stawiając Betis na szóstym miejscu w rankingu najgorszych defensyw LaLigi. Klub z zielonej części Sewilli będzie próbował braki z tyłu nadrobić siłą ognia. Stąd postarano się o zakup Iglesiasa, Fekira i Juanmiego, którzy powinni znacząco wzmocnić ofensywę Verdiblancos. Ciekawe może być również obserwowanie rozwoju ex-barcelonistów: Tello oraz Kaptouma, a także kolejny sezon niezniszczalnego Joaquína – prawdziwej legendy ligi hiszpańskiej.

Niepewne Lwy na inaugurację

W związku z decyzją sądu liga rozpocznie się w piątek. Już o 21:00 czasu polskiego na piękne i pachnące jeszcze świeżością nowe San Mamés wbiegną jedenastki jednych z najstarszych klubów w Hiszpanii. Athletic w presezonie zaprezentował się dość przeciętnie. Wygrał trzykrotnie (Arenas, Gladbach, Mirandés), cztery razy zremisował (Paderborn, Numancia, West Ham, Roma) i raz przegrał (Racing). Ma to na pewno związek z brakiem wzmocnień w obecnym okienku transferowym. Do pierwszego składu zostało wcielonych tylko czterech piłkarzy z rezerw. Poza tym personalia pozostały bez większych zmian. Ciekawostką jest fakt, że Athletic nie obrócił ani jednym euro od początku lipca i istnieją solidne przesłanki, że sytuacja utrzyma się do końca sierpnia – ma to najprawdopodobniej związek ze spłatą zobowiązań, które trzeba było zaciągnąć, żeby wybudować nowy stadion. Warto przy tym podkreślić, że Lwy odpuszczają po raz kolejny wzmocnienie linii ofensywnej. Ostatni wartościowy transfer na podobnych pozycjach miał miejsce w 2015 roku, kiedy do Kraju Basków trafił Raúl García, zaś Iñaki Williams został awansowany do pierwszego zespołu. Od tamtego czasu posucha. Obraz jest więc dość klarowny. Największym wzmocnieniem Basków jest podpisanie aż 9-letniego kontraktu ze wspomnianym już Iñakim. Napastnikiem, któremu wielu wróżyło wielką karierę, jednak on sam idzie teraz raźnym krokiem drogą bardziej Pawła Brożka niż Roberta Lewandowskiego. 25 lat na karku i umowa praktycznie do końca kariery w średniaku LaLigi? Patrząc na te aspekty oraz fakt, że w zeszłym sezonie Athletic miał wyraźne problemy ze strzelaniem bramek (15. miejsce w lidze ex-aequo z Rayo Vallecano), trudno oczekiwać, że w tym sezonie sytuacja znacząco się poprawi. Nadzieją może być rola Gaizki Garitano, który być może uczyni kolejny krok w swojej karierze trenerskiej i wykrzesa ze swoich podopiecznych więcej, niż podpowiada rozsądek obserwatora.

Solidna Blaugrana w gazie

Barcelona jest zupełnym przeciwieństwem jej najbliższego rywala. Do klubu dołączyły wielkie nazwiska (Griezmann, de Jong) wzmocnione solidnymi zmiennikami (Neto, Firpo). Presezon, choć trudny logistycznie i jego ewentualne skutki dostrzeżemy dopiero za kilka miesięcy, był sukcesem w kwestii wyników, progresu w grze i nadziei dla kibiców. Nowe nabytki wprowadziły pożądaną jakość w środku pola i wspierane były przez wychowanków (Puiga, Alenę i Roberto). Antoine Griezmann wykazywał duże umiejętności w grze kombinacyjnej, zaś defensywa prezentowała się wystarczająco. Nawet Neto pokazał kilka wspaniałych interwencji, pokazując że może być wartościowym zmiennikiem ter Stegena. Poza dość pechową porażką na starcie z Chelsea, zespół wygrał resztę meczów z bardzo dobrym bilansem bramkowym 10:2.

W związku z tym Ernesto Valverde będzie miał lekki ból głowy, w jaki sposób złożyć once de gala. O ile bramka, linia obrony i tridente są dość klarowne (Messi nie zagra), o tyle wszyscy culés zastanawiają się, jak trener zestawi środek pola. Podczas presezonu Busquets dał swoją grą wiele wątpliwości, z kolei de Jong błyszczał w każdym meczu, pokazując jakość, szybkość i DNA Barcelony. Osobiście nie miałbym nic przeciwko zobaczeniu w tym premierowym meczu trójki Frenkie-Rakitić-Roberto, która będzie swoistym kompromisem pomiędzy ofensywnymi inklinacjami i taktyczną solidnością.

Zacieram ręce i z niecierpliwością czekam na piątkowy wieczór. To już za nieco ponad 48 godzin.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (34)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze