Ten tydzień przyniósł nam cierpienie w postaci meczu z Olympiakosem. Piłkarze cierpieli, musząc grać. Kibice cierpieli bardziej – to oni musieli na to patrzeć. Po spotkaniu, którego jedyną jasną stroną jest pierwsze miejsce w tabeli Ligi Mistrzów, nadszedł czas na powrót do gry. Przed nami Sevilla. A to dopiero początek.
Dzisiejszy mecz na Camp Nou może się okazać otwarciem prawdziwej ligi. Dotąd piłkarze Valverde pozostają niepokonani, jednak początek terminarza oszczędził im poważniejszych prób. Barcelona starła się w Lidze Mistrzów z Juventusem, notując rewelacyjny wynik 3:0. Na ligowym podwórku wywalczyła niezwykle ważny bramkowy remis z Atlético. I to właściwie tyle. Prócz drużyny Diego Simeone najwyżej notowanym przeciwnikiem Barçy w LaLidze był dotąd Betis. Verdiblancos, którzy zajmują w tej chwili siódmą lokatę, przegrali na Camp Nou na otwarcie ligi. Do dziś Barcelona miała okazję przejechać się po takich drużynach jak Málaga, Alavés, Las Palmas czy Eibar. To znaczy, że odwiedziła już całą strefę spadkową, walnie przyczyniając się do posłania wspomnianych zespołów do tej części tabeli. W żaden sposób nie deprecjonuję wagi tych zwycięstw. Wręcz przeciwnie, to one pod koniec sezonu mogą przesądzić o mistrzostwie. LaLigę zwykł wygrywać ten, kto nie traci punktów z potencjalnie słabszymi, i nie jest to żadne novum. To turniej koncentracji i konsekwencji. W końcu o tym, że Real ogląda w tej chwili plecy Barcelony z ośmiopunktowej oddali, przesądziły starcia z takimi drużynami jak Girona czy Levante.
Teraz zbliżają się mecze, które zweryfikują Barçę Valverde na tle tych silniejszych. Zaczynamy już dziś, z Sevillą. Po przerwie reprezentacyjnej czekać będą Juventus i Valencia – na papierze najtrudniejszy przeciwnik, jakiego mamy w tej chwili w lidze. W drodze do El Clásico trafią się jeszcze Villarreal i Sporting CP. Kiedy w wigilię wigilii Barcelona pojawi się na Santiago Bernaneu, będziemy wiedzieć o niej znacznie więcej niż w tej chwili.
Nowa Sevilla
Jeśli po flakach z olejem, które Barça zaserwowała w Grecji, liczycie na pyszne danie, możecie się zawieść. Będzie pikantnie, to pewne, ale czy wszystkim przypadnie do gustu? Śmiem wątpić, bowiem to nie jest już Sevilla Emery'ego ani tym bardziej Sevilla Sampaolego. Po zatrudnieniu Toto Berizzo na stanowisku trenera Los Nervionenses, mając w pamięci jego Celtę, można było oczekiwać kontynuacji wcześniejszego projektu. W końcu Sevilla w wykonaniu Sampaolego była piękna, szybka i ofensywna. Niekiedy prawdziwie zabójcza. Z kolei Berizzo zasłynął w Galicji nie tylko rekordowymi w historii klubu wynikami, ale też romantycznym stylem. Tymczasem po przybyciu do Andaluzji Argentyńczyk pokazał inną, zdecydowanie brzydszą twarz. Sevilla w jego wykonaniu jest oszczędna. Bramek traci niewiele, ale zdobywa również mało. Takie Leganes na większą skalę. Nervionenses stali się drużyną grającą fizycznie – jeszcze bardziej, bo to w końcu już od dawa była ich cecha charakterystyczna. Potrafią grać pressingiem, potrafią przeszkadzać i potrafią skutecznie stosować destrukcję. Nie imponują w niczym. A to sprawia, że mogą być znacznie groźniejsi niż drużyna, z którą Barça zwykła taśmowo wygrywać. Berizzo już oznajmił, że chce, by "Barcelona czuła się w tym meczu niekomfortowo". Trudno o bardziej precyzyjny dobór słów.
Sevilladependencia
W tym meczu Leo Messi będzie w świetle reflektorów jeszcze częściej niż zazwyczaj. Jeśli Argentyńczyk wybiegnie dziś na boisko – a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tak właśnie się stanie – zaliczy swój występ numer 600 w barwach Barçy. Ot, kolejne cyferki na liście Leo, ale przecież historia właśnie te cyferki kocha. Inna cyferka to 29 – tyle bramek piłkarz z Rosario zdobył już w pojedynkach z Sevillą. Czyni to z Palangany jego ulubioną ofiarę, żadnemu innemu zespołowi z LaLigi Argentyńczyk nie zaaplikował tylu goli.
Znów zaczyna się szeptać o Messidependencii – Leo zdobył już 12 ligowych bramek w 10 meczach. To 43% dorobku drużyny. Większy odsetek udziału w bramkach swojego klubu mają tylko Bakambu w Villarrealu (8 goli, 50%) i Stuani w Gironie (5 goli, 45%). Jeśli dynamika gry Leo nie ulegnie dziś zmianie, zaś trend strzelecki w spotkaniach z Sevillą zostanie podtrzymany, liczby te mogą być jeszcze bardziej imponujące. "Jeszcze" to słowo klucz. W 47 spotkaniach, jakie Messi rozegrał w tym roku w barwach Barçy, strzelił 47 bramek. Jeszcze więcej? To juz przekroczenie granic ludzkiego rozsądku.
Na utrzymanie
Najgorszym punktem meczu z Olympiakosem była kontuzja Sergiego Roberto. Zarówno on, jak i André Gomes będą przymusowo pauzować ponad miesiąc. Brak Sergiego oznacza szansę na występ Nélsona Semedo. Do składu wraca z kolei Iniesta, jednak w środku pola z największym prawdodpodobieństwem zameldują się Paulinho i Rakitić.
Jeśli chodzi o dobór składu, Berizzo ma znacznie większy ból główy niż Valverde. Z linii obrony wypadli Pareja i Carriço. Co gorsze z powodu urazu ścięgna pauzuje Joaquín Correa. W jego przypadku równanie jest proste: gdy znajduje się na murawie, Sevilla zwykle wygrywa, gdy go brakuje, udaje jej się to rzadko.
Dla Sevilli to spore problemy, które przychodzą właśnie w chwili, kiedy klub złapał inną dynamikę. Palangana zostawiła za sobą traumatyczny październik, w którym zebrała baty od Valencii (0:4), Spartaka (1:5) i uległa Athleticowi (0:1). Od momentu tych katastrof piłkarze Toto zdołali zaliczyć passę trzech zwycięstw we wszystkich rozgrywkach: Pucharze Króla (Cartagena), lidze (Leganes) oraz Lidze Mistrzów (Spartak). W tej chwili terminarz jest dla gości z Andauzji podobnym wyzwaniem co dla Barçy. Przez najbliższe dwa miesiące prócz Katalończyków czekają na nich m.in. Liverpool, Villarreal czy Real Madryt. Dla nich to najwyższy czas, by się rozpędzić.
W tym momencie wszystko sprowadza się do konsekwencji. Obie drużyny będą walczyć o to, by nie zmienić kursu, na którym się znajdują. W przypadku Barçy idealnie ujmuje to dzisiejszy tytuł L'Esportiu: "Que sigui un clam". Niech krzyk trwa. Łapmy wiatr i nie zmieniajmy kursu.
Komentarze (24)