Kumple

Looky

17 lipca 2005, 14:37

Brak komentarzy
Głowy do góry, dołożymy im w rewanżu - miał trzy lata temu uspokajać kolegów Marc Overmars po zawstydzającej porażce Barcelony z trzecioligowym Figueres. Ci spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Wiedzieli, że do rewanżu nie dojdzie. Nie dojdzie, bo regulamin Pucharu Króla w tak wczesnej fazie rozgrywek go nie przewidywał.

Historia brzmi anegdotycznie, ale hiszpańscy dziennikarze zaklinają się, że jest prawdziwa jak rosnąca niechęć fanów do wszystkiego, co holenderskie. Overmars zgubił zresztą głowę w chmurach dawno temu, o czym świadczą mające ponoć mocne oparcie w rzeczywistości dowcipy krążące nie tylko po Barcelonie. A to Holender pomylił łazienkę z kuchnią, a to "zapomniał" żony i zostawił ją na klubowym parkingu etc. Prawdziwe czy nie, te perypetie przypomniały mi się podczas sobotniego meczu chluby Katalonii z chlubą Kraju Basków - Athletic Bilbao, zremisowanym dość szczęśliwie 1:1. Kryzysu ten wynik nie zwiastuje, bo na Camp Nou permanentny kryzys trwa co najmniej od lipca 2000 roku, kiedy Luis Figo zdradził Barcę dla Realu Madryt. Trzej prezesi, pięciu trenerów, z górą 200 milionów dolarów wydanych na transfery, bliskie tej kwoty zadłużenie i żadnego trofeum. To bilans czterolecia zakończony ocalonym minionej wiosny w ostatniej chwili awansem do europejskich pucharów, w których Katalończycy występowali zawsze.

W tym czasie w klubie ścierały się ze sobą dwie koncepcje. Pierwszą wprowadzał trener Louis van Gaal - postanowił przenieść na Camp Nou Ajax Amsterdam, z którym wygrał w 1995 roku Ligę Mistrzów. Fani przyglądali się temu początkowo dość spokojnie, przecież związki klubu z Holendrami sięgają zarania lat 70. i przybycia szkoleniowca Rinusa Michelsa, a 10 lat temu przyniosły jedyny w historii Puchar Europy wywalczony pod wodzą Johana Cruyffa. Wyznawcą drugiej był prezes Joan Gaspart, który postanowił przywrócić klubowi historyczną tożsamość i jął ściągać Katalończyków (w najgorszym razie - Hiszpanów), nie bacząc na ich klasę ani potrzeby zespołu. Obie strategie zakończyły się fiaskiem, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby porzucić kryterium narodowościowe, co przecież służy 99,99 procentom (choć nie Athletic Bilbao) klubów piłkarskich. Frank Rijkaard zagubił się już beznadziejnie. Ogłosił koniec kolonii rodaków, która także dzięki niemu się rozrosła, i właśnie sprowadził Edgara Davidsa, dziesiątego już zdobywcę PE z Ajaksem, który bronił lub broni barw Barcelony.

Słowem, stara paczka kumpli rośnie w siłę. A jak rośnie, to i zabawy więcej. Fajniej po prostu jest. Overmars nie wie, o co gra (po co, pewnie też nie). Kluivert wyciąga chłopaków na nocne eskapady po Barcelonie, a Rijkaard niech sobie grozi sankcjami, w końcu kilkanaście euro grzywny można jakoś przełknąć. Wszyscy razem kopią piłkę, bo to przyjemny pomysł na spędzanie czasu, zwłaszcza gdy płacą im miliony niezależnie od tego, czy futbolówka frunie we właściwym kierunku, czy zupełnie odwrotnie. A mówiąc bardziej serio - być może cudowne dzieci z Amsterdamu trochę nasyciły szybko osiągnięte sukcesy, bo przecież poza Clarence'em Seedorfem żadne nie powtórzyło już nigdy wielkich międzynarodowych triumfów. Być może Holendrzy, czyli "Brazylijczycy Europy", za bardzo przypominają Latynosów w dość swobodnym stosunku do konieczności wygrywania. Być może ich nieobecność na mundialu i barażowe kłopoty przed Euro 2004 powinny dać do myślenia szefom Barcy. Być może szara eminencja na Camp Nou - Cruyff - powinna przestać się szarogęsić wokół szatni albo wziąć pełną odpowiedzialność i wreszcie sama zostać trenerem. Być może liczba graczy z ducha lub pochodzenia latynoskich przekroczyła poziom krytyczny i warto by sprowadzić kogoś mocno stojącego na ziemi.

A może tacy ludzie udusiliby się barcelońskim powietrzem, może katalońskiej chandry nie da się uleczyć w sposób, który reszta świata uważałaby za racjonalny? Duch rozsądku na pewno nie unosi się w gabinetach działaczy, jeśli klub ściąga latem grupę piłkarzy spoza Unii Europejskiej (Ronaldinho, Marquez, Recber Rustu), zapominając, że w meczu ligi hiszpańskiej można wystawić maksymalnie trzech. To m.in. dlatego w sobotę w bramce Barcy stanął absolutny debiutant Albert Jorquera (wypadł świetnie), potęgując wrażenie chaosu, jaki od lat panuje między słupkami jej bramki. Jerzy Dudek miał jednak szczęście, że nie trafił do tego klubu, bo z jakichś nieodgadnionych przyczyn każdy golkiper ponosi w nim porażkę. Roberto Bonano jest już w Murcii, Robert Enke - w Fenerbahce, teraz Rustu z gwiazdy mistrzostw świata przeobraził się w gracza to leczącego urazy, to rozdygotanego, stanowiącego zagrożenie dla własnej drużyny. Takim niepojętym przemianom Katalonia przygląda się ostatnio notorycznie. Javier Saviola miał świetny debiutancki sezon, po czym van Gaal zniszczył jego wiarę w siebie i Argentyńczyk trafia do siatki już tylko incydentalnie. Juan Roman Riquelme musiał uciec do Villarealu, by zacząć choć trochę przypominać najzdolniejszego rozgrywającego swojego pokolenia. Najbardziej znacząca zmiana dokonała się jednak w głowach rywali Barcelony. Na Camp Nou - niegdyś budzący grozę bastion - przyjeżdżają z pewnymi siebie minami i atakują od pierwszych minut. Piłkarze z Bilbao mogli w sobotę po kwadransie prowadzić kilkoma golami. A Barcelona więcej punktów zdobywa dziś poza Katalonią...

[źródło: Gazeta Wyborcza]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze