W ciszy stadionu. Nowa Barça

Challenger

1 maja 2015, 05:58

własne

120 komentarzy

No dobra. Może stwierdzenie, że FC Barcelona potrzebuje do sukcesów tego sezonu skutecznych napastników, mało jest odkrywczym. A jednak przebieg rewanżu z PSG potwierdził delikatność Barçy w obronie (Pastore i inni znów hasali po połowie Katalończyków ze swobodą) i boiskową dyskrecję pomocników w przekroju 90 minut gry (nie 2-3 akcji). Co przekłada się na zależność zespołu od napastników w aspekcie decydującym o wszystkim w futbolu. Mam na myśli wynik.

Jeśli atak działa – jest pięknie. Co widać. Jednak gdy przestaje – robi się Real Sociedad, Málaga, Celta, Sevilla lub te długie fragmenty „Klasyku”, które totalnie zdominowali Los Blancos. Oba przypadki gdy ekipa mogła liczyć na inne rozwiązanie to Mathieu z Realem i Celtą. Jakże znamienne dla nowego oblicza FC Barcelony: w kluczowym momencie ważnego meczu decydującej fazy sezonu sytuację ratuje stoper po stałym fragmencie. Żaden pomocnik!

Chciałbym dziś rozwinąć ten wątek od strony taktycznej. Warto bliżej poznać Barçę inną niż w każdym z poprzednich 6 sezonów.

Czynnik zwycięstwa

Z różnych powodów, ekipa Pepa była wspaniała w każdej formacji: bramce, obronie, pomocy i ataku. Drużyna kompletna, która kompletnie potrafiła zdominować dowolnego rywala. Nie można tego powiedzieć o drużynie, którą znamy z tego sezonu. Obrona ma swoje wady, zasługi pomocników w kreacji są nienachalne. W poszukiwaniu zwycięstw z największymi, musiał zareagować trener. Po raz pierwszy od ponad trzech lat, na Camp Nou ktoś wynalazł coś świeżego.

„Nowa Barca” trwa już pewien okres. Jak kto woli, można go mierzyć miesiącami, można tygodniami. Nie chodzi o to, że dopiero teraz ją zauważam. Właśnie zaczęła mnie przekonywać.

Każdy ma swoje „ulubione” statystyki. Moją uwagę przykuło, gdy na przełomie stycznia i lutego Barça straciła po dwa gole w 3 kolejnych meczach. Rewanż z Atléti, Villarreal i gościna w Bilbao. Kiedy poprzednio Blaugrana miała taką passę? Tezy o potędze obecnej obrony są przesadzone – gra solidnie, wystarczająco skutecznie, ale nie stanowi monolitu jak kiedyś formacja z Puyolem, Márquezem, Abidalem, Alvesem i Piqué. Widać to w takich meczach. Mimo sześciu luk w tyłach, Barça wygrała każdy z tych meczów. To jest dziś jej główną mocą, czynnikiem zwycięstwa w miejsce tiki-taki: umiejętność bilansowania walorami w ataku wszystkiego, co dzieje się na własnej połowie. W obronie i w pomocy.

Messi, Neymar i Suárez zdobyli 7 goli w tych meczach, w każdym z nich liderując drużynie w trudnej drodze po zwycięstwa. Atlético, VCF, Athletic – to byli arcytrudni rywale. Bez przesady można powiedzieć, że triumfy w tych starciach zadecydowały o dalszym losie Barcelony w lidze i pucharze.

Wydaje mi się ważnym spostrzeżeniem taktycznym, że od czasu wymienionych trzech pojedynków cały system gry Barçy uwypuklił właśnie to, co od pewnego czasu działało najlepiej w zespole: trio MNS.

"Żyje" ono z zachowania i ustawienia partnerów. Kreowanie napastników jest dużą zasługą tego "niewidzialnego" barcelońskiego środka pola. W swoich szybkich atakach Blaugrana nie jest chaotyczna. Jest metodyczna, precyzyjna i "karmiona" pressingiem wszystkich pomocników. Klarowność sytuacji bramkowych i statystyki strzeleckie napastników stanowią konsekwencję sposobu gry całego zespołu. 

Odejście od tiki-taki na rzecz futbolu dynamicznego

Ta Barça nie wstydzi się korzystać z angielskiego "kopnij i biegnij". Z Suárezem w składzie nauczyła się z niego skutecznie korzystać. Takie rozwiązania poszerzają zestaw atutów obecnych w drużynie za Guardioli i dawno przed nim. Znajdą się ludzie próbujący deprecjonować, że zespół sięga dziś po takie metody. Mina rzednie im patrząc na końcowy wynik. To uzupełnienie, wzbogacenie, zaskoczenie. Potrafią uśpić rywala akcją po ponad 20 podaniach i "zabić" kontrą złożoną z trzech.

W odróżnieniu od ery utożsamianej z Guardiolą, ta drużyna nie ma we zwyczaju osaczać rywala na jego połowie. Nie ma do tego środków "w ludziach" i ich obecnej formie, więc pod atakowane pole karne woli (musi?) przedostawać się jak najszybciej. Na przykładzie rewanżu z PSG, był to kolejny decydujący o bilansie sezonu mecz, w którym oglądaliśmy „nową” Barçę z ustawioną głębiej względem PepTeamu linią pomocy. Widać to w każdym meczu z silną ekipą, obserwując ilu podopiecznych Lucho ustawia się w ataku pozycyjnym przed i za linią piłki. Najlepsze okazje gospodarzy w rewanżu z Francuzami nie wynikały z gry kombinacyjnej, żadnej tiki-taki, a „futbolu błyskawicznego”. Ostre, zdecydowane cięcia przez defensywę rywali, piłka do napastników, zaraz pod bramką i natychmiast w sieci.

Przyzwyczajmy się. Z Sevillą i Valencią było tak samo, z Espanyolem – podobnie. W starciach z rywalami o słabszej jakości Barça wciąż może grać na pełnym rozmachu w ofensywie (Getafe!), ale jeśli chce triumfować z europejską czołówką, musi grać z dyscypliną i wyraźnym podziałem ról formacji. Nie ma już mowy o atakowaniu 10 piłkarzami. Ku smutkowi wyznawców Pepa, z korzyścią – jak widzimy po przebiegu sezonu – dla rezultatów.

Bramkarz i defensorzy bronią. Pomocnicy transmitują piłkę (w konkretny sposób: jak najszybciej i wzdłuż boiska, żadnego klepania wszerz jeśli akcja nie ma z tego korzyści). Napastnicy „kończą”. Taki styl gry wymaga oddania i wydajności całej 11-ki, lecz efekt kolektywny zależy głównie od końcowego ogniwa łańcucha boiskowej współpracy. Wykończenia napastników, zrozumienia między nimi, zgrania.

Wspaniały rajd Iniesty i zachwyty nad nim przypomniały, jak bardzo w obecnym systemie gry pomoc Azulgrany wyzbywa się bezpośredniej odpowiedzialności za wynik. Bezpośrednia = asysty, kluczowe podania i gole. Zwłaszcza Rakitić, a także Iniesta, specjalizują się w tym sezonie w asystach II, III i IV stopnia bądź piłkach rzucanych na otwarte pola, piłkach kreujących napastników, którzy „resztę” (czytaj: gole) robią sami. Widzieliśmy to we wszystkich meczach ostatnich tygodni.

To dobrze, bo wskazuje na inteligencję taktyczną trenera i poszczególnych piłkarzy. Forma wielkiego tercetu z przodu zdecydowanie pozwala aby mierząca się w rundzie jesiennej z dylematem tożsamości pomoc grała na decydującym etapie sezonu „pod napastników” zamiast szukać na siłę formy minionej lub takiej, której w tym zestawie personalnym nigdy nie uzyska. Na tym "tworzywie" co ma, przy danej formie indywidualnej poszczególnych graczy, Barça na przestrzeni miesięcy przedefiniowała swoją grę. Efekty są ciekawe i obiecujące. Nowe i niewygodne dla rywali.

Czy ludzie Enrique stworzyli sobie w dwumeczu z PSG wiele okazji? Nie. Uznajmy, że dwukrotnie więcej niż zdobyli goli. To relatywnie skromna jak na przyzwyczajenia culés liczba szans bramkowych. Mimo to - zwłaszcza na Camp Nou - Barça wyglądała pewnie od pierwszej do ostatniej minuty tego ćwierćfinału. Wynik rewanżu spokojnie rozstrzygnęła już przed przerwą. Stanowi to siłę, atut tej ekipy. Czy przyczynek do wielkości? Nie. Tę moim zdaniem definiują sukcesy. Właśnie zaczął się maj. Do finałów sezonu jeszcze daleko.

Zachwyty nad szarżą Iniesty tylko uwypuklają to, co romantyczny culé odczuwa jako tęsknotę za „dawną Barçą”. Cule analityczny określi to samo jako zmianę wymaganą okolicznościami. Nie tylko w postawie „don Andrésa”. U dowolnego pomocnika. Nieuchwytność wsparcia, jakie w tym sezonie mają goleadorzy Barçy z pomocy – stanowi metodę, a nie przypadek. Z jednej strony, wypadkową formy poszczególnych graczy w danym okresie czasu, z drugiej: przyczynę konkretnego sposobu gry drużyny. Nie uważam, że jest tego wsparcia mniej. Nie o to chodzi. Jest ono inne niż w ubiegłych latach. Mniej konkretne asystami pomocników I stopnia, a częstsze odbiorami i przechwytami. Mniej efektowne takimi akcja jak ta Iniesty poprzedzająca bramkę, która rozstrzygnęła losy dwumeczu z PSG, lub kombinacjami, w których uczestniczy jednocześnie więcej niż połowa piłkarzy z pola. Pewnie, zachwycające akcje podbramkowe wciąż oglądamy, bo stanowią one esencję tego, co w stylu „Dumy Katalonii” podziwia się najbardziej. Różnica polega na tym, że teraz w kombinacjach rozbijających obronę rywala uczestniczy na raz 3-4 piłkarzy. Reszta zostaje z tyłu, skupia na pressingu, zabezpieczaniu swojej bramki i wsparciu obrońców. Także dlatego, że w tym składzie personalnym - obrona tego wsparcia szczerze potrzebuje.

Przeciwieństwo Barçy Pepa, czyli bronią wszyscy, atakują nieliczni

Nie zamierzam odmawiać Guardioli zasług dla triumfów Barçy i reprezentacji. Zrewolucjonizował taktykę piłkarską. Po raz pierwszy od 20 lat wprowadził nową filozofię gry. Jak upodobał sobie przypominać José Mourinho, a najdotkliwiej wytknął nam Bayern Heynckessa - na każdą akcję znajduje się z czasem reakcja. Sposób gry Barçy od dawna domagał się zmian. Frustrujący pod kilkoma względami sezon 2013/2014 unaocznił jak bardzo.

Standardem za Guardioli i Vilanovy było nękanie rywala na jego połowie szeroką „ławą”. W tym sezonie oglądamy podobne akcje bardzo rzadko i nie przeciw najmocniejszym ekipom. Barça jest dziś w momencie, kiedy może skrzywdzić rywala na kilka innych sposobów – kontrą, stałym fragmentem gry albo górną piłką, która z potrafiącym świetnie się zastawić, zaprawionym w podniebnych bojach ligi angielskiej Suárezem daje Barçy największe korzyści od czasów Eto’o i po nim Ibrahimovicia. Wszystko to sprawia, że pod wodzą Luisa Enrique zespół broni taką liczbą graczy, jaką jeszcze niedawno atakował.

Na tym polega „nowość” jego Barçy. Aby być w tym miejscu, w jakim jest dziś na wszystkich trzech frontach – więcej takich popisów Iniesty, Rakiticia, Xaviego, Rafinhi, nie jest ekipie potrzebne do szczęścia, do sukcesu na tablicy wyników. Są bardziej potrzebni na własnej połowie. W modelu gry Lucho pomocnicy mają się skupiać na szybkim precyzyjnym wypuszczaniu Leo, Luisa, Neymara, Alvesa, Alby, Pedro, Montoi czy Adriano w kontry i wracać na swoje pozycje w środku pola gwarantując ścisłość siatki defensywnej. Pociąga to za sobą zmiany w pozostałych sektorach gry i determinuje konkretne zachowania zespołu w innych sytuacjach na boisku.

Jeśli ktoś oglądając bordowo-granatowych w tym sezonie, odnosi wrażenie częstszej gościny rywali na połowie Barcelony, to uspokajam. To słuszne wrażenie. Bierze się z tego, że obecny system gry Barçy daje przeciwnikom większą swobodę w konstruowaniu akcji skrzydłami. Nie widać tego szczególnie w posiadaniu piłki, ale widać po liczbie akcji oskrzydlających i szans bramkowych rywali.

Alves i Alba – jeśli grają razem – mają obaj przyzwolenie od trenera na regularne odwiedziny na atakowanej połówce boiska. To oni uczestniczą w kontrach, nie pomocnicy. Skoro często „latają” pod atakowaną bramkę – brakuje ich pod własną. To przemyślana strategia taktyczna. Duet bocznych pędziwiatrów jest nieobecny w obronie długimi fragmentami meczu, ale sytuację tę równoważy zagęszczenie przedpola bronionej bramki w środku. Niezależnie od tego, czy gra Rakitić, Iniesta, Xavi czy Rafinha (każdy dysponujący konkretnymi walorami ofensywnymi), zawsze mają obowiązek wspierać Busquetsa na 20. i 30. metrze przy akcjach zaczepnych rywala. Koniec końców, celem ataków jest bramka, a ta leży w środku. Nie pod boczną linią. Dlatego obciążenie jednego lub dwóch pomocników, teoretycznie, ofensywnych dużą, a na pewno większą niż w latach ubiegłych, koniecznością zaangażowania w defensywę minimalizuje skutki nieobecności bocznego obrońcy, który właśnie pobiegł na kontrę.

Ktoś powie „... ale dośrodkowania”. I dlatego na stoperze mamy w Barcelonie Mathieu i jego 192 cm wzrostu. Wraz z Piqué stanowią solidną odpowiedź w powietrzu. Obok Francuza Geri przestaje być jedynym dryblasem barcelońskiej defensywy, przez co sam gra skuteczniej. A gdy na środek obrony wychodzi Masche, Alba z Alvesem od razu rzadziej zapuszczają się pod atakowaną bramkę, za to środek pomocy angażuje się bardziej w ofensywę pokazując się "Szefo" do długich piłek. Polecam zwrócić na to uwagę przy najbliższej okazji. Przemiana Barçy jest fascynująca.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (120)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze