Przy Canaletes mówią. On(i)

Mateusz Bystrzycki

24 marca 2014, 15:00

102 komentarze

„Gdy miną lata, przyjdzie nasze pożegnanie, bo tak musi być. Zastanawiam się, czy znajdę właściwy gest i będę umiał przyzwyczaić się do twojej nieobecności. Ale wszystko to będzie już inną historią. Teraz chcę odwdzięczyć ci się za chwile, w których cię kochałem”.*

Takie mecze dają nieśmiertelność. I wiarę w to, że tam, na górze, ktoś na stałe założył szalik w bordowo – granatowe pasy. Real Madryt ze wzrokiem wbitym nigdzie i Barça, która jeszcze raz, na oczach całego świata, wykrzyczała: „Jesteśmy wielcy”. Bez zbędnego patosu i narracji starożytnych gladiatorów. Po swojemu, na boisku. Po prostu, tak zwyczajnie i po ludzku. On, bo Messi. Oni, bo Barça.

- Przystępujemy do El Clásico w dobrym momencie. Jesteśmy lepsi niż w pierwszej rundzie, ale do zwycięstwa potrzebujemy gry na sto procent – powiedział przed meczem Carlo Ancelotti. Więc zaczęli – wysoko, agresywnie, z pasją i furią. Jakby chcieli wreszcie, po latach upokorzeń, wymazać z pamięci kibiców 2:6 z 2009 roku czy 5:0 z José Mourinho na trenerskiej ławce. Goście potrafili jednak szybko odnaleźć swój rytm, choć zadania nie uławiali im zagubiony Dani Alves czy bezproduktywny Neymar. Obecność Neya w wyjściowym składzie Blaugrany nie była zaskoczeniem. Była cokolwiek spodziewanym błędem. Brazylijczyk znów pokazał swoje apatyczne, chimeryczne oblicze – w pierwszej połowie zanotował bezlik strat, w drugiej zniknął z radarów. Pojawił się raz, w najważniejszym momencie, choć jestem przekonany, że do podania Leo Messiego z 63. minuty w podobny sposób wystartowaliby tak Pedro (na pewno), jak i Alexis Sánchez (prawie na pewno).

Podczas ostatnich dziesięciu wizyt na Santiago Bernabéu Barça wygrała pięciokrotnie, zaś trzy razy zremisowała. Dwie porażki były jak lampka ostrzegawcza, czerwona dioda, która pulsowała w umysłach gości. Ale oni wiedzą, jak rozgrywać wielkie mecze i co zrobić, aby rywal otarł się o umysłowe zatracenie, frustrację gęsto wymieszaną z rezygnacją. Bo to musieli czuć Królewscy, kiedy w 7. minucie Messi elegancko, płynnie, jakby od niechcenia, zaprosił Andrésa Iniestę w pole karne gospodarzy. Magiczny Don Andrés huknął z całych sił pod poprzeczkę, jakby chciał na dobre rozgonić gęste chmury, które w ostatnim czasie osnuły jego życie prywatne. Po raz pierwszy od listopadowego meczu z Betisem Sevilla Duma Katalonii objęła prowadzenie w spotkaniu wyjazdowym. 24 podania w 58 sekund - szybko zrobiło się 1:0 i znów zadziałała siła canteranos, których Gerardo Martino upchnął w wyjściowej jedenastce aż ośmiu. Real nie miał żadnego.

Argentyński szkoleniowiec Dumy Katalonii ponownie zdecydował się na zamianę miejsc środkowych obrońców. Javier Mascherano zagrał obok Alvesa, natomiast Gerard Piqué wystąpił w roli stopera pół prawego. I o ile w klasyku na Camp Nou ów pomysł sprawił, że schodzący do środka Cristiano Ronaldo i Gareth Bale zostali całkowicie zablokowani, o tyle wczoraj przyniósł on gościom pokaźny bagaż kłopotów. Alves i Masche zawalili przy dwóch golach Karima Benzemy. I niech najlepszym komentarzem do ich wczorajszych popisów będzie nie wezwanie, a już zawycie: Blaugrana potrzebuje wzmocnień na pozycji prawego i środkowego obrońcy!

Inna sprawa, że Brazylijczykowi i Mascherano nie pomagali kaleki w taktycznych meandrach Neymar, Piqué i Busquets. - Chcieliśmy, żeby Sergio był czasem trzecim stoperem, ale nie zawsze udaje się realizować to, co sobie założysz – tłumaczył po meczu wyzuty z energii, ale szczęśliwy Martino. Busi miał sporo pracy w środku pola i generalnie spisywał się doskonale, choć dwukrotnie zostawił Bale’owi za dużo miejsca. W 12. i 53. minucie spotkania Walijczyk swobodnie wjechał w barcelońską strefę obronną i zagroził bramce Víctora Valdésa. Busquetsa bronią jednak liczby. Wraz z Piqué zagarnął dla Barçy aż 46% przejętych przez gości piłek (kolejno 19 i 10 odbiorów).

Po drugim golu Benzemy goście zneutralizowali poczynania Ángela di Maríi. Późno zorientowali się, że były piłkarz Benfiki Lizbona nie gra za plecami Francuza, a na lewej stronie. W tym czasie Di María zdążył dwukrotnie asystować przy golach Królewskich. Ronaldo liczył na wejścia z głębi pola, w drugie tempo, tuż za plecami Benzemy, natomiast Bale miał łamać akcje ze strzałem do środka. Portugalczyka wyłączyło z gry doskonałe „centrum zarządzania maluchów”, natomiast Walijczykowi mecz zohydzili Jordi Alba i Piqué.

Wyrównanie nadeszło w najlepszym z możliwych momentów. Gdyby goście nie zdobyli gola na 2:2 przed przerwą, wówczas druga połowa – z Realem na fali, groźnie kontrującym, doskonale przygotowanym motorycznie i kondycyjnie, potrafiącym głęboko bronić korzystnego wyniku – przypominałaby wędrówkę na kolanach do Santiago de Compostela. Ale znów dał o sobie znać On. W pierwszym pojedynku po otrzymaniu przez Ronaldo Złotej Piłki Messi ponownie pokazał, kto jest najlepszym piłkarzem świata. Wczorajszy mecz dowiódł, że póki co król może być tylko jeden. Márquezowska „jesień patriarchy” znów została odroczona. Ale na peany pod adresem Atomowej Pchły przyjdzie jeszcze czas.

Druga połowa zaczęła się od rzeczonej już akcji Bale’a i szansy Benzemy oraz faulu Alvesa na Ronaldo. Przewinienie miało miejsce tuż przed polem karnym, ale Alberto Undiano Mallenco mylił się wczoraj z regularnością taśmy produkcyjnej. W obie strony, o czym zapomniał po spotkaniu Portugalczyk. - Byli ludzie, którzy nie chcieli, żebyśmy wygrali. (…) Jestem tu pięć lat i nie zawsze opłaca się grać na boisku, czasem także poza nim – żalił się po spotkaniu CR7. Czy można pokusić się o bardziej podłą insynuację i wykoślawienie obrazu tak wspaniałego w wykonaniu obu ekip meczu?

Ronaldo z wapna trafił, bo trafia niemal zawsze. Jest spektakularnym piłkarzem, choć akurat wczoraj Real właściwie zagrał bez niego. Nie zmienia to jednak faktu, że wychowanek Sportingu Lizbona już dawno odegnał od siebie łatkę piłkarza, który mentalnie nie dorasta do wielkich meczów. To po prostu nie był jego dzień. I wreszcie nadeszła 63. minuta. On błyskawicznie przetworzył w głowie boiskowe dane i sprytnie wypatrzył poszukującego wolnej przestrzeni Neymara. Linię obrońców Realu złamał Marcelo, ale mimo oczywistego błędu Brazylijczyka, „Ney” mógł być na spalonym. Sergio Ramos, kolejny wielki na boisku, a mały poza nim, otrzymał zasłużoną czerwoną kartkę.

Leo perfekcyjnie wytrzymał ciśnienie. Z wyrachowaniem bezwzględnego profesjonalisty skarcił rywala, po czym zrobił tę swoją minę beztroskiego malucha, który właśnie został przyłapany na kradzieży cukierków (krówki ciągutki?). Naprzeciw niego stanął monumentalny Diego López, za plecami zaś Argentyńczyk miał ok. 80 tysięcy rozdrażnionych adwersarzy. Martino szybko dokonał zmian, które miały zwiększyć siłę rażenia Blaugrany. Zasuwający na oparach psychicznego paliwa gospodarze byli po prostu bezradni. W ostatnim kwadransie meczu budzili współczucie lub politowanie. Na agresję Xabiego Alonso, Ronaldo i Luki Modrića (czy on w ogóle był na boisku?) goście odpowiedzieli zmysłową, subtelną akcją Iniesty i trzecim golem Messiego. Wczoraj, patrząc na Argentyńczyka, zastanawiałem się bezradnie nad epitetami, które odpowiednio oddadzą jego kunszt. Nie ma takich albo wszystkie zostały już powiedziane. Liczby mówią same za siebie, a tymi od wczoraj terroryzują estetów czystego futbolu wszystkie media świata.

On nadaje każdemu natarciu Blaugrany tempo strzału z bicza. Jest nieobliczalny, wyłamujący się spośród wszelkich schematów. Wczoraj ze swadą cofał się w okolice koła środkowego, aby raz jeszcze wziąć na barki ciężar napędzania bordowo – granatowej maszyny. A potem stawiał kropkę nad „i”. Nigdy nie pęka, choć jego sylwetka i aparycja każą raczej przywołać skojarzenie z cherubinkowatym ministrantem, a nie facetem z jajami. Wczoraj znów skradł spektakl innym wielkim. Zjawiskowy był Iniesta, solidny Piqué, magnetyczny Busquets, doskonały jak za najlepszych lat Xavi, ale Messi przybrał postać kreatora, artysty z wizją, który ze swadą genialnie dokazuje wtedy, gdy jest to najbardziej potrzebne.

Dwie porażki w El Clásico, jeden punkcik zachomikowany w derbowej wymianie razów z Atlético Madryt i nikczemne męki w grupowym dwumeczu Ligi Mistrzów z Juventusem Turyn. To jest tylko wycinek oblicza wychwalanego pod niebiosa Realu Madryt a’la Ancelotti. Niemniej, mamy do czynienia z faktami niezaprzeczalnymi. Marcelo przyznał wczoraj, że jego drużyna „ponownie zawiodła”. To prawda. Prawdą jest również, że BBC to ciągle British Broadcasting Corporation. Nic więcej.

Álvaro Arbeloa na Twitterze: „Ta sama historia co zawsze, co?”. Ronaldo w strefie mieszanej: „Real to największy klub na świecie i to tworzy wiele zawiści wokół niego, wielu ludzi nie chce, żeby wygrywał. Rozumiem, że budzimy zazdrość”. Ramos (znów spod prysznica, gdy inni jeszcze grają?): „To smutne, ale są rzeczy robione z premedytacją i przeciwko którym nie da się walczyć. Chcieli, żeby Barcelona wróciła do gry, więc wróciła”. Jedynym pewnikiem w przytoczonych wyziewach sfrustrowanych Królewskich jest to, że Barça faktycznie wróciła do walki o mistrzostwo Hiszpanii. Dziewięć finałów do końca sezonu, mecz z rozjuszoną sforą Diego Simeone na Camp Nou i gra o wszystkie trofea. Z nową siłą i entuzjazmem, na fali po wielkich bataliach z Realem Madryt oraz Manchesterem City. I zaufaniem dla drużyny, która ponownie przesunęła granice niemożliwego. To był kolejny ważny mecz Dumy Katalonii, w którym pokazała oblicze magiczne, urzekające, jakby z innej czasoprzestrzeni. Ci ludzie (i ich trener, Martino ponownie górą) znów przenieśli nas w inny wymiar, do miejsca, w którym nie ma łez, smutku i bólu. Z pasją, uśmiechem i lekkością od lat spełniają nasze marzenia, w których wspólnie z nimi kroczymy od zwycięstwa do zwycięstwa. Miłość ponownie podyktowała nam właściwe barwy. Z tyłu głowy pojawiają się jednak wątpliwości. Co by było gdyby nie Leo? A może to tylko odroczenie końca cyklu, złuda, która w podświadomości odegnała na moment liczne bolączki drużyny i klubu? Która Barça jest prawdziwa - zmęczeni wygrywaniem tetrycy czy jednak nienasyceni mistrzowie?

Na przełomie XIX i XX wieku sympatycy i piłkarze Blaugrany spotykali się w umiejscowionej nieopodal fontanny Canaletes Café Baviera. Ducha tamtych czasów starał się przywołać dziennikarz Xavier Bosch, który na antenie RAC1 prowadził audycję nazwaną na cześć rzeczonego przybytku. Stałym elementem programu było zawołanie: „Najpierw Barça. Potem też”. Dziś brzmi to piękniej, niż kiedykolwiek wcześniej. 

*Lluís Llach, „Amor particular”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (102)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze