Klub, który jest jednym z faworytów ligowych rozgrywek, musi zdawać sobie sprawę, że znajduje się na celowniku wszystkich pozostałych drużyn. W końcu trzy punkty urwane Barcelonie czy Realowi Madryt smakują zupełnie inaczej niż te wywalczone z rywalem ze środka tabeli. Mimo tej zbiorowej mobilizacji przeciwko potentatom istnieją jednak ekipy, będące są wręcz etatowymi dostarczycielami punktów dla Barçy i Realu. Tym, czym dla Los Blancos są zwykle mecze z Espanyolem, tym dla Barcelony stały się w ostatnich sezonach spotkania z Rayo Vallecano.
Historia Piratów jako ekipy, która co sezon zapewnia Barcelonie sześć punktów w klasyfikacji, rozpoczęła się wraz z ostatnim awansem do Primera drużyny Sandovala, którą przejął później Paco Jémez. Od tego czasu piłkarze z Vallecas przegrali wszystkie osiem ligowych spotkań przeciwko Barcelonie, notując porażający wręcz bilans bramkowy 2:37. Ile w tym przyjacielsko wyciągniętej w kierunku Katalończyków dłoni a ile samobójczego stylu gry Jémeza, który w starciu z Barçą skazany jest na porażkę? Na to pytanie każdy musi sam sobie odpowiedzieć. Fakt pozostaje jednak faktem. Mimo to ekipa z Vallecas w ligowej historii zapisała się zupełnie odmienną postawą względem potentatów.
Matagigantes
Swoją historię Franjirrojos zaczęli pisać w 1977 roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy awansowali do Primera División i pod wodzą Héctora Nuñeza zanotowali szokujący debiutancki sezon z najwyższej klasie rozgrywkowej. O drużynie z Vallecas głośno zrobiło się już w październiku 1977 roku – to również była 8. kolejka La Liga, jednak wtedy z Rayo przyszło się mierzyć Realowi Madryt. Królewscy – których prowadził podówczas Luis Molowny, zaś w ich składzie grali tacy zawodnicy jak Del Bosque, Pirri czy Camacho – musieli uznać wyższość Piratów, którzy wygrali 3:2. Od tego meczu piłkarzy z Vallecas zaczęto nazywać mianem Matagigantes, Pogromców Gigantów. Do końca debiutanckiego sezonu w Primera podopieczni Héctora Nuñeza pokonali jeszcze takie drużyny jak Barcelona, Atlético, Valencia czy Athletic. Z kolei Realowi Madryt przyszło czekać aż dwa lata na pierwsze zwycięstwo na terenie Rayo Vallecano.
Choć pośród gigantów do pokonania Barcelona nigdy nie była ulubioną ofiarą Rayo, jeszcze na początku tego wieku Franjirrojos regularnie zdarzało się urywać punkty Katalończykom. Dopiero długie wygnanie do Tercera i Segunda División i późniejszy powrót do Primera odmieniły wspólną trajektorię tych klubów. Drużyna Paco Jémeza nie ma jednak powodów, by martwić się fatalną passą w starciach z Barceloną w ostatnich latach. W końcu pomimo tych wyników Rayo pod wodzą szkoleniowca z Kordoby notuje właśnie historyczny piąty sezon w La Liga. To osiągnięcie, jakiego tej drużynie nie udało się wywalczyć nigdy wcześniej.
A la Guerra
Czy mimo wszystko piłkarze Luisa Enrique mają się czego obawiać przed spotkaniem z Rayo? Drużyna Paco Jémeza rozpoczęła sezon w swoim stylu, czyli ambiwalentnie. Po inauguracyjnym remisie z Valencią przyszły porażki z rywalami, którzy powinni się znajdować w zasięgu ekipy z Vallecas, jak Deportivo czy Betis. Ze względu na ten fakt po siedmiu kolejkach Piraci wylądowali na (zaledwie) 15. lokacie, bez większych szans na poprawienie tego rezultatu w najbliższym meczu. Pomimo to istnieją w Vallecas powody do optymizmu, a może nawet iskierka szalonej nadziei przed najbliższym spotkaniem. Lato upłynęło w Rayo pod znakiem poszukiwań następcy Alberto Bueno, zawodnika kluczowego, najskuteczniejszego snajpera drużyny w poprzednim sezonie, który zapisał się w historii jako najlepszy strzelec klubu w Primera División. Odejście Alberto, który ostatecznie wylądował w Porto, przesądzone było już w drugiej połowie tamtego sezonu. Mimo to poszukiwania zawodnika, który będzie w stanie go zastąpić, trwały aż do ostatniego dnia okienka transferowego. To wtedy rzutem na taśmę sprowadzono do Rayo Javiego Guerrę, byłą gwiazdę Realu Valladolid. Cierpliwość dyrekcji sportowej klubu z Estadio de Vallecas opłaciła się – Felipe Miñambres, dyrektor sportowy, który doprowadził do perfekcji metodę budowania składu na rok bez wydania choćby jednego euro, ściągnął do Rayo zawodnika, wydającego się idealnie pasować do drużyny Jémeza. Javi szybko wpasował się w układankę, dając Franjirrojos nadzieję, że także w barwach Rayo będzie w stanie zostać zawodnikiem, który zapewni kilkanaście trafień w sezonie. W tym roku Piraci udają się na ligową wojnę pod jego wodzą.
Do meczu z Barçą Rayo przystąpi z jedynie dwoma brakami w składzie, o których warto wspomnieć. Za czerwoną kartkę wciąż pauzuje Antonio Amaya, jednak biorąc pod uwagę obecność Diego Llorente – młodego stopera z cantery Realu Madryt, który obiecująco rozpoczął sezon w Rayo – nie powinno być to dla Piratów żadnym problemem. Zabraknie też Pablo Hernándeza, który boryka się z kontuzją mięśniową. Brak byłego zawodnika Valencii oznacza, że pomagać Javiemu Guerrze w ataku będą najprawdopodobniej Adrian Embarba, Bebe i Jozabed Sánchez.
Nie przegapić szansy
Przed ligowym Klasykiem Barcelonie pozostały do rozegrania już tylko trzy mecze. Absencje Messiego, Iniesty i Rafinhii sprawiają, że Barça przechodzi teraz przez szczególnie trudny moment, którego końca wszyscy chcieliby się dopatrywać w chwili powrotu Argentyńczyka. Fakt, że pierwszym spotkaniem po przerwie reprezentacyjnej jest właśnie mecz z Rayo Vallecano, jest dla Katalończyków niezwykle sprzyjający. Piłkarze Luisa Enrique mają szansę wrócić do gry, zatrzeć niekorzystne wrażenie po porażce z Sevillą i wywalczyć trzy punkty, które mogą się okazać bardzo ważne pod koniec listopada, gdy przyjdzie grać z Realem Madryt. Tej szansy Barcelona nie może przegapić; musi zdawać sobie jednak sprawę, że mimo bardzo sprzyjającego jej stylu gry Rayo pozostaje niebezpiecznym przeciwnikiem, który zawsze gra o trzy punkty.
Transmisja na żywo i w dobrej jakości dostępna jest w STS TV. Zapraszamy!
Komentarze (174)