Rozstania i powroty

Eoren

30 grudnia 2015, 08:00

56 komentarzy

FC Barcelona

FCB

Herb FC Barcelona

4:0

Herb FC Barcelona

Real Betis

RBB

  • Heiko Westermann 29' (sam.)
  • Lionel Messi 33'
  • Luis Suárez 46', 83'

Po roku banicji Real Betis wrócił do Primera. Ten sezon w wykonaniu drużyny z Sewilli stoi pod znakiem powrotów, a jeden pociąga za sobą kolejny. W końcu wrócił przecież Pepe Mel, a pod jego ręką Verdiblancos znów stawili się w najwyższej klasie rozgrywkowej Hiszpanii. Na całe szczęście - bo drużyna z Benito Villamarín to jedna z tych ekip, których obecność w pierwszej lidze zawsze dodaje smaku rywalizacji.

Nowi starzy znajomi

Zaczęło się od Pepe Mela. A właściwie skończyło się na nim, a potem znów zaczęło. Spektakularny spadek rezultatów Betisu, który w sezonie 2013/14 wstrząsnął całym środowiskiem Verdiblancos, zakończył się zwolnieniem zasłużonego szkoleniowca ekipy z Sewilli. Jednak pozbawienie Mela stanowiska nie odwróciło losu, który czekał Betis – Verdiblancos byli już skazani na spadek. Zresztą nic dziwnego, że zwolnienie Pepe nie przyniosło pozytywnych zmian. W końcu to nie w jego osobie tkwił problem Betisu. Drużyna z zielono-białej części Sewilli zwyczajnie się zajechała – fenomenalnym wcześniejszym sezonem wywalczyła sobie udział w Lidze Europy. Poskutkowało to koniecznością walki na kilku frontach, a w tym kontekście pomysł ówczesnego dyrektora sportowego Vlady Stošicia, który w letnim okienku dokonał poważnych przetasowań składu, okazał się gwoździem do trumny Betisu. Wymiana kilkunastu zawodników zaowocowała katastrofą w europejskim sezonie Verdiblancos, zaś zwolnienie Pepe Mela było jedynie poszukiwaniem kozła ofiarnego i zasłoną dymną, która miała odwrócić uwagę od prawdziwych problemów drużyny. Rzeczywistość jednak szybko dała o sobie znać – nowy szkoleniowiec Gabriel Calderón nie okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i Betis – z ogromnym hukiem – spadł do Segunda. Calderóna nie ma już w klubie, tak samo jak Stošicia. Miejsce tego ostatniego zajął Eduardo Macià. Betis z podkulonym ogonem powrócił do swojego dawnego bohatera: Pepe Mela. A ten stanął na wysokości zadania.

Mel wywalczył z Béticos bezpośredni awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, wygrywając Segunda División, i przywrócił kibicom nadzieję. Jednak powrót Pepe do Betisu i powrót Betisu do Primera był dopiero początkiem sentymentalnych powitań w szeregach Verdiblancos. Benito Villamarín wręcz oszalało, gdy znów postawił na nim stopę Joaquín. Niegdyś złote dziecko Betisu, powrócił do klubu po dziewięciu latach, zaś transfer ogłoszono tuż przed zamknięciem letniego okienka. Faks zadziałał poprawnie i możemy się znów cieszyć obecnością Joaquína Sáncheza w La Lidze.

Dyskretni bohaterowie

Rozstania i powroty to coś, w czym Betis jest mistrzem. W końcu relegacja do Segunda División to kara, do której ekipa z Benito Villamarín zdążyła przywyknąć. Od chwili założenia klubu niemal sto lat temu drużyna z zielono-białej części Sewilli spędziła w drugiej lidze 28 sezonów. Wystarczająco, by przyzwyczaić się do takich sytuacji. W przypadku Betisu wystarczająco też, by wypracować sobie system, który pozwoli na powrót do Primera. Kolejny powrót. Bo ostatecznie drużyna z Héliopolis zawsze wraca.

Jeszcze przed swoim ostatnim spadkiem Betis nauczył nas, że jego znakiem firmowym jest spektakularność. Jak wygrywać, to sensacyjnie, jak spadać, to z hukiem. Tym razem jednak drużyna Pepe Mela pojawiła się w La Lidze w zupełnie nowej odsłonie. Teraz Betis to dyskretni bohaterowie – punkty zbierają powoli i cierpliwie. Nie zanotowali jeszcze sensacyjnego zwycięstwa nad faworytem, nie popisali się imponującą goleadą... A mimo to, po cichutku, przedostali się do środka tabeli. 11. lokata Betisu to w największym stopniu efekt minimalizmu. Zwycięskich remisów i jednobramkowych wygranych, kolekcjonowanych seryjnie przez ten klub. Piłkarze Pepe Mela skrupulatnie zbierają punkt po punkcie. Jak na razie zapewnia im to bezpieczne miejsce w środku stawki i optymistyczne widoki na drugą rundę. Jednocześnie w ten sposób Betis niepostrzeżenie, bez sensacji, urywa jednak punkty faworytom. Przekonała się o tym Sevilla, która w derbach wywalczyła jedynie remis. Przekonały się o tym też Celta i Villarreal.

Nie przespać szansy

Mimo zwycięstwa w Klubowych Mistrzostwach Świata drużyna Lucho z pewnością ma w pamięci fakt, że w ostatnich dwóch meczach ligowych zanotowała jedynie po punkcie. O ile Valencię – przynajmniej w teorii, bowiem była to w końcu Valencia w sporym kryzysie – można by jeszcze wybaczyć, o tyle remis z Deportivo powinien podziałać na ambicję Barcelony. Piłkarze Luisa Enrique nie są w idealnej sytuacji – konieczność rozegrania turnieju po drugiej stronie globu zwykle każe zapłacić rachunek. Z tego względu Barça może się tylko cieszyć, że mecz „świątecznej” kolejki przypadł jej właśnie z Realem Betis, a nie kimś z góry stawki. Jednak czy to tylko Betis? By nie pozwolić dyskretnym bohaterom Pepe Mela odebrać sobie punktów, Barcelona nie może przespać swojej szansy. W końcu to tylko uprzejmość Málagi (czy może Atlético?) sprawiła, że Katalończycy będą mogli przystąpić do dzisiejszego meczu, wciąż ciesząc się pozycją lidera.

Betis zawsze leżał Barcelonie. Ostatnie trzy spotkania zakończyły się wynikami 3:1, 4:1 i 4:2 dla Katalończyków. Trzeba jednak pamiętać, że w tym roku Betis jest oszczędny i bardziej powściągliwy, a jako taki – paradoksalnie – może być bardziej niebezpieczny. Przed meczem na Camp Nou piłkarze Luisa Enrique powinni zrobić gruntowny rachunek sumienia, przypomnieć sobie w nim słowa „Valencia” i „Depor” i zakończyć go mocnym postanowieniem poprawy. Stan podwyższonej gotowości, także w meczach ze słabszymi rywalami, jest konieczny. Inaczej nawet najbardziej imponujące zwycięstwa w El Clásico w ostatecznym rozrachunku mogą pójść na marne. Ale do tego Lucho i jego ekipa nie dopuszczą, prawda?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (56)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze