Uwierzyć jeszcze raz

Marcin Karwat

23 marca 2014, 17:00

54 komentarze

Właściwie to tak samo myślałem po blamażu w Valladolid. Kiedy powszechnie szykowano już grób temu zespołowi (i trenerowi), żywcem go zakopywano, niektórzy zdążyli pozapalać nawet świeczki. Myślałem mianowicie, że mecz z Realem jest absolutnie do wygrania i ligę można jeszcze uratować. Ale - uczciwie przyznaję - w powszechnej żałobie sam siebie podejrzewałem, że nadmierny optymizm ocierać się może o naiwną głupotę, choć śmiałość własną podeprzeć lubię chłodną kalkulacją i racjonalnymi przesłankami.

Po świetnym meczu (znów) z City i ligowej demolce Osasuny słowa o możliwym zdobyciu Madrytu nie muszą już brzmieć absurdalnie, skoro znów w grze Barçy dostrzeżono błysk dawnego geniuszu. Wychodzi na to, że tydzień - to w piłce cała epoka, która pomieścić potrafi i pełne szyderstw ukrzyżowanie - i zmartwychwstanie. Co ciekawe - nie tylko przez języki i klawiatury rozemocjonowanych culés, ale i chłodnych - zdawałoby się - fachowców. Co tylko dowodzi temu, jak wielkie emocje budzi ten klub, emocje często tak skrajne, że trudno znaleźć obiektywną i wypośrodkowaną opinię.

Swój optymizm czerpię z faktu, że Barça nie przegrywa w tym sezonie meczów wagi najcięższej (spotkań w Bilbao i Amsterdamie do takich nie zaliczam, z całym szacunkiem dla Basków i Holendrów). Nie przegrała dwumeczu z Atlético w Superpucharze, nie przegrała ligowo w Madrycie, pokonała u siebie Real, dwukrotnie obiła szejków z City. Co ważniejsze, w rywalizacji na szczytach widać było rękę trenera, któremu sporo można zarzucić (sam to chętnie zrobię, ale po sezonie), lecz na pewno nie taktyczną ignorancję w szlagierach. Zaimponował mi manewr z Messim w Gran Derbi - wyrzucenie Argentyńczyka na bok, który ciągnął za sobą obrońców otwierając w ten sposób przestrzeń. Manewr z Iniestą w roli fałszywego lewoskrzydłowego (oba mecze z City), który często wspomagał drugą linię, zagęszczając kluczowy środek pola. Wszystko płynnie, chwilowo, by wygrać bitwę w środkowej strefie. Skutecznie - Yaya Touré, uwikłany w rzemieślniczą walkę, nie dokazywał ofensywnie jak to ma w zwyczaju w Anglii. A Fernandinho - na co dzień maszyna środka pola - na Camp Nou miał wygranych pojedynków do zliczenia na palcach jednej ręki.

Podobała mi się chłodna, cyniczna Barça w meczu z Anglikami. Bez naiwności, bez ślepej wierności wobec świętej, tiki-takowej idei gry. Cierpliwa, potrafiąca dobić rywala, gdy trzeba. A jeszcze bardziej zaimponowała mi - tu pewnie narażę się ortodoksom - na Vicente Calderón w ligowej młócce. Zaimponowała mentalnością, gdy poszła na fizyczną wymianę ciosów z dzikusami Simeone, gdy nie pękła i nie dała się sprowokować ich brudnej grze, a potrafiła odpowiedzieć tym samym. Zaimponowała taktycznie, gdy nie dała się złapać w pułapkę Atlético, pułapkę, którą Simeone zastawia na każdego, kto poczuje się za pewnie, na chwilę zdekoncentruje, przez moment rozmyśli z piłką przy nodze, a w jego szeregi wda się rozluźnienie z poczucia bezpieczeństwa. To był żelazny, konsekwentnie zdyscyplinowany i skoncentrowany, świadomy rywala i siebie zespół, a cały mecz, bulgocący od emocji, był lepszym, jaki w ogóle widziałem w tym roku.

Te szlagiery - to były wyżyny Barçy w tym sezonie. Co należy przygotować na Real? Wyżyny wyżyn. Nie będę Kolumbem, gdy napisze, że trzeba będzie szczelnie zamknąć skrzydła gospodarzom, bo tam szaleją rozpędzeni Ronaldo i Bale. Zamknąć być może kosztem gry ofensywnej bocznych obrońców. Nie odkryję Ameryki, gdy napiszę, że znów trzeba będzie stoczyć morderczą walkę w środku pola o kontrolowanie gry, co tym trudniejsze, że u gospodarzy rozłożonej równolegle między rewelacyjnego dyrygenta Modrica i Xabiego Alonso, a jak trzeba to i Di Maríi, który imponuje przesunięty do środka (w odwodzie Isco - bogactwo kadry Realu przeraża). Że trzeba będzie rozbić harmonię madryckiej ofensywy, sprawić, by machina zarzęziła, zgubiła płynność - której nie gubi od bardzo dawna - poprzez ciągły pressing ich drugiej linii. A w dodatku wszystkie te zadania skoordynować, bo Real to obecnie potwór wielogłowy, który opiera swoją grę już nie na jednym Ronaldo, ale kilku równie groźnych i twórczych elementach. Utniesz jedną - ugryzie inna, cała sztuka polegać będzie na zakneblowaniu kilku pysków jednocześnie.

Możliwe? Wierzę, że tak, bo Martino udowodnił, że nie jest taktycznym ignorantem i na szlagiery zainspirować potrafi siebie, i zespół, wybitnie. A może zespół mobilizuje się bez niczyjej pomocy? Wygląda na to, że drużyna choruje na przypadłość, nad której przyjściem obserwatorzy zastanawiali się już od dawna, przypadłość mistrzów wszystkiego, którym coraz trudniej będzie o mobilizację. Warto pamiętać, że oni od lat grają na najwyższych obrotach, grają do końca, lub niemal do końca, wszelkich możliwych rozgrywek, klubowo i reprezentacyjnie, co wykańcza nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Że coraz trudniej - bez wszczepienia w krwiobieg świeżych oktanów - wykrzesać iskrę na ligowe nudy w Valladolid, gdzie przeszkadza za sucha trawa, ale zainspirować starych mistrzów potrafią jeszcze mecze elektryzujące cały świat.

To o tym mówił przecież ostatnio Guardiola, gdy wspominał mierzenie się z problem - jak kolejny i kolejny raz natchnąć zdobywców wszystkiego? I sugerował, że nałogowe wygrywanie może być przekleństwem, bo pożera tony energii, których w pewnym momencie może zabraknąć, a zespół będzie stawał się coraz cięższy. Wygląda na to, że tak to teraz funkcjonuje - drużyna na dwóch odmiennych biegunach, często stetryczała, zatracająca się w ligowej szarzyźnie, ale i zdarza jej się zaimponować, jak za najlepszych lat. Zespół o dwóch twarzach, podobnie jak jego trener, często zamyślony, człapiący przy linii bocznej, bez życia, jakby nieobecny, ze wzrokiem wbitym nigdzie. I ten wibrujący, kipiący od emocji, żyjący meczem w hitowe wieczory. Dwie twarze - dwa bieguny, czasami obok siebie, nie do poznania. Jak Dani Alves.

Nie wierzę w ten zespół - powiedział mi niedawno znajomy. Albo nie - poprawił się zaraz - w zespół wierzę, ale nie wierzę w ten projekt. Pytanie tylko - jaki projekt? Barça po odejściu Guardioli jest w ciągłym stanie wyjątkowym. Sama rezygnacja Pepa była wstrząsem, potem choroba Tito, który musiał opuścić klub w kluczowych momentach sezonu, nawrót choroby przed startem obecnego i trener z łapanki, bo inaczej się już nie dało. I na dodatek ostatnie trzęsienie podłóg w dyrektorskich gabinetach, afera z transferem, upadający prezes. Jeśli ktoś chciałby studiować ciągłe zarządzanie kryzysowe - niech przyjrzy się Barcelonie ostatnimi czasy.

Projekt - wydaje się - musi zostać dopiero stworzony, pytanie, czy obecny zarząd jest w stanie to zrobić, to osobna kwestia (warta osobnego tekstu). Na razie jest wielka niewiadoma. Odchodzą weterani wielu pięknych kampanii (Valdés, Puyol), wychowankowie, symbole klubu, być może za moment odejdzie Xavi - mózg przez lata. To są kręgosłupy tej drużyny, także osobowościowe, potrzeba zbudować nowe. Nie wiadomo, kto ma kreślić przyszłość sportową - obecny trener, czy jakiś inny? Więcej w tym wszystkim niewiadomych, niż konkretów, wyczuć można brak spójnej strategii, wizji, szerszego planu (na płaszczyźnie czysto sportowej). To jednak będzie mecz do rozegrania latem, poza boiskiem, obecnie jest teraźniejszość i spotkanie o życie w lidze.

Wierzę, że taki mecz jest w stanie wykrzesać kolejną iskrę w starych mistrzach, jak żaden inny. Że rzucą wyzwanie buchającemu siłą, witalnością, młodością Realowi. Realowi tęskniącymi za tytułami Barçy. Bo jeśli Barça pełna jest objedzonych zwycięstwami graczy, to Real pełen raczej piłkarzy wygłodniałych. Pamięta największe triumfy z zespołem Iker. Ronaldo czy Xabi Alonso zdobywali szczyty gdzie indziej, reszta wygrała w karierze niewiele. Nawet reprezentacyjni zdobywcy nasłuchali się przez lata, że kadra wygrywała dzięki przeszczepieniu z barcelońskich muraw tiki-taki, a triumfy reżyserowali głównie katalońscy dyrygenci. Real napędza to, co - według Guardioli - spowalniać ma Barçę: głód sukcesów u jednych i ich nadmiar u drugich.

Ale nie w meczach najważniejszych, w tych Barça wciąż potrafi wznieść się na wyżyny, może przede wszystkim mentalne, charakterologiczne, jakby duma zwycięzców wciąż ich niosła (jak np. w zeszłorocznym rewanżu z Milanem). Trzeba wierzyć, że poniesie i w niedzielę. Ci ludzie dostarczyli nam tyle radości, że można odwdzięczyć im się choćby tym, by uwierzyć raz jeszcze. Mając świadomość sportowej klasy rywala, czując potrzebę zrobienia kapitalnego remontu u siebie. Uwierzyć może i naiwnie. Na tą wiarę przecież sobie zasłużyli. Nie raz.

Więcej o piłce na blogu autora - kliknij tutaj.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (54)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze