Żal, smutek, rozczarowanie... Do tej pory nie mogę nie uwierzyć w to, co się stało. Slogan „Impossible is nothing" chyba najlepiej oddaje półfinałową rywalizację pomiędzy Chelsea a Barceloną. Przy stanie 2:0 i świadomości, iż rywal gra w dziesiątkę, przegrana wydawała się niemożliwa. A jednak...
Wiedziałem, że to będzie cholernie ciężki mecz, że Chelsea zaparkuje swój wielki, niebieski autobus i kluczyki do stacyjki wyrzuci podczas spaceru po La Rambla. Wiedziała o tym również Barcelona, która mimo to nie potrafiła znaleźć recepty na przebicie się przez angielski mur, który znów zatrzymał piłkarskich bogów. Nie jestem zły, wiem, że Messi i spółka zrobili wszystko, by awansować do wielkiego finału. Nikt nie wmówi mi, że nie zasłużyli. Wczoraj zabrakło tylko jednego. Szczęścia. Chelsea ‘oszukała' Barceloną i przeznaczenie. W chwili, gdy z boiska za idiotyczne (które to już w swoim życiu) zachowanie wyleciał Terry, nawet fani angielskiego zespołu nie wierzyli, że cuda się zdarzają.
Nigdy nie byłem i nigdy nie będę zwolennikiem Sandro Rosella. Pamiętam doskonale parę sytuacji z lat dowództwa Laporty, kiedy kataloński Klub zaczął zachwycać wszystkich na planecie Ziemia. Pamiętam, co robił, by zepsuć atmosferę w najważniejszym momencie sezonu w którym walczyliśmy o drugi tryumf w Lidze Mistrzów w historii. Nigdy mu tego nie zapomnę. Nie zapomnę również jego zachowań względem poprzedniego zarządu, którego zmieszał z błotem. Laportę można lubić lub nie, każdy ma prawo do własnej oceny, jednak nikt nie może podważyć jego wkładu w odrodzenie Klubu, za to szacunek należy mu się dożywotnio. Po wczorajszym meczu Sandrusco powiedział jednak zdanie, które bardzo mi się spodobało i które pewnie na długo zapamiętam: „Lepszy nie zawsze wygrywa. Gdyby było inaczej, Barça zawsze by zwyciężała." Trafił w sedno. Duma Katalonii w tym półfinale była lepsza, znacznie lepsza. Każdy z Was zapewne doskonale pamięta, co wydarzyło się przed trzema laty w Londynie. Wtedy, w rewanżowym meczu półfinałowym graliśmy beznadziejnie, kompletnie nic nam nie wychodziło, nadzieja, która trzymała nas przy życiu gasła z każdą upływającą minutą. Jednak nadeszła 91 minuta. „Messi, Messi przed pole karne, czy to jest ta akcja? Taaak, to jest ta akcja! Tak to jest Iniesta! Tak to jest Barça! Tak to jest ten cud!". Ten mecz był doskonałym dowodem na to, że cuda się zdarzają. Wtedy to Barcelonie dopisało szczęście, tym razem szczęście było po stronie The Blues. Los i futbol bywa okrutny, wczoraj przekonaliśmy się o tym na własnej skórze.
Kto zawiódł? Ciężko o tym pisać. Wiadomo, że w Polsce jest 40 milionów trenerów, każdy jest od mądrzejszy od Guardioli i każdy w tym klubie osiągnąłby więcej. Pep jest dla Barçy trenerem idealnym, jeśli ktoś uważa inaczej niech przeczyta początek tego zdania jeszcze raz. Wczoraj popełnił jednak ten sam błąd, co w pierwszym meczu z Chelsea, co z Realem czy spotkaniu z Interem przed dwoma laty. Wszystkie te drużyny postawiły na zmasowaną obronę i ograniczanie się do nielicznych kontrataków. Na żadną z tych drużyn Barcelona nie potrafiła znaleźć sposobu. Ani dwa lata temu, ani tydzień temu w środę, ani w sobotę, ani wczoraj. Analizując to spotkanie można dojść do wniosku, że Blaugrana nie potrafi uczyć się na błędach. Cały świat odkrył jeden jedyny sposób którym można ograć Iniestę i jego kolegów. Barça grała bez pomysłu, momentami klepali przed polem karnym w nieskończoność i efektów nie było żadnych. Właśnie takie mecze pokazują, jak bardzo tej drużynie brakuje Davida Villi, piłkarza, który nawet z niesamowicie niewygodnej pozycji potrafi kropnąć z dystansu. Oglądając wczorajszy pojedynek znów miałem nieodparte wrażenie, iż zawodnicy Guardioli chcą z piłką wejść do bramki... Z całym szacunkiem, ale przez 9 obrońców takim stylem gry po prostu nie dało się przejść. Przypomniał mi się również mecz sprzed 9 laty. W Lidze Mistrzów graliśmy z Juventusem. Na Delle Alpi było 1:1, w regulaminowym czasie gry rewanżu wynik był identyczny, ostatnie 10 minut Bianconerri grali w osłabieniu po czerwonej kartce Davidsa. Przez całą dogrywkę gra Barcelony wyglądała tak, jak wczoraj. Kosmiczne posiadanie piłki i klepanie w nieskończoność przed polem karnym, bez strzałów z dystansu. Nadeszła 114. minuta, Juve przeprowadziło kontratak, Zalayaeta ucieszył Camp Nou. Wczoraj strzałów z dystansu prawie nie było, większość czasu została bezowocnie zmarnowana. Znów zabrakło pomysłu na ogranie rywala, który muruje dostęp do swojej bramki.
Nie rozumiem również zmiany Cuenki na Tello. Nie jestem wielkim zwolennikiem talentu Isaaca, ale wczoraj był fantastyczny. Genialna asysta, bardzo dojrzała gra. Grał tak dobrze, że... Pep postanowił zmienić go na Tello, co okazało się strzałem w stopę. Późniejsze wpuszczenie Keity próbuję argumentować tym, że Seydou jest właśnie jednym z nielicznych w gronie Blaugrany, którzy nie boją się strzelać zza pola karnego. Guardiola się pomylił, ale wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Człowiekiem, tylko człowiekiem (choć czasami trudno w to uwierzyć) jest także Leo Messi. To chyba on zawiódł najbardziej, choć ja nie potrafię mieć do niego pretensji. Zmarnował karnego, który mógł dać awans, ale z jedenastu metrów często mylili się ci najwięksi. Pamiętajmy, że to głównie temu mikrusowi zawdzięczamy to, gdzie obecnie jesteśmy. Równie wiele zawdzięczamy Guardioli, który doprowadził ten zespół na szczyt, który dla innych jeszcze przez długi czas będzie nieosiągalny. 6 pucharów w jednym sezonie, 13 w ogóle. Nie ma na świecie drugiego takiego fachowca, który podczas 4 lat pracy mógłby się pochwalić podobnym wyczynem. Czytając pomeczowe komentarze widziałem, że wielu domaga się jego odejścia (co ciekawie w samej Hiszpanii i Katalonii mało, kto taką opcję bierze pod uwagę). Chcecie się go pozbyć po jedynym słabym tygodniu podczas jego trenerskiej kariery na Camp Nou? Już zapomnieliście, ile zrobił dla tego Klubu, dla tej drużyny, dla Was samych? Przykre.
W samej końcówce spotkania Barça postawiła wszystko na jedną kartę. Zaatakowała dosłownie całym zespołem. Przyszła kontra, Torres strzelił na 2:2 i było po wszystkim. Xavi nie mógł uwierzyć w to, co się stało, zmęczony Sergio nie mógł podnieść się z murawy, Messi schował głowę pod koszulkę wiedząc, że to on miał zawieźć nas do Monachium. Smutek, żal, rozczarowanie. Gladiatorzy w bordowo-granatowych zbrojach otrzymali nokautujący cios. Wtedy stało się coś niesamowitego. Fenomenalne tego wieczora Camp Nou nie zamilkło. Wręcz przeciwnie. Sto tysięcy gardeł śpiewało hymn katalońskiego Klubu i skandowało ‘
Komentarze (194)