Przy Canaletes mówią. Chispa

Mateusz Bystrzycki

23 grudnia 2014, 20:09

111 komentarzy

Koniec roku to zawsze czas podsumowań i wręczania odznaczeń tym, którzy wśród futbolowej gawiedzi wywołali najwięcej zachwytu. Nie sposób więc nie wspomnieć o tradycyjnej licytacji na argumenty (i ich karykatury) w drodze do wyłonienia lepszego z pary Leo Messi - Cristiano Ronaldo. Złota Piłka mnie nie interesuje, dziś to bardziej konkurs piękności, który swoim przebiegiem i anturażem przypomina wybory Miss Nastolatek. Dla mnie, widza nieobiektywnego, skażonego barcelońskim uwielbieniem, Argentyńczyk zostawia gwiazdora Realu Madryt daleko w tyle. Jest i będzie najlepszy, bo ma coś, czego nie da się nadrobić tytaniczną, sumienną harówą, której Portugalczykowi nie sposób odmówić. Hiszpanie mówią na to chispa. Iskra od niebios, prawdziwy dar, naturalny, czysty, niepodrabialny talent.

Nie zamierzam wkraczać na pole przerzucania się liczbami. Statystyki to tylko połowa prawdy. Być może ta bardziej wymierna, bezstronna, niesplamiona kibicowskim wyborem serca. Chodzi bowiem o to, że przewagi Leo Messiego nad Cristiano Ronaldo nie pomieszczą chłodne, baznamiętne reguły matematycznych rachunków. Są elementy piłkarskiego rzemiosła, w których CR7 może bezapelacyjnie przyznać sobie swoją własną Złotą Piłkę. Od Messiego jest silniejszy, lepiej gra w powietrzu i tyłem do bramki przeciwnika, z namolnym rywalem na plecach. Ponadto, dysponuje potężniejszym, bardziej kąśliwym strzałem z dystansu, choć precyzja tych uderzeń jest oddzielnym ringiem do polemiki. Wychowanek Sportingu Lizbona zadziwiająco dokładnie odgrywa kolegom piłkę bez przyjęcia, na pokaźniejsze aniżeli Messi odległości. Świetnie gra bez futbolówki, a jego ambicja i determinacja znacząco przekraczają intelektualnie dopuszczalne normy. Można bowiem odnieść wrażenie, że 29-latek choruje na chroniczne, bezustanne pragnienie sukcesów, momentami nawet bardziej indywidualnych niż drużynowych. Niebezpiecznie krocząc ku złośliwości, można również nieśmiało napomknąć o tym, że były piłkarz Manchesteru United przejawia także talenty aktorskie i oratorskie („Real to największy klub na świecie i to tworzy wiele zawiści wokół niego, wielu ludzi nie chce, żeby wygrywał. Rozumiem, że budzimy zazdrość” - powiedział po wiosennej klęsce w El Clásico).

Podobnie mógłbym wyliczyć materie, w których to Messi jest zawodnikiem lepszym aniżeli Ronaldo. Tym razem chcę jednak oddać wymiar wrażenia optycznego, wizualnego, niewymiernego, które towarzyszy śledzeniu boiskowej plątaniny Leo. Lekkość i swoboda, z jaką Argentyńczyk porusza się po boisku, przywołuje na myśl skojarzenia z najsmuklejszym poduszkowcem. Rzec można, że wychowanek FC Barcelony jest zawodnikiem delikatnym, subtelnym, którego oglądanie dostarcza niczym niezmąconej, schludnej wręcz przyjemności. Na przestrzeni lat o Messim powiedziano i napisano już wiele, gdzie mi tam do tuzów epitetowej żonglerki. Posłużę się więc literackim odniesieniem, które w zachwytach nad Messim należy do najczęściej przeze mnie przywoływanych. „Przychodzi taki dzień, gdy bogini wiatru muska ustami umęczoną i poniżoną stopę człowieka, a z tego pocałunku rodzi się piłkarski idol” - napisał w książce „Blaski i cienie futbolu” Eduardo Galeano. I dalej: „Piłka go szuka, rozpoznaje, potrzebuje. Na podeszwie jego stopy odpoczywa, kołysze się do snu. Idol wydobywa z niej blask, sprawia, że przemawia, a w tej ich rozmowie uczestniczą miliony oniemiałych”. Trudno uwierzyć, że Urugwajczyk nie miał na myśli Messiego. Podejrzewam, że powyższe słowa niemal same wystukały się na klawiaturze, niczym fortepianowa uwertura spod palców największego mistrza muzyki poważnej.

Aparycja Leo przywołuje skojarzenia z pokornym ministrantem, kolejne razy - te na boisku i poza nim - znosi bowiem z milczącą godnością. Po kolejnym faulu, będącym wykwitem narastającej frustracji rywala, Messi po prostu otrzepuje się, wstaje i gra dalej. Czyli robi to, co kocha najbardziej. Jak egzaltowany dzieciak na podwórkowym kartoflisku, dla którego liczy się tylko fakt czerpania niezakłóconej radości z gry. Jestem ja i piłka, nie liczy się więc nic poza skleconym naprędce mikroświatem. Każdy, kogo niegdyś cieszył dźwięk wpadającej do siatki piłki, nawet podczas groteskowo niepoważnego meczu o mistrzostwo osiedla, dostrzega w Messim uosobienie swoich niespełnionych marzeń, młodzieńczych idylli i mrzonek o podboju największych futbolowych aren świata. Ten prosty, skromny, szczery facet dokonuje rzeczy przełomowych, epokowych, bezprecedensowych, pamiętając przy tym o niepodrabialnym stylu i „cukierku” dla zachwyconych fanów.

Przed starciem w 1/8 finału Ligi Mistrzów 2013/14 przeciwko Manchesterowi City kamera zarejestrowała, jak podczas hymnu najbardziej prestiżowych rozgrywek świata Messi intensywnie przeżuwa w ustach nieodgadniony, trudny do przełknięcia pokarm (owoc czy energetyczny batonik zbożowy?). Komentator jednej z polskich telewizji wypowiedział wówczas zdanie, które utkwiło mi w pamięci: „Przecież ten facet nie wygląda, jakby miał za chwilę ważną robotę do wykonania”. Prosty, subtelnie żartobliwy, nieco przewrotny komentarz, który w moim mniemaniu był kwintesencją boiskowej postawy Messiego. Jego bowiem cieszą kolejne triumfy drużynowe, kolektywne dążenie do sukcesu, satysfakcja z wykonania misji w sposób wzbudzający powszechny podziw. Indywidualne frukty kurczą się do skali mikro, choć w przypadku 27-latka nierzadko przecież ocierają się o artyzm. Zwycięstwo nie jest dla niego celem samym w sobie, istotniejsza jest bowiem droga do wygranej, kroczenie nie po bezwładnie zwisających głowach przysłowiowych trupów, a w stylu modelek z mediolańskich wybiegów. Z gracją, klasą, elegancją, czasem wręcz majestatycznie.

I raz jeszcze Galeano: „Niektórym wydaje się, że stadiony piłkarskie to wyspy. Nie wiedzą, że są one raczej lustrami, w których odbija się obraz świata, do którego wszyscy należymy”. Przynależność do świata futbolu, w którym od lat funkcjonuje Leo, jest prawdziwym zaszczytem, zwłaszcza dla kibica FC Barcelony. Bo Messi jest jak Piotruś Pan, małe dziecko śniące o wielkich rzeczach. Dzięki jego boiskowym popisom wszyscy culés przenoszą się w świat magii, czarów, baśniowych fantazji, gdzie niemożliwe po prostu nie istnieje. Jego gole, asysty, dryblingi i muśnięcia piłki pozwalają na odwołania do barcelońskiego mistrza architektury Antonio Gaudíego. Niemającego sobie równych, tworzącego dzieła misternie skonstruowane i wizjonerskie, aczkolwiek sprawiające wrażenie nietrwałych. Bo Leo nie zawsze gra doskonale, nie jest przecież bezbłędnie zaprogramowaną maszyną. Czasem snuje się po boisku, myślami błądzi daleko od Camp Nou, wyłącza się z gry, nie pracuje w destrukcji, czasem wybiera rozwiązania zbyt indywidualne. Co więcej, na twarz wpuszcza grymas niezadowolenia, ogólnej apatii i niechęci, jakby chciał czym prędzej znaleźć się w przytulnym odosobnieniu. Ale trzy dni później nie gra w drużynie, a jest drużyną, dokonuje rzeczy nieosiągalnych dla pozostałych śmiertelników. Jakby chciał zakpić z praw fizyki, zasad futbolu, pojemności kibicowskich mózgów i rywala. W tej właśnie kolejności. Jak dziecko, któremu wybacza się nawet największe przewinienie tylko dlatego, że właśnie przed chwilą obdarzyło nas czułym uśmiechem.

W 2014 roku Leo Messi rozegrał 66 meczów, w których 58 razy wpisał się na listę strzelców. Średnia bramek na spotkanie wyniosła więc aż 0,88. Nie można także pominąć zawrotnej liczby 22 asyst. Wybaczcie przywołanie suchych liczb po tych pełnych emocjonalnego uniesienia wersach, swoistej wędrówce po wszechświecie Argentyńczyka. Posłużyły mi one do zejścia na ziemię, czyli tam, gdzie od lat tkwi Ronaldo.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (111)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze