Upadek zgodnie z planem

Paweł "Rozwad" Rozwadowski

27 lutego 2013, 21:36

174 komentarze

Truchło barcelońskiej drużyny jeszcze nie ostygło po bezwzględnym pchnięciu nożem w samo serce przez madryckich oprawców. Przyglądałem się tej okrutnej zbrodni, a może raczej bezmyślnemu seppuku, bez wymalowanego na twarzy zdumienia i szeroko otwartych niedowierzających ocząt. Chciałoby się rzec a nie mówiłem!, jednak owo znienawidzone zdanie wyjątkowo nie gwarantuje dziś nawet okruchów satysfakcji. Onegdaj toczyłem wewnętrzną walkę, ażeby nie podzielić się na szerszym forum swoimi obawami względem tego nieszczęsnego meczu. Wczoraj studziłem rozgrzmiały umysł w kaskadzie myśli, słów i emocji przed przesłaniem swej bolesnej racji. Dziś ostatecznie poległem w nierównej batalii z własnymi demonami, przez co podzielę się z Państwem swoimi mrocznymi konkluzjami.

Wiedziałem. Po prostu doświadczałem tego w trzewiach, w krążącej krwi i pulsujących skroniach. Od świtu wypełniało mnie wyraźne przeświadczenie, że Barcelona z hukiem wypadnie za burtę okrętu o nazwie Puchar Króla, tonąc pod naporem szaleńczych i gwałtownych fal oceanu bezsilności. Kiedy ujawniono, że w protokole meczowym umieszczono wyświechtane once de gala na mej twarzy zagościł gorzki uśmiech, jeśli takowym można nazwać niemal niedostrzegalne wykrzywienie górnej wargi w bezradnym grymasie, świadczącym o spełniającej się przepowiedzianej apokalipsie. Déjà vu obrazu bolesnej bezsilności i niemocy z Mediolanu stanęło mi przed oczyma równie wyraźnie, jak proroctwo upadku piłkarskich aniołów strąconych do piekielnych czeluści przed oblicze samego Lucyfera. Winowajcy owego upadku ciężko upatrywać wyłącznie w osobie Jordi Roury.

Żal mi pana, panie Roura…

"Kłamstwem byłoby, gdybym powiedział, że brak Tito nie ma na nas negatywnego wpływu. To normalne i logiczne, że trudno jest nie mieć pierwszego trenera. Są trudne sytuacje, dlatego postać pierwszego trenera jest ważna dla zespołu” – powiedział Andrés Iniesta. Jordi Roura, asystent Tito Vilanovy, w obliczu nawrotu choroby swojego przyjaciela został postawiony w ekstremalnie trudniej sytuacji, bez sposobności wyrażenia veta. Trener z Llagostera, który zaledwie rok temu, pogrążony we wnikliwych analizach i zapiskach, nie wyścibiał nosa zza ekranu komputera z nagraniami meczów najbliższego rywala, teraz ma być liderem, natchnieniem i dyrygentem najlepszej orkiestry świata. Roura stara się dzielnie wychodzić naprzeciw obowiązkom pozostawionym mu przez Tito Vilanovę, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że asystent nie czuje się komfortowo na czerwonym dywanie piłkarskiego salonu i oddałby absolutnie wszystko, aby wrócić do sporządzania raportów w zacisznym pokoiku, bądź anonimowego podszeptywania pomysłów pierwszemu trenerowi. Patrząc dogłębnie na fizys tymczasowego numeru jeden nie dostrzeżemy bijącej charyzmy, rozpalającej pasji i silnego autorytetu – ujrzymy zaledwie strach, niepewność i skrępowanie. Za decyzjami Roury z pewnością stoi Tito Vilanova, którego można poniekąd usprawiedliwić nieobecnością, utrudnionym kontaktem i umysłem zaprzątniętym ciągłą walką ze śmiertelną chorobą. Mi, osobiście, jest najnormalniej żal pana Roury, który znalazł się w świecie, do którego nie pasuje, w skórze, której nosić nie chce, w roli, której udźwignąć nie potrafi, będąc równocześnie w oczach culés ucieleśnieniem wszystkich krzywd FC Barcelony.

Więźniowie własnej filozofii

Katalońska tiki-taka już dawno została ochrzczona niebiańską grą podań, podziwianą, naśladowaną i będącą punktem odniesienia na całym świecie. W przypadku samych protoplastów tej piłkarskiej filozofii stała się ona poniekąd alegorycznym więzieniem - jest jak ogień, który wspaniałą jasność ma, by błyszczeć, natomiast ognisty żar, by spalać. Nieustanne utożsamianie się i dumne trwanie we własnej filozofii uczyniły z piłkarzy Barçy wybrańców czy męczenników? Pep Guardiola obsesyjnie udoskonalał ten sposób gry w piłkę nożną doprowadzając go – wydawałoby się – do perfekcji. Tito Vilanova tchnął w katalońską tiki-takę cząstkę siebie i nadał jej swój własny wymiar, wyzwalając Fabragasa, przekwalifikowując Iniestę czy cofając Xaviego. Jednak w tym momencie poprzestał na udoskonalaniu, zapomniał o elemencie zaskoczenia, wykrystalizował swój pomysł i nieprzerwanie stawiał na wyświechtane schematy – ostatecznie zabrakło mu pomysłu, odwagi, jasnej oceny sytuacji lub zachłysnął się ślepą wiarą w to, że tiki-taka jest niezrównana i jego drużyna, nawet rozpisana na czynniki pierwsze, poradzi sobie z organizacją przeciwnika. „Teraz przystosowaliśmy się do stylu gry Barcelony” – powiedział Cristiano. To dowodzi, że rywale błyskawicznie zrozumieli istotę funkcjonowania najlepszej drużyny świata, zamykając jej wszystkie drzwi w ataku i obnażając niedoskonałości, które już od dłuższego czasu zgrabnie woalował geniusz Messiego i Iniesty.

Naznaczeni stygmatem niedoskonałości

Barceloński topos w wydaniu Tito Vilanovy już dawno został obnażony przez życie. W starciach ze słabszymi rywalami czarodziejskie dotknięcia Iniesty oraz nieprawdopodobna dyspozycja Lionela Messiego wystarczyły do niezwykle regularnego gromadzenia punktów w ligowej tabeli, co umiejętnie rozmyło nam obraz rzeczywistości, czyli mozolnej gry w środku pola oraz fatalnej postawy w obronie. Na dłuższą metę pomysł ze stałym przesunięciem Iniesty na lewą stronę, cofnięciem Xaviego bliżej bramki, upchnięciem w tym wszystkim Fàbregasa i kompletnym uzależnieniem gry od Messiego, przy indolencji strzeleckiej Alexisa, Villi i Pedro, ujawniło, że katalońskie perpetuum mobile również jest napiętnowane stygmatem niedoskonałości. Drużyna ostatecznie odcięła sobie skrzydła, przybliżając się do choroby zwanej zaklepaniem się na śmierć. Zespół z uporem godnym podziwu zmierzał do bramki rywala środkiem pola, z wyjątkiem wyrywkowych wbiegnięć Jordi Alby. To wszystko funkcjonowało dzięki geniuszowi Messiego i Iniesty, którzy pojedynczymi zagraniami zakrawającymi o herezję potrafili zapewnić efektowne zwycięstwa. Jednak wraz ze spadkiem formy tego pierwszego i czołowym zderzeniem  ze świetnie przygotowanymi taktycznie, mentalnie i fizycznie oponentami, przypomnieliśmy sobie o bolesnej prawdzie o głowie i murze.

Nie można wprawić piłki w karuzelę podań z dwoma bocznymi obrońcami w roli skrzydłowych oraz środkowymi defensorami na wysokości linii środkowej boiska. Nie można, jeśli sławetny pressing nie funkcjonuje już tak bezbłędnie. Nie można, jeśli owymi środkowymi obrońcami są Gerard Piqué i Carles Puyol. Posługując się terminologią koszykarską, transition defense po utracie futbolówki w zespole o charakterystyce Barcelony powinna być doprowadzona niemal do perfekcji. Niestety, zaaferowani w ofensywne podboje Alba i Alves nie zawsze zdążą wrócić na czas za kontrą rywala, natomiast niemobilny Geri i podstarzały Puyi  nie są w stanie wytrzymać pojedynków biegowych z błyskawicznymi rywalami. Serce mnie bolało, kiedy widziałem bezlitośnie obnażonego ze swoich niedoskonałości Puyola, który całą duszą chciał nadążyć za Di Marią, ale po prostu organizm mu na to nie pozwolił. To nie pierwszy raz. Wyklnijcie, zbesztajcie, zlinczujcie, ale Kapitan w obecnej dyspozycji nie nadaje się do gry na najwyższym światowym poziomie, niemal jak Messi, Xavi i Cesc, którzy urastają do miana barcelońskich świętych krów.

Wykorzenić zbyt głębokie zakorzenienia

Wydaje się, że Tito Vilanova powinien – poza możliwie najszybszym powrotem - wykorzenić zbyt głęboko zakorzenioną filozofię tiki-taki, czyli innymi słowy powrócić do jej podwalin. Andrésito powinien wrócić tam, gdzie jego miejsce – do środka pola, skrzydła na nowo winny się rozpostrzeć, pressing być skuteczniejszy i agresywniejszy, natomiast obrońcy szybsi, pewniejsi i przede wszystkim punktualni. Z utęsknieniem wspominam magiczny tercet w środku pola w składzie Sergio, Xavi i Iniesta, z wydajnymi i bramkostrzelnymi skrzydłami w postaci Villi, Pedro czy nawet Messiego, który swego czasu ustępował pozycji numer dziewięć Samuelowi Eto’o. Z nostalgią wspominam Pepa Guardiolę, który inspirował, rotował i nie bał się przygotować zaskakującego planu na metaforyczne finały. Niekiedy drużyna płaciła wysoką cenę za fanaberie Guardioli w przeciętnych ligowych spotkaniach, jednak zawsze zbierała tego żniwa w najważniejszych meczach sezonu. Obecnie możemy tylko zastanawiać się nad przyczynami barcelońskiego upadku, to jedna z teorii. Prawda, jak prawda - jest cierpliwa. Może sobie na to pozwolić, bo ostatecznie to ona zawsze zwycięża. Jednak jedno jest absolutnie niepodważalne - jesteśmy winni tej drużynie szacunek, czego świadectwo dała wtorkowa reakcja Camp Nou.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (174)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze