Po bardzo dobrej grze w pierwszej połowie i nieco bardziej wyrównanym pojedynku w drugiej części spotkania Barça pokonała Atlético Madryt 3:1. Bramki dla ekipy Dumy Katalonii zdobywali Neymar, Luis Suárez i Leo Messi. Jedyne trafienie dla Atléti zaliczył Mario Mandžukić po rzucie karnym.
Wszyscy doskonale wiemy, w jakich nastrojach Barça podchodziła do tego pojedynku. Konflikt Messiego z Luisem Enrique, zwolnienie Zubizarrety, odejście Puyola, wybory pod koniec sezonu... Nic dziwnego, że wielu culés wieszczyło porażkę Blaugrany i zwolnienie Lucho. Niestety, nawet najbardziej zagorzali krytycy Asturyjczyka będą musieli przynajmniej do następnego meczu zamknąć usta.
Obydwaj trenerzy nie zdecydowali się na zbyt wiele zmian w swoich drużynach. Z nietypowych decyzji odnotować można jedynie ustawienie przez Diego Simeone Jesúsa Gámeza na nienaturalnej dla niego pozycji lewego obrońcy. Z kolei Luis Enrique desygnował na ten mecz prawdopodobnie najmocniejszą możliwą jedenastkę.
Pierwsze minuty naznaczyła agresywna gra Atlético i dość spokojne utrzymywanie się Barçy przy piłce. Wyglądało to tak, jakby podopieczni Cholo nie wyszli na murawę z myślą o zwycięstwie, a o jak największym uprzykrzeniu życia zawodnikom Blaugrany. Nastawienie znane z pojedynków ze słabszymi drużynami, jednak po takim rywalu można było się spodziewać czegoś więcej. Tymczasem już w 9. minucie bardzo groźny strzał w polu karnym oddał Leo Messi, ale uderzał słabszą nogą i minimalnie chybił. Trzy minuty później cały stadion triumfalnie wyskoczył w górę za sprawą Neymara, który po świetnym wejściu Messiego w pole karne i dość przypadkowym odbiciu piłki od Luisa Suáreza z najbliższej odległości wślizgiem skierował piłkę do siatki. 1:0! Po tym trafieniu Atlético na poważnie wzięło się do pracy. Problem w tym, że zamiast piłki zawodnicy Rojiblancos atakowali nogi rywali, co poskutkowało m.in. brutalnym wejściem Gimeneza w nogi Neymara i chwilowym niepokojem culés co do dalszego występu Brazylijczyka. Na szczęście Ney wrócił do gry i nieustannie siał zagrożenie z lewej strony boiska. W 35. minucie do głosu doszedł dyrygujący dziś grą zespołu Leo Messi, który (choć wydaje się, że z małą pomocą prawej ręki) fantastycznie opanował piłkę w środku pola, przedryblował kilku zawodników i wbiegając w pole karne, odegrał do Luisa Suáreza, a ten nie miał problemów z wykończeniem akcji wolejem. Fantastyczna Barça, Atlético na kolanach - można było rzec. Z takim nastawieniem obydwa zespoły zeszły też do szatni.
W przerwie w szatni Los Colchoneros musiało paść kilka cierpkich słów, gdyż podopieczni Cholo zaczęli grać ze zdecydowanie większą dyscypliną i Barçy coraz trudniej szło przełamywanie szyków rywala. Dwanaście minut po przerwie do akcji postanowił wkroczyć doskonale znany wszystkim, a w szczególności polskim kibicom Barçy, Undiano Mallenco. Arbiter dostrzegł niewidzialny faul Leo Messiego na Jesúsie Gámezie i podyktował jedenastkę dla Atlético. Pewnym strzałem na gola zamienił ją Mario Mandžukić. Wynik 2:1 zwiastował sporo niepewności w końcowych minutach, zwłaszcza że Atlético wyraźnie złapało wiatr w żagle. Gra podopiecznych Simeone nie była jednak tego wieczoru przekonująca, dość powiedzieć, że oddali oni zaledwie trzy celne strzały na bramkę Claudio Bravo. Z kolei Barça nie forsowała tempa i mądrze utrzymywała się przy piłce. Kiedy już wydawało się, że mecz zakończy się skromnym zwycięstwem Blaugrany, do głosu po raz ostatni doszedł Leo Messi. Ivan Rakitić ładnie rozegrał piłkę na skrzydło do Luisa Suáreza, ten przerzucił do Messiego, który sprytnie odegrał do wbiegającego w pole karne Chorwata. Gdy już wydawało się, że podanie Rakiticia jest za mocne i obrońcy Atléti wybiją piłkę, po przypadkowym odbiciu futbolówki La Pulga wykorzystał swój instynkt strzelecki i z bliska dobił ekipę z Vicente Calderón. Po kilku niemrawych atakach Fernando Torresa i spółki w końcówce, mecz zakończył się pewnym triumfem Dumy Katalonii 3:1.
Naprawdę ciężko cokolwiek logicznie przeanalizować po tak szalonym spotkaniu. Barça grała... jak nie Barça, Atlético broniło... jak nie Atlético, a Undiano Mallenco... no cóż, przynajmniej on pozostał sobą. Faktem jednak pozostaje, że po wszelkich dywagacjach z minionego tygodnia i setkach pogłosek o rychłym zwolnieniu Luisa Enrique czy odejściu Leo Messiego Barça pokazała całemu światu, że nawet mimo chwilowego kryzysu potrafi rozgrywać wielkie mecze. Oby to spotkanie było światełkiem w tunelu niepewności, w którym od tygodnia znajdowała się Duma Katalonii. Nikt nie wątpi, że Leo Messiego i spółkę stać na naprawdę wspaniałe rzeczy. Vamos!
Komentarze (5660)