Czerwona Królowa
Być może nieco obco brzmią te słowa między pierwszą a drugą połową hucznego świętowania tytułu ligowego. Jednak złe wspomnienia są równie wyraźne, o ile nie wyraźniejsze, co te dobre. W swoim ostatnim felietonie dotyczącym Barcelony, który ukazał się na łamach Guardiana Sid Lowe opisał klęskę Barçy w dwumeczu z Bayernem jako marquezowską Kronikę zapowiedzianej śmierci. W rzeczywistości skojarzenia funeralne związane z Barçą rozpoczęły się już po porażce w półfinałowym Klasyku w Pucharze Króla, gdy Tomas Roncero pisał o „tańcu na grobie Barcelony". Wtedy cykl zdołał jeszcze ożyć i przypomniał o sobie w rewanżowym spotkaniu z Milanem na Camp Nou. Jednak po tym jak przejechał się po nim bawarski walec pytania i skojarzenia powróciły.
Zwłaszcza skojarzenia z wynikiem 0:4, innym cyklem tego samego klubu i pamiętnym zmierzchem Dream Teamu w Atenach. Teraz znów znaleźliśmy się w podobnej sytuacji, co wtedy: na radość ligowego mistrzostwa pada cień porażki. I vice versa: mistrzostwo w lidze łagodzi, (czy może nawet niebezpiecznie niweluje), rozmiary klęski. Od skojarzeń naprawdę ciężko uciec, zarówno tych związanych z Dream Teamem, jak też końcem drużyny Rijkaarda. Pierwsze niepokojące symptomy widziałam już w zeszłym sezonie, gdy ta Barça, bardzo podobnie do tamtej, słabo radziła sobie na wyjazdach. Może i dobrze, że skojarzenia się pojawiają. W końcu na błędach przeszłości powinno się uczyć.
Perfekcyjne dostosowanie
La Máquina River Plate, Urugwaj Maracanazo, Canarinhos Pelégo, Niemcy Beckenbauera, Mechaniczna Pomarańcza, La Quinta del Buitre, Dream Team Cruyffa, Milan Arrigo Sacchiego... momentów perfekcji było wiele, ale każdy z nich był jedynie momentem. Każdy z nich prędzej czy później upadał. Jedne bardziej spektakularnie, inne zwyczajnie powoli rozmywały się w szarej futbolowej rzeczywistości i wszystko wracało do normy. Jedna drużyna kończyła swoją dominację nad resztą i piłkarski świat znowu pożerała przeciętność. Tylko dlaczego tak się działo? Dlaczego utrzymać się na szczycie przez dłuższy czas jest aż tak trudno? „Ciclos, ciclos, ciclos..." - jak stwierdził Bakero? Być może tak, może to jedyna właściwa odpowiedź, jednak wydaje mi się to zbyt powierzchownym podejściem. Fin de ciclo, zwyczajna kolej rzeczy, naturalny obrót spraw, nad którym łatwo przejść do porządku dziennego. A może każde takie perfekcyjne dostosowanie zabiło się samo osiągnąwszy doskonałość?
Silna czy słaba strona?
Lista tegosezonowych grzechów Barcelony jest długa. Tak samo długo można by szukać przyczyn problemów. Pisałam ostatnio o funkcjonowaniu Barçy jako o naczyniach połączonych i jestem zdania, że w tym tkwi główny problem w odnalezieniu pierwotnej przyczyny kłopotów. Być może ona po prostu nie istnieje. Może kontuzje, błędy własne, błędy taktyczne zwyczajnie się zazębiają i potęgują wzajemnie? Przyczyn może być wiele jednak ich efekty są widoczne. Jest wśród nich swego rodzaju regres w grze Barcelony - jakby drużyna zapomniała jak należy robić niektóre rzeczy, które od lat wykonywała wręcz perfekcyjnie. W oczy rzucił mi się szczególnie sposób poruszania się zawodników po boisku w grze bez piłki. Zupełnie jakby Barça zatraciła umiejętność płynnej wymienności pozycji. Alves wychodzi na skrzydło zostawiając niezmierzone połacie pola karnego do krycia nieopierzonemu Bartrze, Piqué wypuszcza się do przodu, Busquets łata dziury za obrońców, Xavi próbuje być pivotem, Iniesta playmekerem a Leo skrzydłowym, korzystającym z faktu, że Perdo założył czapkę niewidkę. Chaos totalny. Co gorsza zachowujący pozory wymienności pozycji ale czyniący z niej słabość, zamiast silnej strony. Jak każdy element gry taki stan rzeczy pociąga za sobą konsekwencje. Jak zakładać pressing, gdy zawodnicy w trakcie meczu łatają dziury na nieswoich pozycjach? To tylko jeden z wielu przykładów nękających nas problemów, jednak dobrze ukazuje on w czym mogą owe problemy tkwić - dopracowaną do perfekcji silną stronę czasem dzieli tylko jeden krok od słabości. Krokiem tym może być zbytnia pewność siebie i zbytnie przyzwyczajenie.
Biec by być w tym samym miejscu
W psychologii społecznej istnieje założenie, według którego najwydajniej pracują ze sobą grupy, które mają wspólne doświadczenia, są zgrane, jednak nie osiągnęły jeszcze poziomu doskonałości we wspólnej pracy. Na tym etapie grupa cały czas jeszcze coś tworzy, cały czas się „dociera" i to jest kluczem do jej funkcjonowania. Rozwijając to stwierdzenie: każdy zespół ludzi wymaga ciągłych zmian, by utrzymać się na szczycie. W ewolucjonizmie nazywa się to hipotezą Czerwonej Królowej. Nazwa ta pochodzi z powieści Lewisa Carrolla, gdzie Czerwona Królowa mówi do Alicji: „Tutaj (...), aby utrzymać się w tym samym miejscu, trzeba biec ile sił". Krótko mówiąc organizmy żywe - bakterie, rośliny, zwierzęta, ludzie i kluby piłkarskie - muszą się zmieniać, bo ich otoczenie zmienia się nieuchronnie. Wietrzenie szatni jest nieuniknione, choć jego znaczenie jakby próbując zaklinać rzeczywistość, umniejsza zarówno trener, jak i zawodnicy. To w zupełności ludzka reakcja i tak naprawdę ciężko im się dziwić. Ważną cechą owego "wietrzenia" nie jest jedynie to, że odejdą zawodnicy, którzy coś robili "źle", ale że przyjdą tacy, który będą to robić inaczej.
Jeśli o ewolucjonizmie mowa, warto wspomnieć, że nie istnieje w nim coś takiego, jak dostosowanie idealne niezależnie od okoliczności. Ewolucja jest oszczędna. Wystarczy być lepszym od swoich konkurentów tu i teraz. Tylko to się liczy. Nie musowo dopracowywać rozwiązań do perfekcji, bo wtedy trudno je zmienić, gdy zachodzi taka potrzeba.
Dogmatyzm a głupota
Jak już wspomniałam grzechów Barcelony było wiele. Chciałam się jednak skupić na jednym z nich, moim zdaniem najcięższym. Jest nim dogmatyzm. To właśnie dogmatyzm może leżeć u podstaw upadku większości drużyn, które wywalczyły sobie światową czy też kontynentalną dominację. Cytując za Pratchettem: „Człowiek może być dogmatykiem, w porządku; może być głupi i nie ma sprawy; ale głupi dogmatyk to już za wiele [...]". Barcelona zignorowała hipotezę Czerwonej Królowej. Zignorowała dążenia przeciwników, mające na celu dotrzymanie jej kroku. Zignorowała do tego stopnia, że w pewnym momencie nawet nie zdała sobie sprawy, że już została w tyle zachłyśnięta własnymi osiągnięciami i własną doskonałością.
Dogmatyzm nie jest jednak grzechem wyłącznie katalońskim. Z jego powodu cierpi wiele drużyn, które kiedykolwiek były wielkie, otarły się o wielkość lub osiągnęły jakikolwiek sukces. Jako Polacy powinniśmy o tym dobrze wiedzieć, znając efekty tłuczonej do bólu na naszej reprezentacji „polskiej myśli szkoleniowej". To ona dała nam srebrny medal na igrzyskach, więc jak można ją zmienić? To się nie mieści w głowie i nie mieści w ramach dogmatu. Tak samo jak w dogmacie piłki angielskiej do dziś nie mieści się jakiekolwiek odstępstwo od doktryny Alfa Ramseya.
Po raz kolejny możemy zobaczyć jak blisko jest silnym stronom do słabości, gdy tylko zamiast środkiem stają się celem. Perfekcyjnie funkcjonująca szkółka jest rzeczą wspaniałą, jeśli tylko nie promuje się graczy z cantery za wszelką cenę i kosztem nie-wychowanków będących w lepszej formie. Drużyna zbudowana z samych niskich techników o świetnej kontroli nad piłką i zwrotności (niski punkt ciężkości to ogromny plus) byłaby genialnym pomysłem, gdyby w futbolu nie istniały rzuty rożne. Dogmatyzm zaczyna się wtedy, gdy poświęca się rozsądek na rzecz przekonań, a rozsądek nakazuje między innymi zbilansowanie budowy drużyny.
Komentarze (95)