Dawno nie mieliśmy weekendu, żeby trzej liderzy tak zgodnie wygrali swoje mecze, zachowując status quo na szczycie hiszpańskiej Primera División. Barcelona po morderczym boju wywiozła trzy punkty z Cornellà-El Prat, Atlético zagrało jedno z najlepszych spotkań w sezonie, pokonując Athletic w baskijskiej Katedrze, a na koniec dnia Real Madryt pewnie ograł Rayo Vallecano, utrzymując dystans do czołowej dwójki. Status quo na szczycie zachowany.
Atlético marzy o dokonaniu niemożliwego, porywa się na coś, o czym nikt wcześniej nie pomyślał, a jeżeli im się uda, to przejdą do historii i staną się legendą. Barcelona marzy o kolejnym udowodnieniu, że jej cykl się nie skończył, a piłkarze w dalszym ciągu są głodni trofeów. Real Madryt, mimo że w ostatnich dniach zajmował się głównie walką ze spiskowcami, w dalszym ciągu marzy o odzyskaniu utraconej korony i dumy. Klub, który ma wszystko, oprócz tego najważniejszego - pucharów. W tym sezonie ma być inaczej... Każdy ma inne marzenia, każdy ma swój cel, który chce osiągnąć, ale koniec końców gra toczy się o mistrzostwo Hiszpanii, a tu jest miejsce dla jednego zespołu. Atlético, Barça czy może Real Madryt? Szanse są równe, a przed nami jeszcze siedem pasjonujących finałów, które zostaną zwieńczone spotkaniem mogącym przerodzić się w batalię o władzę w Primera División. Czy losy tytułu rozstrzygną się na Camp Nou? Życie pisze różne scenariusze - ten byłby najbardziej dramatyczny. Ale kto nie kocha thrillerów z happy endem?
Wojna na szczycie nie ma końca, natomiast prawdopodobnie znamy już wszystkich przyszłorocznych reprezentantów Hiszpanii na arenie międzynarodowej. Valencia swoje miejsce oddała walkowerem, bo jak inaczej można nazwać porażkę z... Getafe? Sevilla, Villarreal i Real Sociedad mogą być niemal pewne udziału w kolejnej edycji LE. Athletic Bilbao ma nad wspomnianą trójką sześć punktów przewagi i jeżeli nie stanie się żaden dramat, Lwy będą miały prawo zagrać w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Pasjonująca będzie walka o pozostanie w Primera División, gdzie panuje duży ścisk i jeszcze każdy scenariusz jest możliwy.
Barcelona rządzi w Katalonii
Można podawać nieskończoną liczbę statystyk, kolejne frazesy o wyższości Barcelony nad Espanyolem, ale derby zawsze są czymś innym, odróżniającym je od innych spotkań. W pojedynkach o władzę w mieście nie ma znaczenia, czy jesteś Dawidem, czy Goliatem, nie ma znaczenia, czy jesteś 22. krotnym mistrzem Hiszpanii, czy w swojej historii nigdy tego mistrzostwa nie wygrałeś. Przed meczem na Cornellà-El Prat nikt nie miał wątpliwości - to właśnie ten wyjazd będzie najtrudniejszym przystankiem w drodze do mistrzostwa. Bardziej wymagającym przeciwnikiem może być tylko Atlético... w 38, kolejce na Camp Nou.
Opis spotkania to klasyczny scenariusz każdych derbów. Niezależnie, czy mowa o konfrontacji Realu z Atlético, czy Sevilli z Betisem... Walka, walka i jeszcze raz walka. To nie są ładne mecze, w których odstawia się nogę. Od samego początku oglądaliśmy batalię prowadzoną w szybkim tempie. Wspomniana walka toczyła się głównie o środek pola, jakby obaj szkoleniowcy wyszli z założenia - kto wyrwie rywalowi ten rejon boiska, ten rozstrzygnie wojnę na swoją korzyść. Ostra gra sprawiła, że byliśmy świadkami niezliczonych drobniejszych spięć, które na szczęście nie prowadziły do eskalacji konfliktu.
Barcelona i Espanyol poszły na wymianę ciosów, preferując brudną grę od czysto sportowej rywalizacji. Nie brakowało fauli, żółtych kartek i przepychanek, w których prym wiedli Stuani, Colotto i Sergio Busquets. Jedyną lepszą sytuację stworzyła Barça, kiedy Leo Messi stanął oko w oko z Kike Casillą, ale lob okazał się niecelny. Druga połowa? Można byłoby zastosować kopiuj - wklej opisu pierwszej części. Brak sytuacji i walka w środku pola, aż w 76 minucie Clos Gómez podyktował rzut karny na korzyść Barcelony, dołączając tym samym do długiej listy spiskowców, uniemożliwiających Realowi Madryt zdobycie mistrzostwa. Jedenastkę pewnie wykorzystał Messi. Chwilę później derby Katalonii zamieniły się w dobrą hollywoodzką komedię. Argentyński crack starał się przelobować wychodzącego z bramki Kiko Casillę, ale golkiper Espanyolu popisał się piękną interwencją... za polem karnym. Czerwona kartka i Javi López w bramce. Tak tak... Gospodarze wcześniej wykorzystali limit zmian i nie mogli wprowadzić nowego bramkarza, więc między słupkami zadebiutował pomocnik.
Opis końcówki spotkania można pominąć, bo oglądaliśmy 10 minut, które z piłką nie miało wiele wspólnego. Barcelona wywiozła z Cornellà-El Prat, najtrudniejszego wyjazdu w końcowej fazie sezonu, bardzo cenne trzy punkty. Co dalej? Betis (dom), Granada (wyjazd), Athletic (dom), Villarreal (wyjazd), Getafe (dom), Elche (wyjazd) i finał finałów - Atlético Madryt (dom). Siedem finałów i brak miejsca na stratę punktów.
„Nie mamy tyle talentu co Barcelona i Real Madryt, ale mamy drużynę"
„Granica między zwycięstwem a porażką jest niewielka, ale nigdy nie można się poddawać. Zawsze musicie być przygotowani na wszystko, ponieważ życie pisze różne scenariusze. Musicie nauczyć się wygrywać, ale i przegrywać. Musicie walczyć każdego dnia. Nie możecie pozwolić, żeby cokolwiek prześlizgnęło się wam między palcami".
To nie było kolejne przemówienie Diego Simeone. Argentyński szkoleniowiec przed spotkaniem z Athletikiem Bilbao zaprosił na spotkanie z piłkarzami Irene Ville, kobietę, która wie, co to codzienna walka i morderczy wysiłek. W 1991 roku, w zwykły październikowy poranek, jako młoda dziewczyna straciła obie nogi w wyniku eksplozji bomby przymocowanej do samochodu. Zamach został zorganizowany przez ETA - baskijską organizację terrorystyczną walczącą o niepodległość regionu. Irene to nie załamało, a wręcz przeciwnie - walczyła każdego dnia, zostając uznaną dziennikarką i mówcą. Dla piłkarzy Atlético miała jasny przekaz - pokazanie im, w jak korzystnej są sytuacji, mogąc decydować o swoim losie, a każdy dzień powinni przeżywać tak, jakby był ich ostatnim. Każdy mecz powinni traktować jak finał, ponieważ granica między sukcesem a klęską jest niewielka.
Na San Mamés Atlético zagrało tak, jakby spotkanie z Athletikiem już teraz decydowało o mistrzostwie. Walczyli o każdy centymetr boiska, poświęcali się dla każdej piłki i przede wszystkim byli zabójczo skuteczni. „Nie mamy tyle talentu co Barcelona i Real Madryt, ale mamy drużynę" - powiedział później Diego Simeone. Los Colchoneros po raz kolejny udowodnili, że siła leży w zespole. Bez wątpienia Atlético zagrało na San Mamés jedno z najlepszych spotkań w tym sezonie, pokonując gospodarzy 2:1 w ich własnej Katedrze. A przecież przez ostatnie dwa sezony przegrywali tu bez podjęcia walki 0:3... Przecież w tej fazie sezonu mieli już nie mieć sił, dogrywając byle jak sezon do końca. Nic z tych rzeczy. Banda Diego Simeone pokazała, że marzy o wielkich celach, a każdy mecz traktuje jak finał.
O zwycięstwie na San Mamés rozstrzygnęli Diego Costa i Koke, ale to przede wszystkim urodzony w Brazylii Hiszpan zasługuje na kolejne pochwały. Kto wie - prawdopodobnie to właśnie Costa jest najbardziej decydującym piłkarzem biegającym po boiskach Primera División. Napastnik Atlético zdobył już 25 bramek w 19 różnych meczach! Jeżeli ktoś miał wyrwać trzy punkty z baskijskiej Katedry - to właśnie on. A Atlético? Odniosło właśnie 36. wygraną w sezonie, co już jest najlepszym wynikiem w historii klubu. W samej lidze zwyciężyło aż 24 razy. Dorobek niesłychany, a przecież nadal walczą w Lidze Mistrzów i prowadzą na siedem kolejek przed końcem w lidze hiszpańskiej. To historyczny sezon Rojiblancos, ale czy będzie legendarny?
Obowiązek wykonany
W „małych" derbach Madrytu nie mogło być mowy o niespodziance. Podrażniony dwoma porażkami z rzędu Real Madryt musiał rozjechać będące w dobrej formie Rayo Vallecano. I ostatecznie to zrobił.
Strzelanie już w 15. minucie rozpoczął Cristiano Ronaldo, wykorzystując ładne podanie Garetha Bale'a. Rayo Vallecano nie spieszyło z odpowiedzią, a Królewscy nie kwapili się do zdobywania kolejnych goli. Tak minęła nam dość senna pierwsza połowa.
W drugiej emocji również zabrakło, natomiast w końcu doczekaliśmy się większej liczby bramek z prawdziwym golazo na koniec. Na 2:0 podwyższył Carvajal, który po zdobyciu swojej pierwszej bramki w Primera División w barwach Realu Madryt w końcu będzie mógł zgolić brodę. Zanim się nie obejrzeliśmy, było już 4:0 za sprawą dwóch trafień Bale'a. Królewscy najlepsze zostawili na koniec, a w zasadzie zostawił Álvaro Morata, który pozazdrościł gola swojemu byłemu klubowemu koledze Kace - i w równie pięknym stylu pokonał bramkarza rywali.
Gładka manita i utrzymanie straty do Atlético i Barcelony. Real nadal może marzyć o mistrzostwie, ale w tym wypadku nie jest tylko zależny od siebie. Musi liczyć na potknięcia rywali.
Zamiana ról
Przed meczem Realu Sociedad z Osasuną prawdopodobnie mało kto spodziewał się wyniku 1:1. Mimo to rezultat ten i tak był dość łagodnym wymiarem kary dla podopiecznych Arrasate. Chwilami można było nawet odnieść wrażenie, że obie drużyny wzajemnie zamieniły się rolami i gdyby nie koszulki ze znanymi nam herbami, można by mieć wątpliwości, która ekipa walczy o Ligę Mistrzów, a która o utrzymanie.
Goście na El Sadar szybko otworzyli wynik - już w 7. minucie, po dograniu Veli, do bramki trafił Gonzalo Castro. Osasuna swój występ rozpoczęła tak naprawdę od 25. minuty i zrobiła to z przytupem. Oriol Riera obił poprzeczkę i w ten sposób rozpoczął festiwal niewykorzystanych szans bramkowych w wykonaniu zawodników Osasuny. W drugiej połowie Sociedad doszedł w końcu do głosu. Najpierw Martínez pozazdrościł Rierze i jego strzał także zatrzymał się na poprzeczce. Nieuchronny gol dla Osasuny padł wreszcie w 59. minucie. Torres dośrodkował na głowę Riery, który tym razem nie pomylił się i pokonał Claudio Bravo. Do ostatniego gwizdka arbitra rezultat nie uległ już zmianie, mimo że gospodarze robili, co mogli. Doliczony czas gry mógł przynieść bramkę na wagę trzech punktów dla Osasuny, jednak piłkarzom z El Sadar zabrakło szczęścia. Jeden punkt wywalczony w starciu z faworytem jak na razie nie pozwolił drużynie z Nawarry wydostać się ze strefy spadkowej.
Remis beniaminków
Zarówno Villarreal, jak i Elche w zeszłym sezonie grały jeszcze w Segunda División. Jednak w tej kampanii ligowej losy obu beniaminków potoczyły się zupełnie odmiennie. Zespół Garcíi Torala z przytupem wszedł w sezon i przez długi czas znajdował się nawet na czwartej lokacie w tabeli. W tej chwili Żółta Łódź Podwodna plasuje się na 7. miejscu i ma pełne prawo marzyć o grze w europejskich pucharach. Rzeczywistość Franjiverdes jest zupełnie inna. Elche jest jedną z ekip zamieszanych w walkę o utrzymanie.
W teorii Villarreal bez problemów powinien odprawić Elche z kwitkiem, jednak, jak wiadomo, teoria nie zawsze chodzi w parze z praktyką. Podopiecznym Torala nie udało się przekuć przewagi, którą utrzymywali niemal przez cały mecz, na trzy punkty. Wynik w 31. minucie, wbrew wszelkim przewidywaniom, otworzyło Elche. W polu karnym Alberto Botíę faulował Jérémy Perbet, zaś arbiter wskazał na jedenasty metr. Damián Suárez nie pomylił się, egzekwując rzut karny, i Elche wyszło na prowadzenie. Villarreal zdołał doprowadzić do wyrównania dzięki trafieniu Jonathana Pereiry, który przyjął przerzut od Moia Gómeza i zaaplikował Elche bramkę do szatni, strzelając w prawy dolny róg. Po zmianie stron Villarreal robił wszystko, by odwrócić rezultat na swoją korzyść i zgarnąć pełną pulę punktową. Piłkarzom Elche dopisało szczęście, ponieważ im bardziej mecz zbliżał się do końca, tym podopieczni Torala byli bliżsi strzelenia zwycięskiej bramki, niejednokrotnie zamykając Franjiverdes w ich własnym polu karnym.
¡Getafazo!
W ostatnim podsumowaniu narzekałam na brak ambicji i bezbarwną grę ekipy Getafe. Tymczasem w 31. kolejce podopieczni Cosmina Costy odpowiedzieli na moje zarzuty, przy okazji inkasując trzy punkty i krzyżując szyki marzącej o grze w Europie Valencii. Choć piękną grą Getafe znów nie zabłysło, to jednak skuteczność drużyny z przedmieść Madrytu tego wieczora wystarczyła, by pogrążyć ekipę z Estadio Mestalla.
To chyba nowa świecka tradycja powstała w tej kolejce La Liga, że jeśli jakaś drużyna szybko otwiera wynik, to nie wygrywa spotkania. Tym razem na własnej skórze przekonali się o tym podopieczni Pizziego. W 6. minucie, po rzucie rożnym, Vargas główką wykończył podanie Parejo i umieścił piłkę w siatce. Gospodarzy pogrążyły dwa szybkie ciosy zadane przez Getafe. W 25. minucie Guaitę pokonał Lafita, zaś dosłownie dwie minuty później wynik podwyższyła główka Cipriana Mariki. W jednej chwili Valencia niespodziewanie znalazła się w opałach, z których nieskutecznie starała się wydostać przez cały mecz. W drugiej połowie podopieczni Pizziego rozpoczęli wzmożoną ofensywę, jednak nie przyniosła ona owoców w postaci trafień. Najbliżej szczęścia byli Paco i Parejo, choć obaj jedynie obili poprzeczkę bramki Codiny. Gospodarzy dobiła ostatecznie bramka Pedro Leóna, która padła w samej końcówce spotkania. Valencia nie zdołała nawet ukończyć meczu w pełnym składzie, ponieważ tuż przed ostatnim gwizdkiem drugą żółtą kartkę otrzymał Mathieu.
Mimo wygranej Getafe oddaliło się od strefy spadkowej zaledwie na jeden punkt i jego losy bynajmniej nie są jeszcze przesądzone. Jeśli chodzi o Valencię, porażka na własnym terenie prawdopodobnie oznacza koniec snu Nietoperzy o europejskich pucharach w przyszłym sezonie.
Wybierz bramkę kolejki!
Komentarze (36)