Rzeczywistość jaka jest - każdy widzi. Po latach tłustych przyszły chude dni. Powodów do optymizmu tydzień temu nie było, fanem Barçy być trudniej niż ostatnio, szkoda zmarnowanych szans by resztę sezonu ułatwić sobie i utrudnić innym. Choć wszyscy wiemy, że bilansów sezonu dokonuje się u jego zmierzchu, to póki co mamy marzec. Którego bilans, przynajmniej na razie, nie może być gorszy.
Ze swym przebiegiem i wynikiem, ligowy Klasyk tylko utwierdził culés w takim przekonaniu. "Planowa" wygrana z Deportivo nie jest w stanie zatrzeć wspomnień z poprzednich meczów.
Na dystansie ledwie kilkunastu dni Barça doznała serii tak bolesnych niepowodzeń, że pod względem wpływu na morale drużyny gorzej być nie mogło. Z dwóch dotkliwych porażek zrobiły się jeszcze dotkliwsze trzy. „Styl”? Skrajnie bezradny. Tiki-taka, DNA Barçy, filozofia futbolu rodem z Camp Nou - nie umarły, lecz ewidentnie przeżywają poważny kryzys tożsamości. Co dalej? Odrodzenie z Milanem albo głęboki kryzys.
Pod pojęciem „odrodzenia” rozumiem niekoniecznie sam awans, o co jest trudno już przed pierwszym gwizdkiem, a mecz może przecież potoczyć się bardzo różnie; jeśli Barça skrzywdzi Włochów paroma golami, przygwoździ ich do muru - samo to będzie już stanowić istotny progres względem ostatnich tygodni. Awans wraz z powrotem na drogę po najważniejsze trofeum w sezonie byłyby scenariuszem jak ze snów, a barcelońska drużyna z miejsca odzyskałoby spokój, motywację, ambicję i "energię do życia". Jednak w kontekście ostatnich klęsk, samo odzyskanie skuteczności we wtorek będzie oznaczało istotny progres względem niemocy i nieszkodliwości, jaką Barça okazywała w każdym z trzech przegranych ostatnio meczów.
Korzyść, której energiodajny efekt dla zespołu będzie w przypadku ewentualnej eliminacji stłumiony goryczą pożegnania z Pucharem Europy już w przedpokoju do ćwierćfinałów, da chociaż nadzieję na lepsze jutro w przyszłym sezonie.
I tu przechodzimy do mniej optymistycznego scenariusza dla Azulgrany: ewentualny brak awansu przy tak samo bezradnej, beznadziejnej, nieskutecznej grze, jaką aż za dobrze pamiętamy z tych trzech meczów, niesie paraliżujące fanów - i piłkarzy pewnie też - ryzyko braku wiary, zwątpienia w skuteczność takiego stylu gry i, ogólnie, funkcjonowania zespołu na przyszłość. Jak to ujął Javier Mascherano, niecały miesiąc dzieli nas dziś od radosnej zabawy w Disneylandzie do trafienia do domu strachu, ale nie można się na to zżymać. Taki to już sport.
Patrząc wstecz na ostatnią serię przegranych, przy drugiej (wtorek) Barça powieliła taktyczne błędy z pierwszej (Milan), zaś przy trzeciej: poprzez zostawienie na ławce trzeciego ofensywnego pomocnika, powrót do ustawienia z dwoma nominalnymi skrzydłowymi i wystawienie od pierwszej minuty Davida Villi - nareszcie wykonano jakiś krok w przód jeśli chodzi o wyciągnięcie wniosków i modyfikacje taktyczne. Niestety dla Vilanovy i Roury, okazało się, że jeden krok nie wystarczył, gdy potrzebny był solidny spacer. Błędem okazało się delegowanie do gry Pedro Rodrígueza, obronę nadal trapiła nieszczelność, a całej formacji defensywnej znowu zabrakło centymetrów, co - po świetnej asyście Modricia - bez znieczulenia wykorzystał Sergio Ramos.
Ponadto, Katalończykom znowu zabrakło intuicji i odwagi w trakcie meczu. Czemu Cesc nie wszedł za Thiago? Czemu po przerwie nie zdecydowano się na manewr, który wygrał mecz z Sevillą - przesunięcie Villi na środek i wysłanie Messiego na prawą flankę? Czemu nikt nie zastąpił Pedro przynajmniej o pół godziny wcześniej? Efekt był taki, że Real, wychodząc do praktycznie „drugim garniturem”, ponownie przejechał się po Barçy tak, że żal było oglądać.
Sześć strzałów ogółem i zaliczenie spojenia autorstwa grającego pół godziny CR7 przy dwóch strzałach gości w światło bramki - to statystyka znacznie bardziej wymowna niż sam wynik.
Wyciąganie z kapelusza kolejnych kombinacji alternatywnych ustawień, taktycznych mozaik i personalnych hybryd zwyczajnie traci sens, gdy sztab trenerski klubu kryguje się, boi wprowadzić w życie choć połowę z nich naraz - wybierając zamiast tego minimalistyczne retusze, licząc, że „może się uda” zmieniając na ćwierć gwizdka. To za wysoki poziom, za dobrzy piłkarze i zbyt inteligentni trenerzy naprzeciw. Albo FC Barcelona wyciągnie wnioski z powielonych ostatnio błędów i sięgnie naprawdę głęboko do wora z możliwościami ustawienia posiadanych piłkarzy, albo przegra dużo więcej niż awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów: świadomość własnej wartości i pewność swojej gry.
Nieprzyjemny rozwój wypadków to dla fanów „Dumy Katalonii” smutek i zły humor. Dla piłkarzy, sztabu i władz klubu - zniechęcenie, demotywacja i rak wątpliwości, czy ten model, system zdolny jest do wielkich triumfów bez fundamentalnych zmian, których następstw nie sposób dziś przewidzieć. Konkurencja nie śpi i po plecach Barcelony wspina się na szczyt.
Niefortunny ciąg zdarzeń sprawia, że po kolejnej klęsce w ostatni weekend, Barça gra we wtorek najważniejszy mecz sezonu. Oni wiedzą. W tym największa nadzieja całego barcelonismo, że okażą tę wiedzę na boisku. Na taktyczną rewolucję na Camp Nou nie ma co liczyć. Dalsze rozwijanie modelu ultraofensywnego, 3-4-3, zastąpienie (nareszcie!) Rodrígueza Tello Herrerą - to max, na co możemy liczyć we wtorek.
Czy wystarczy? Się okaże. Oby...
Komentarze (60)