Pewnie spodziewaliście się, że w pierwszej wolnej chwili popełnię parę słów na temat wylewnie żegnającego się z Camp Nou "Wybrzeżokościosłonianina". No to myk. Niespodzianka.
Promocja do pierwszego składu
W sezonie 07/08 Yaya Touré był wyróżniającą się postacią, docenianą przez kibiców i dziennikarzy. Mimo to, po objęciu kadry przez Guardiolę, do pierwszej drużyny przesunięty został anonimowy dla wielu Sergio Busquets. Wyglądał po kilku występach na młodszą, słabszą fizycznie i dużo bardziej bezmyślnie-szkodliwą kopię Afrykanina. Na pozycji defensywnego pomocnika, kluczowej w ofensywnie skrzydłowym ustawieniu Barçy, żaden z tych przymiotów nie może być komplementem.
W swoim debiutanckim sezonie - mimo wpadek tak regularnych, jak monstrualnych - Busi często gościł na boisku, zaliczając 41 meczów i 2919 minut. Za kolejny spokojnie należy go sklasyfikować jako gracza wyjściowego składu. Kosztem wspomnianego Touré. Dla stałych bywalców fcbarca.com tudzież części redakcji nie jest żadną tajemnicą, że takiego stanu rzeczy nigdy nie byłem fascynatem. Odkąd Busquets pojawił się w pierwszej kadrze Barçy, jego wpadki wywoływały u mnie mdłości niewiele mniejsze niż widok w tv Jarosława Kaczyńskiego. Nie opuszczała mnie wszelako świadomość, iż jeśli ktoś jest piłkarsko słaby - nie do końca jest to jego winą. Podobnie jest z takimi cechami, jak głupota, naiwność czy nieumiejętność znalezienia pracy. Za złe miałem zatem wyłącznie Guardioli --- że ewidentnie promuje zawodnika w początkowym stadium rozwoju. Miast produktu piłkarsko skończonego. Takim od przyjścia na Camp Nou był Yaya Touré.
"Dziecko" Guardioli
Wiele przypadków z lat 2008-2010 (których przypominać nie ma już dzisiaj sensu) świadczyło o tym, że dylemat Pepa pt. "Busquets czy Touré?" nie zawsze kończył się decyzją merytoryczną. Gdybym miał tyle rozsądku, co doradcy ekonomiczni Donalda Tuska, pewnie uwierzyłbym, że nie ma to nic wspólnego z trenerską słabością Guardioli do młodego pomocnika. Powiem szczerze, że nawet chciałem w to wierzyć. A mimo to nie mogłem.
Podobnie jak Pedro, był Busi pamiątką Pepa z trenowanej sezon wcześniej Barçy Atlétic. Nie chciałbym tu rozwijać wątków w podobie do harlequinowej popeliny, ale bliskie rodzicielskiemu przywiązanie mistera do młodego pomocnika mierziło mnie bardziej niż chamowate babule w miejskiej komunikacji. Mam nawet swoją teorię co do tego, jak mógłby wyglądać dwumecz z Interem, gdyby więcej minut spędził w nim gracz rodem z Bouaké.
Ta złość była słuszna, bo popełniał Busquets błędy niebanalne. Koszt marginalny jego zaskakująco częstych występów trudno już oszacować. Nie lekceważę go ni nie zapominam. Ale mimo wszystko, moja długoterminowa ocena afektu Pepa do młodego piłkarza nie była do końca precyzyjna. Nawet jeśli na wyrost i za wcześnie forował mister syna Carlesa Busquetsa, to jedyną przyczyną nie może być obu dżentelmenów długotrwała znajomość. Wygląda na to, że na pozycję defensywnego pomocnika szukał Guardiola zawodnika od Touré odmiennego. Produktu bliższego tożsamości i stylowi gry Barcelony bardziej niż Iworyjczyk, dopasowanego precyzyjniej niż garnitur Hugo Bossa. Ujrzał go latem 2008 roku. W Busquetsie, którego niepewna gra sprawiała wrażenie, że stamtąd, gdzie dzieje się męskość i trzeszczą kości - on najchętniej zwiałby czym prędzej do domu.
Inny nie znaczy "lepszy". Ani: "gorszy"
Oczywiście, że tak oświecone tezy nie spadają z nieba. Gdyby tak było, zasoby mojego konta przyćmiłyby kapitał Carlosa Slima, a te słowa klikałbym z Hiltona na Seszelach. Gdyby chciało mi się włączyć komputer... Otóż, do myślenia dał mi wpierw błyskawiczny rozwój kariery reprezentacyjnej Busquetsa. Podbił on kadrę szybciej niż John Terry zdziera bieliznę z dziewczyn swoich kumpli. Ledwo w Czerwonej Furii młody pomocnik był debiutował (kwiecień 2009), to już z czerwcowego Pucharu Konfederacji wyjeżdżał jako zawodnik pierwszego składu. OK, drodzy państwo, miłość Guardioli do Busiego, jak wspomniałem, specjalnie nie zdziwiła. Ale na liście ludzi, których bym o nią podejrzewał, doprawdy ostatnim byłby Vicente del Bosque!
Fakt ten zastanowił. Miała później miejsce ciekawa i produktywna (acz niewolna od mielizn dygresji i zbędnych figur retorycznych) dyskusja pod jednym z newsów na łamach niniejszych. Tyczyła Busquetsa i Touré, a konkretnie wyższości jednego nad drugim i drugiego nad pierwszym. Z jej tezami w pamięci skłonny jestem twierdzić, że na dziś żaden nie jest dogmatycznie lepszy (jeszcze niedawno Afrykanin był, lecz nieregularne występy zachwiały i jego tornistrem zalet). Są inni. I tak też powinny być recenzowane ich wady i zalety: paralelnie, a nie: konfrontacyjnie.
Przyspieszony proces dojrzewania
Pochodząca ze wspomnianej dyskusji część szerokiego wachlarzu argumentów Blazeqa naświetliła mi na nowo rolę i zasadność Busquetsa w pierwszym składzie Barçy. Od chwili wspomnianej wymiany myśli, wychowanek Azulgrany jest już nie tylko dwukrotnym mistrzem Hiszpanii i zdobywcą _______ (w tym miejscu uporządkuj pozostałe składniki sekstetu w ulubionej kolejności). Nosi też berło mistrza świata. I to nie mistrza takiego, jak Lionel Charbonnier, lecz gracza, którego po drodze "na mistrza" ominęło jedynie pół godziny ze Szwajcarią. W pozostałych meczach wystąpił od pierwszej do ostatniej minuty, a Hiszpania nie przegrała już do końca turnieju. Busi popełnił w tym czasie mniej błędów niż Iker Casillas, na tle Xabiego Alonso był bezdyskusyjnie lepszy, nie dał poszaleć Portugalczykom, Niemcom ani Holendrom, a niejeden komentator uznał go za odkrycie turnieju... Trudno o lepszą chwilę, by przekonać się do młodego Katalończyka. Ot, taki mój coming-out.
Nie chodzi tu o banał dołączenia do piewców boiskowego wdzięku Sergio wyłącznie ze względu na nagły szał w CV jego trofeów. Mniejsza też o fakt, że odszedł Touré - mógłbym przecież na dwie strony lamentować, by pewien Argentyńczyk zaprzestał w Liverpoolu czynić czyny lubieżne o poranku i zaprzedał duszę diabłu, by tylko grać na Camp Nou. (Swoją drogą: witaj, Javier!). Zadałem sobie tymczasem trud połączenia paru faktów (a to nie wychodzi nawet Monice Olejnik) i wyszło mi, że regularniejsze występy w klubie i reprezentacji sprawiły, że Busquets faktycznie dojrzał. Ja zaś dojrzałem do tego, by zwrócić uwagę na to, iż zalety gry tego chłopaka nie są dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Gdy z czasem wybiły się ponad młodzieńcze mankamenty - widać je wyraźniej.
Zalety nie oczywiste
Największą różnicą pomiędzy Touré, a Busquetsem jest to, że absolwent barcelońskiej cantery nie ma tendencji do wyrywania w przód. Operuje przyklejony do linii środkowej boiska, skupiając się wyłącznie na rozbijaniu ataków rywali i rozdzielaniu dochodzących do niego piłek ku bardziej utalentowanym ofensywnie partnerom z drużyny. Widocznie zawodnika o takiej charakterystyce ceni (?) Pep wyżej niż piłkarza, który na Camp Nou w pełni zasłużył sobie na miano "Tourinho".
Busi, podobnie jak Keita, nie jest zawodnikiem, którego nazwisko wymienia się kilkadziesiąt razy w meczu. Pozostaje raczej poza okiem kamery. Operuje tam, gdzie nie ma telewidza. Prócz kilku przechwytów w środku pola, zasadniczo trudno wskazać przejawy jego udziału w meczu - ale w tym samym meczu możesz nie zauważyć rozgrywającego rywali. Oczywiście, m.in. mecze z Interem każą nałożyć na ten ambitny wniosek pożyczone od pierwszego napotkanego woźnicy klapki zawężające pole widzenia do przeciwników słabych i średnio-półlepszych. Starcia z co bardziej wymagającymi rywalami pokazały dobitnie, ile brakuje Busiemu, by dołączyć do najlepszych na swojej pozycji. Końcówka ligowego sezonu i mistrzostwa świata pokazują przynajmniej, że jest już w drodze.
Inny walor katalońskiego pomocnika to dobry przegląd pola gry. Jego podania, nawet dalekie przerzuty, rzadko nie docierają do adresata. Wyróżnić też należy poświęcenie i świetną grę głową - przydatne po obu stronach boiska. Wysoki poziom techniki to pozostałość po czasach juniorskich, w których Busi był wystawiany jako ofensywny pomocnik lub napastnik. Niekiedy skłania go ona do zagrań frywolnych, lecz z czasem powinien nauczyć się wykorzystywać ją efektywniej. Podobnież powinna minąć mu skłonność do aktorstwa - "filowanie" zapamiętał (i wykpił) piłkarski świat lepiej niż cios w grdykę sprawcy. I dobrze. Takie jest życie. Niech Busi zje tę żabę i oby wyszła mu na zdrowie. Podobne doświadczenia stanowią nie mniej istotny element procesu dojrzewania niż finał mundialu.
Nie zapominając o minusach jego gry, które przez jakiś czas będą się jeszcze dawać culés we znaki - wyrósł w Barcelonie talent. Nie było to klarowne od razu. Dziś, gdy jego wycena portalu transfermarkt.de wzrosła 66-krotnie od czerwca 2008, powinno już być.
W ciszy stadionu. Młody
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (56)