Jeżeli dobrze liczę, dzisiejsze spotkanie pomiędzy FC Barceloną a Realem Madryt będzie moim dwudziestym ósmym Klasykiem. Całkiem spora to liczba, choć z pewnością wśród Was znajdą się tacy, których licznik obejrzanych derbów ma z przodu trójkę, czwórkę, piątkę, a może nawet i szóstkę. Dotychczasowy bilans tych magicznych starć jest pozytywny: dwanaście razy świętowałem po zwycięstwie, dziewięć razy ogarniał mnie smutek i złość, bo górą byli rywale z Madrytu, zaś sześciokrotnie odczuwałem niedosyt z powodu osiągnięcia wyniku jedynie remisowego. Jak będzie dzisiaj?
Niestety czas w miejscu nie stoi, a lat wciąż przybywa i choć wiele rzeczy w moim życiu uległo całkowitej zmianie, to jedno wciąż pozostaje niezmienne – bezgraniczna miłość do spotkań pomiędzy Barçą a Realem. Przez te wszystkie lata, odkąd z wypiekami na twarzy śledzę każdy pojedynek Blaugrany z Los Blancos, przeżywałem mnóstwo chwil uniesień i trudnej do opisania radości. Z drugiej strony nie brakowało także wyjątkowo gorzkich momentów, gdy dusza cierpiała, a wizerunek zewnętrzny z daleka ostrzegał otoczenie: „Lepiej się nie zbliżaj i nie próbuj mnie uruchamiać”. Ach, pięknie wraca się do tych wspomnień, zarówno pierwszych, jak i drugich.
Dzisiaj głęboko wierzę, że przy mojej statystyce zwycięstw pojawi się trzynastka. Żadnej innej opcji nie chcę nawet brać pod uwagę. Są poważne przesłanki ku temu, by ufać, że właśnie taki scenariusz się dzisiaj wypełni. Poza tym serce i rozum są wyjątkowo zgodne: „Tego wieczora będziesz świętować”.
Z okazji zbliżającego się Klasyku chcę podzielić się z Wami swoim TOP 3, czyli zestawieniem najbardziej pamiętnych i w mojej opinii najlepszych starć Barçy z Realem, które miałem zaszczyt widzieć na własne oczy. Jestem ciekaw Waszych typów spotkań przeciwko odwiecznemu rywalowi, z których zachowaliście najwspanialsze wspomnienia. Zachęcam do podzielenia się nimi z innymi użytkownikami w komentarzach.
Miejsce 3: Real – Barça 3:4, sezon 2013/14
Na ostatnim miejscu podium znalazło się spotkanie z zeszłego niezwykłego sezonu. Wszyscy doskonale pamiętamy przebieg rozgrywek ligowych, których scenariusz był wręcz porażający. Do walki o mistrzostwo Hiszpanii nareszcie dołączył ktoś spoza dwójki Barça – Real. Atlético Diego Simeone sprawiło, że przestano mówić o „Wielkiej Dwójce”, a zaczęto używać określenia „Wielka Trójca”. Los Colchoneros dodali całej lidze pikanterii, sprawiając zarazem, że bezpośrednie spotkania pomiędzy Blaugraną a Los Blancos miały jeszcze większe znaczenie dla układu w tabeli. W 29. kolejce na Santiago Bernabéu podopieczni Gerardo Martino mierzyli się z ekipą Ancelottiego. Sytuacja w lidze miała się wówczas następująco: 1. miejsce – Real z 70 punktami, 2. miejsce – Barcelona z 69 punktami i 3. miejsce – Atlético z 67 oczkami na koncie. Na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem na Bernabéu Rojiblancos wygrali swoje starcie z Betisem, zrównując się tym samym z Realem w tabeli.
Końcowy rezultat Klasyku wydawał się mieć jeszcze większe znaczenie niż zazwyczaj. W pierwszej rundzie na Camp Nou górą byli gospodarze (2:1) i każdy culé liczył na to, że argentyński szkoleniowiec ponownie znajdzie formułę na pokonanie bardziej doświadczonego Włocha. Jak pokazały boiskowe wydarzenia, Martino i jego chłopcy nie zawiedli.
Do tego wyjątkowego w tym zestawieniu Klasyku można użyć słowa, które równie dobrze będzie opisywało cały zeszły ligowy sezon: rollercoaster. Strzelanie rozpoczął Iniesta (7. minuta), na co dwukrotnie odpowiedział Benzema (22. i 24.). Real stwarzał znacznie więcej zagrożenia, ale to Messi wyrównał (42.) i na przerwę Barça schodziła z bardzo szczęśliwym dla siebie remisem. Po wznowieniu Blaugrana wydawała się lepsza, lecz faul Alvesa na Ronaldo w polu karnym dał jedenastkę Realowi, którą, naturalnie, wykorzystał sam poszkodowany. W 63. minucie wydarzyło się coś, co zadecydowało o losach dalszej rywalizacji. Ramos wywrócił w polu karnym Neymara, w efekcie czego zobaczył czerwoną kartkę, a Messi wyrównał na 3:3. Barça coraz mocniej zarysowywała swoją przewagę i po dwudziestu minutach Real znów popełnił błąd, tym razem dopuszczając się przewinienia na Inieście. Hiszpan został wywrócony w polu karnym, a Messi po raz kolejny nie pomylił się z jedenastu metrów. Hat-trick Argentyńczyka, zwycięstwo 4:3, trzy karne, czerwona kartka, słupek Alvesa, wybicie piłki z pustej bramki przez Piqué po strzale Benzemy. W tym spotkaniu było wszystko. To był Klasyk rodem z popularnej gry FIFA. Takiego rodzaju emocji podczas El Clásico nie doświadczyłem chyba nigdy. Mecz absolutnie genialny i w pełnej krasie ukazujący to, czym jest pojedynek Barçy z Realem.
Miejsce 2: Real – Barça, sezon 2008/09
Teraz powrócimy do najwspanialszego sezonu w historii klubu. Pierwszy rok pod wodzą Pepa Guardioli to niezapomniane zwycięstwo nad Realem w Madrycie. Przed 34. kolejką La Liga Barça była liderem z 82 punktami, zaś za jej plecami znajdował się klub ze stolicy, mający na swoim koncie cztery oczka mniej. Zatem to Los Blancos stali pod ścianą i musieli koniecznie wygrać, aby móc jeszcze marzyć o zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii. Piłkarze Realu mieli ogromne nadzieje na pokonanie odwiecznego rywala, z którym w pierwszej rundzie na Camp Nou przegrali 0:2. Od tamtej porażki (15. kolejka) Los Blancos rozegrali osiemnaście meczów, z czego tylko w jednym zremisowali, zaś cała reszta padła ich łupem! Kibice Barcelony byli pełni obaw przed rozpędzonym rywalem, zaś ja nadzwyczaj spokojnie podchodziłem do całego meczu, ufając, że chłopcy Guardioli pod wodzą spektakularnego Messiego przekreślą jakiekolwiek nadzieje Realu na końcowy sukces.
Lepiej zaczęli gospodarze, co szybko przełożyło się na zdobycie bramki (14. - Gonzalo Higuaín). Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź Barçy, która do przerwy trzykrotnie ukąsiła rywala (18. - Henry, 20. - Puyol i 36. - Messi). Katalończycy grali olśniewająco, udowadniając, że są zespołem znacznie lepszym. Po zmianie stron Real starał się jeszcze nawiązać walkę z Blaugraną, lecz na bramkę Ramosa (56.), natychmiastowo odpowiedział Henry (58.), zaś Messi (75.) i Piqué (83.) dokonali dzieła zniszczenia. Nie mogłem nacieszyć oczu grą Barçy Pepa, dla której był to najlepszy mecz w sezonie. To, co gracze Barçy robili z piłkarzami klasy Robbena, Ramosa czy Raúla, było czystym artyzmem, poezją piłki nożnej. Jeżeli ktoś kiedykolwiek zapytałby mnie, dlaczego Xavi Hernández był graczem wyjątkowym, pokazałbym mu akcję na 5:2. Nie jestem w stanie odnaleźć odpowiednich słów, które w pełni oddałyby to, co myślę o tej sytuacji. Zaś bramka Piqué na 6:2? To już była po prostu przesada. Nie wierzyłem w to, co widziałem. Dotychczas żadne zwycięstwo nie smakowało tak wyjątkowo, jak tamta spektakularna wygrana nad odwiecznym rywalem na jego stadionie. 6:2 i kompletne upokorzenie Realu to jeden z tych momentów, których z pewnością nie zapomnę do końca życia.
Miejsce 1: Barça – Real 5:0, sezon 2010/11
Zwycięzca tego rankingu mógł być tylko jeden. Manita na Camp Nou to wydarzenie, które pewnie wielu z Was wspomina zdecydowanie najlepiej. Wydarzenie, które z powodu choroby, mogło mnie brutalnie ominąć, lecz dobroć serca pewnej pani doktor finalnie nie pozbawiła mnie możliwości obejrzenia czegoś, czego nie zapomnę nawet wtedy, gdy będę w podeszłym wieku i w minutę po łyknięciu tabletek będę zastanawiał się, czy wziąłem już dzisiaj swoją dawkę leków.
Szczególnie ciekawe były wydarzenia poprzedzające to spotkanie. W Madrycie pojawił się „mało kochany” przez Katalończyków José Mourinho, zaś swój drugi sezon dla Los Blancos rozgrywał Cristiano Ronaldo. Po jedenastu kolejkach Primera División na czele tabeli znajdował Real z 32 punktami, zaś Barcelona miała tylko o jedno oczko mniej. Dokładnie pamiętam, jak kibiców Blaugrany ogarnął blady strach. Mourinho z Realem jeszcze nie przegrał i znaczna większość sympatyków trzęsła się ze strachu przed portugalskim szkoleniowcem i najlepszym graczem Merengues. Panowało przeświadczenie, że to Real wyjdzie z tego meczu jako zwycięzca. Pikanterii dodawali sami piłkarze ze stolicy, a konkretnie krnąbrny Ronaldo. Portugalczyk został zapytany o wysokie zwycięstwo Barçy (8:0 z Almeríą) tuż przed Klasykiem. Crack Realu w swoim stylu pokusił się o kontrowersyjną wypowiedź: „Zobaczymy, czy Barça też nam strzeli osiem bramek”. Messi i spółka wyraźnie musieli przeczytać ten komentarz i powiedzieć sobie: „Challenge Accepted”.
Czym jest tiki-taka? Na czym ona polega? Najlepszą odpowiedzią na te pytania jest właśnie starcie Barçy z Realem na Camp Nou zakończone wynikiem 5:0. Katalończycy roznieśli pewnych siebie rywali z Madrytu. Od początku aż do końca wszystko przebiegało pod dyktando graczy Pepa, którzy wręcz ośmieszali przeciwnika. Real biegał za piłką, a Barcelona dawała spektakl, wprawiający w zachwyt wszystkich fanów piłki nożnej. Przesadzam? Wystarczy przypomnieć sobie, co powiedział Wayne Rooney na widok tak grającej Barçy: „Wstałem z fotela przed telewizorem i oklaskiwałem ich grę”. Xavi, Iniesta, Messi, Villa, Pedro, wszyscy, dosłownie wszyscy zagrali w tym spotkaniu na swoim najwyższym możliwym poziomie. Tak grającej Barcelony nie dało się powstrzymać w żaden normalny sposób. Zrozumiał to Mourinho, który na następne potyczki zaczął wprowadzać swoją specjalną taktykę, którą wszyscy doskonale pamiętamy. Portugalczyk pokornie przyznał, że gdyby spotkanie potrwało jeszcze dłużej, jego zespół przegrałby większą różnicą bramek. Z kolei dzienniki zalały widomości o atmosferze w szatni Realu po zakończeniu meczu: „Płacz i niedowierzanie. Grobowa cisza”.
Takiego zwycięstwa nie spodziewał się chyba nikt. Absolutna dominacja, deklasacja rywala w każdym elemencie gry. Wątpię, czy dożyję jeszcze podobnego spotkania, choć przede mną wiele lat życia i nic nie jest przesądzone. Jedno jest pewne, niezwykle ciężko będzie o to, aby manita straciła w moim rankingu TOP 3 palmę pierwszeństwa.
Poza rankingiem: Barça – Real 3:2, Superpuchar Hiszpanii 2012
Jeżeli oglądałbym to spotkanie przed szklanym ekranem telewizora, wówczas nie zachowałbym jakichś specjalnych wspomnień z tego meczu. Tego jestem pewien. Szkopuł jednak w tym, że ten Klasyk jest dla mnie czymś zupełnie wyjątkowym, ponieważ pozwolił mi on na spełnienie jednego z największych marzeń – obejrzenie na żywo starcia pomiędzy Barçą a Realem. To nie była moja pierwsza wizyta na Camp Nou, gdyż już kilka razy wcześniej miałem okazję być naocznym świadkiem popisowej gry Barcelony, ale tym razem podekscytowanie było znacznie większe. W końcu okazja do uczestniczenia w Klasyku (najwspanialszym klubowym meczu piłki nożnej) nadarzyła się po raz pierwszy w moim życiu.
Pojedynek na Camp Nou był pierwszym spotkaniem z dwumeczowej batalii o Superpuchar Hiszpanii. Katalończycy w poprzedniej kampanii zdobyli Puchar Króla (pożegnalne trofeum Pepa Guardioli), zaś zespół ze stolicy okazał się najlepszy w ligowych rozgrywkach. Gdy już na kilka minut przed pierwszym gwizdkiem dotarłem na stadion i z całych sił odśpiewałem „Cant del Barça”, rozpoczął się mój sen.
Pierwsza połowa toczyła się w niezłym tempie, choć można było odnieść wrażenie, że forma obu drużyn nie prezentuje się równie dobrze, jak podczas ligowych Klasyków. To Barcelona dominowała i sprawiała lepsze wrażenie, choć nie była w stanie przełożyć tego na zdobycze bramkowe. 0:0 do przerwy i lekkie podenerwowanie, ponieważ za nic w świecie nie chciałem być świadkiem bezbramkowego remisu. Choć gardło już od wielu minut odmawiało posłuszeństwa, to w drugiej połowie jeszcze głośniej dopingowałem chłopców Tito Vilanovy. W 55. minucie do siatki trafił Ronaldo, który w imponujący sposób wyszedł w górę i precyzyjnym strzałem głową nie dał szans Valdésowi. Stan smutku nie trwał jednak zbyt długo, gdyż tuż po wznowieniu Barcelona popisała się piękną akcją. Długie, precyzyjne podanie od Mascherano we wspaniały sposób przyjął Pedro, który nie miał najmniejszych problemów z pokonaniem Casillasa. Ta bramka dała niesamowitego „kopa” piłkarzom Barçy, którzy od tego momentu zaczęli dzielić i rządzić na boisku. Z wysokości trybun wyraźnie można było dostrzec coraz większą przewagę Blaugrany nad Los Blancos.
W 70. minucie Ramos powalił w polu karnym Iniestę, a do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Leo Messi. Niezwykłe wsparcie trybun dla Argentyńczyka, który, powiedzmy sobie szczerze, w Katalonii jest traktowany jak Bóg. Wyczujesz to od razu. To podniecenie ludzi, ich ekscytację, gdy ich oczy tylko ujrzą magika z numerem 10 na plecach. Messi z karnego się nie pomylił i dał Barçy prowadzenie 2:1. Osiem minut później Xavi podwyższył na 3:1, a ja byłem w siódmym niebie. Dosłownie! Barça dominowała, strzelała bramki, grała pięknie, a ja mogłem podziwiać to wszystko na żywo. Mój humor byłby iście szampański, gdyby nie wydarzenia ostatnich minut spotkania. Najpierw w sytuacji sam na sam fatalnie pomylił się sam Leo Messi, a było niemal pewne, że ta akcja zakończy się czwartym golem dla Barcelony. Tak się niestety nie stało, co niemal od razu zemściło się na gospodarzach. W niezrozumiały sposób zachował się Víctor Valdés, który w starciu z Di Maríą chciał przetestować swoje umiejętności dryblerskie. Nie wyszło. Argentyńczyk ośmieszył bramkarza Blaugrany i przywrócił swojemu zespołowi życie. Szok. Stadion niemal zamarł. Ja stałem i z niedowierzaniem trzymałem się za głowę, podobnie jak większość kibiców. „Coś ty najlepszego narobił?”, te słowa z żalem w sercu były kierowane w stronę naszego portero.
Koniec końców Barça zwyciężyła 3:2. Pięć bramek, kawał dobrego futbolu, ujrzenie Messiego i Ronaldo wspólnie na boisku. O nic więcej prosić nie mogłem. Jedno marzenie zostało spełnione i to w przepięknym stylu. Teraz pozostaje dążyć do realizacji kolejnego – uczestniczenia w ligowym Klasyku, który jednak zawsze ma nieco inną atmosferę od meczów rozgrywanych w pozostałych rozgrywkach. Jeżeli jesteście ciekawi, czy piłkarze Barçy rzeczywiście są tacy dobrzy, jak macie to okazję widzieć w telewizji, ja mogę powiedzieć Wam tylko jedno: „Oni są znacznie lepsi”. Oglądanie na żywo ich popisów technicznych, sztuczek, milimetrowych zagrań to prawdziwa rozkosz dla oczu. Każdemu z Was życzę, aby miał szczęście przeżyć to, czego ja doznałem w lecie 2012 roku.
Komentarze (72)