Pieniądze to nie wszystko
Real jest Wielki. Z Beckhamem w składzie, będzie najsilniejszym klubem, jaki w historii piłki istniał. Real jest galaktyczny, stratosferyczny, nadludzki- kilkanaście miesięcy temu oznajmiał wszem i wobec nieoficjalny organ prasowy madryckiego klubu- dziennik AS. Dziś, słowa te budzą uśmiech na twarzy, a czarne barwy koszulek, w jakich grają piłkarze to nie drugi komplet strojów lecz kolor żałoby po przebrzmiałej glorii.
Florentino Perez w 2000 roku zwyciężając w wyborach prezydenckich zapoczątkował rewolucje w sposobie prowadzenia futbolowej potęgi. Dziś rewolucja zjada własnych ojców. Perez obiecał co roku dokonywać spektakularnego transferu. I słowa dotrzymał. Figo, Zidane, Ronaldo, Beckham, Owen...A konkurencja lamentowała. "Kogokolwiek nie zechce kupić, oni i tak przebiją moją ofertę" mówił menager Manchesteru United Sir Alex Ferguson. Rozpoczął się czas megalomanii. "Obwoźny cyrk" -jak niedawno nazwał Real Luis Figo- zdobywał świat. 'Królewscy' grali pięknie, czarująco, momentami wręcz genialnie. Ich gra odbiła się szerokim echem po całym świecie. W sława kocha pieniądze. Tourne po USA, tourne po Azji...czysty zysk. Już nie było mowy o piłkarzach, lecz o ekonomistach. Czas mijał, konto bankowe rosło razem z brzuchami zawodników i nikt nie zadał sobie trudu by temu zaradzić. Dobre lata minęły. Obecny Real to Doda Elektroda piłkarskiej sceny. Błyszcząca z pozoru, by przy bliskim spojrzeniu fałszować, kaleczyć wręcz mordować pojęcie estetyki.
Figo i Owena już wśród nich nie ma. Beckham, który grając w Manchesterze potrafił przez całe spotkanie biegać na najwyższych obrotach dziś po pół godzinie gry podpiera się o murawę rzęsami. Ronaldo trafia do siatki tylko w spreparowanych komputerowo reklamach butów a Zidane bardzo chce, ale już nie może. Wszystko to, ma w sobie tyle czadu, co otwarte przez tydzień piwo. A następców szukać próżno.
O obecności w szeregach 'Królewskich' Waltera Samuela świadczyć może już tylko gigantyczna dziura budżetowa, a 25 milionów euro wydanych na jego zakup to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Robinho miał być odpowiedzią na Ronaldinho z Barcelony. Młody Brazylijczyk swój inauguracyjny sezon w europie rozpoczął źle, by zakończyć go jeszcze gorzej. Jeszcze w barwach Santosu brylował. Jego technika rozgrzewała publiczność zasiadłą na stadionie bardziej niż blondynka pod kołdrą. Potem się zagubił. W Realu stracił formę i zaufanie trenera- wylądował na ławce rezerwowych. Podobnie jak jego rodak Julio Baptista. Gdy ten nazywany potocznie 'Bestią' pomocnik został za 20 milionów sprowadzony z Sevilli był tym, kim w Realu nie jest. Stracił zacięcie i serce do gry. W listopadzie 2005 roku trener 'blancos' mówił "w szatni widzę ludzi, którzy nie wiedzą, co się z nimi stało".
Gdy wydawało się, że polityka transferowa stołecznego klubu sięgnęła dna- okazało się, że może być jeszcze gorzej. W akcie desperacji sprowadzono Antonio Cassano. Cudowne, choć wyrodne dziecko włoskiej piłki miało być lekiem na bolączki dręczące ofensywę 'Królewskich'. Niewiele czasu trzeba czekać było, by dziennik AS na swej pierwszej stronie umieścił zdjęcie Cassono podpisane 'on nie ma żadnych zalet!'. Pod najcięższy obstrzał trafił jednak Ronaldo. Brazylijczyk, od kiedy publicznie przyznał, że na Bernabeu czuje się niechciany został wyklęty przez Ultrasów swej drużyny. Wygwizdywany i obrażany. Jedynie władze klubu wzięły go w obronę, dając wyraźnie do zrozumienia, że jest on niezbywalną częścią składu. Madrycka prasa doniosła kilka dni później, że Ronaldo zgodzi się pozostać w Realu pod warunkiem, ze ten opuści żywa legenda klubu- Raul, z którym jest skonfliktowany. Nie tylko ta dwójka się kłóciła. Szatnia podzieliła się na grupy, pośród których prym wiedli koledzy z reprezentacji Brazylii- Ronaldo, Robinho, Baptista i Roberto Carlos. Gdy jeden z nich strzelił bramkę od razu wpadał w ramiona pozostałej trójki, nie zważając na gratulacje od pozostałych kolegów. "Gdy strzeliłem gola, tylko ja się z niego ucieszyłem. Nikt mi nie winszował" żalił się dziennikarzowi 'Marki' Sergio Ramos.
Pożar próbował gasić jeszcze trener Lopez Caro, lecz był człowiekiem zbyt małego formatu i nazwiska dla swych podopiecznych gwiazdeczek. Caro trenuje- bo nikt inny się tego nie podjął. Perez chciał, aby selekcjonerem była gwiazda. Co miesiąc anonsowano o zakończonych sukcesem rozmowach z Capello, Mourinho, Benitezem... "Kocham Real, ale nie zamierzam ich trenować" mówił Arsene Wenger. Koniec końców, żadnego z Wielkich na przeprowadzkę do Madrytu nakłonić się nie udało. Byłby to dla każdego z niech krok samobójczy. Wielki trener potrzebuje wielkiej władzy, a na takową nie zgadzał się prezydent. "Kim ty jesteś, że posadziłeś Ronaldo na ławce" ganił Perez Lopeza Caro, gdy ten ośmielił się posadzić -już nie najlepszego a najcięższego- napastnika świata pośród rezerwowych.
Na sam koniec pozostawiłem krytyczny przypadek Jonathana Woodgate'a. Za cenę oscylującą w granicach 15- 20 milionów euro zakupiono najbardziej podatnego na kontuzje obrońcę świata. Newcastle pozwoliło mu odejść, bo jak głosiło oficjalne oświadczenie "wpływ na to miały doskonałe relacje panujące pomiędzy klubami". Teraz, zdaje się, relacje są z gołą odmienne. Od tego momentu minęły 2 lata a Anglik wystąpił przez ten czas w zaledwie kilku spotkaniach swojej nowy drużyny.
Real tkwi w największym kryzysie od 50 lat. Śmiem twierdzić, że za rok będzie już mowa o największym kryzysie od lat stu. Jeśli nie awansuje bezpośrednio do Ligi Mistrzów, może mieć wielkie kłopoty. Trudno skusić piłkarza na przenosiny do klubu, którego ambicją jest walka w eliminacjach o wejście do tych rozgrywek. W grę wchodzi tu honor i duma. Poziom piłki wyrównał się na tyle, że o zwycięstwie decydują już wyłącznie przebłyski geniuszu gwiazd takich jak Ronaldinho czy Henry. Piłkarzy, od który drużyna jest w pełni zależna. Takiego kogoś w Madrycie brakuje. Mimo, że przypadek to ciężki, to nie jest bez wyjścia. Jeśli Real ma być zbitkiem graczy, których w klubie trzyma oprócz grawitacji jedynie chęć zysku- to niech tak będzie. Muszą jednak zarabiać oni pieniądze wyłącznie za zwycięstwa a nie za szeroki uśmiech, którym obdarowują swych fanów. Wtedy i portfel będzie pełny i stadion rozśpiewany. Nikt już nie powie, że Real jest bardziej włoski niż włoskie kluby. Nie będzie po prostu nudny...
Florentino Perez w 2000 roku zwyciężając w wyborach prezydenckich zapoczątkował rewolucje w sposobie prowadzenia futbolowej potęgi. Dziś rewolucja zjada własnych ojców. Perez obiecał co roku dokonywać spektakularnego transferu. I słowa dotrzymał. Figo, Zidane, Ronaldo, Beckham, Owen...A konkurencja lamentowała. "Kogokolwiek nie zechce kupić, oni i tak przebiją moją ofertę" mówił menager Manchesteru United Sir Alex Ferguson. Rozpoczął się czas megalomanii. "Obwoźny cyrk" -jak niedawno nazwał Real Luis Figo- zdobywał świat. 'Królewscy' grali pięknie, czarująco, momentami wręcz genialnie. Ich gra odbiła się szerokim echem po całym świecie. W sława kocha pieniądze. Tourne po USA, tourne po Azji...czysty zysk. Już nie było mowy o piłkarzach, lecz o ekonomistach. Czas mijał, konto bankowe rosło razem z brzuchami zawodników i nikt nie zadał sobie trudu by temu zaradzić. Dobre lata minęły. Obecny Real to Doda Elektroda piłkarskiej sceny. Błyszcząca z pozoru, by przy bliskim spojrzeniu fałszować, kaleczyć wręcz mordować pojęcie estetyki.
Figo i Owena już wśród nich nie ma. Beckham, który grając w Manchesterze potrafił przez całe spotkanie biegać na najwyższych obrotach dziś po pół godzinie gry podpiera się o murawę rzęsami. Ronaldo trafia do siatki tylko w spreparowanych komputerowo reklamach butów a Zidane bardzo chce, ale już nie może. Wszystko to, ma w sobie tyle czadu, co otwarte przez tydzień piwo. A następców szukać próżno.
O obecności w szeregach 'Królewskich' Waltera Samuela świadczyć może już tylko gigantyczna dziura budżetowa, a 25 milionów euro wydanych na jego zakup to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Robinho miał być odpowiedzią na Ronaldinho z Barcelony. Młody Brazylijczyk swój inauguracyjny sezon w europie rozpoczął źle, by zakończyć go jeszcze gorzej. Jeszcze w barwach Santosu brylował. Jego technika rozgrzewała publiczność zasiadłą na stadionie bardziej niż blondynka pod kołdrą. Potem się zagubił. W Realu stracił formę i zaufanie trenera- wylądował na ławce rezerwowych. Podobnie jak jego rodak Julio Baptista. Gdy ten nazywany potocznie 'Bestią' pomocnik został za 20 milionów sprowadzony z Sevilli był tym, kim w Realu nie jest. Stracił zacięcie i serce do gry. W listopadzie 2005 roku trener 'blancos' mówił "w szatni widzę ludzi, którzy nie wiedzą, co się z nimi stało".
Gdy wydawało się, że polityka transferowa stołecznego klubu sięgnęła dna- okazało się, że może być jeszcze gorzej. W akcie desperacji sprowadzono Antonio Cassano. Cudowne, choć wyrodne dziecko włoskiej piłki miało być lekiem na bolączki dręczące ofensywę 'Królewskich'. Niewiele czasu trzeba czekać było, by dziennik AS na swej pierwszej stronie umieścił zdjęcie Cassono podpisane 'on nie ma żadnych zalet!'. Pod najcięższy obstrzał trafił jednak Ronaldo. Brazylijczyk, od kiedy publicznie przyznał, że na Bernabeu czuje się niechciany został wyklęty przez Ultrasów swej drużyny. Wygwizdywany i obrażany. Jedynie władze klubu wzięły go w obronę, dając wyraźnie do zrozumienia, że jest on niezbywalną częścią składu. Madrycka prasa doniosła kilka dni później, że Ronaldo zgodzi się pozostać w Realu pod warunkiem, ze ten opuści żywa legenda klubu- Raul, z którym jest skonfliktowany. Nie tylko ta dwójka się kłóciła. Szatnia podzieliła się na grupy, pośród których prym wiedli koledzy z reprezentacji Brazylii- Ronaldo, Robinho, Baptista i Roberto Carlos. Gdy jeden z nich strzelił bramkę od razu wpadał w ramiona pozostałej trójki, nie zważając na gratulacje od pozostałych kolegów. "Gdy strzeliłem gola, tylko ja się z niego ucieszyłem. Nikt mi nie winszował" żalił się dziennikarzowi 'Marki' Sergio Ramos.
Pożar próbował gasić jeszcze trener Lopez Caro, lecz był człowiekiem zbyt małego formatu i nazwiska dla swych podopiecznych gwiazdeczek. Caro trenuje- bo nikt inny się tego nie podjął. Perez chciał, aby selekcjonerem była gwiazda. Co miesiąc anonsowano o zakończonych sukcesem rozmowach z Capello, Mourinho, Benitezem... "Kocham Real, ale nie zamierzam ich trenować" mówił Arsene Wenger. Koniec końców, żadnego z Wielkich na przeprowadzkę do Madrytu nakłonić się nie udało. Byłby to dla każdego z niech krok samobójczy. Wielki trener potrzebuje wielkiej władzy, a na takową nie zgadzał się prezydent. "Kim ty jesteś, że posadziłeś Ronaldo na ławce" ganił Perez Lopeza Caro, gdy ten ośmielił się posadzić -już nie najlepszego a najcięższego- napastnika świata pośród rezerwowych.
Na sam koniec pozostawiłem krytyczny przypadek Jonathana Woodgate'a. Za cenę oscylującą w granicach 15- 20 milionów euro zakupiono najbardziej podatnego na kontuzje obrońcę świata. Newcastle pozwoliło mu odejść, bo jak głosiło oficjalne oświadczenie "wpływ na to miały doskonałe relacje panujące pomiędzy klubami". Teraz, zdaje się, relacje są z gołą odmienne. Od tego momentu minęły 2 lata a Anglik wystąpił przez ten czas w zaledwie kilku spotkaniach swojej nowy drużyny.
Real tkwi w największym kryzysie od 50 lat. Śmiem twierdzić, że za rok będzie już mowa o największym kryzysie od lat stu. Jeśli nie awansuje bezpośrednio do Ligi Mistrzów, może mieć wielkie kłopoty. Trudno skusić piłkarza na przenosiny do klubu, którego ambicją jest walka w eliminacjach o wejście do tych rozgrywek. W grę wchodzi tu honor i duma. Poziom piłki wyrównał się na tyle, że o zwycięstwie decydują już wyłącznie przebłyski geniuszu gwiazd takich jak Ronaldinho czy Henry. Piłkarzy, od który drużyna jest w pełni zależna. Takiego kogoś w Madrycie brakuje. Mimo, że przypadek to ciężki, to nie jest bez wyjścia. Jeśli Real ma być zbitkiem graczy, których w klubie trzyma oprócz grawitacji jedynie chęć zysku- to niech tak będzie. Muszą jednak zarabiać oni pieniądze wyłącznie za zwycięstwa a nie za szeroki uśmiech, którym obdarowują swych fanów. Wtedy i portfel będzie pełny i stadion rozśpiewany. Nikt już nie powie, że Real jest bardziej włoski niż włoskie kluby. Nie będzie po prostu nudny...
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)