Alves, ostoja drużyny?
Niekiedy piłkarz potrafi wprawiać w złość i zachwyt jednocześnie, powodować stan ekscytacji, by po chwili powodować frustrację. Jeśli ten opis pasuje tylko do jednego gracza obecnej kadry Barcelony, bez wątpienia będzie to Dani Alves.
Od swojego przyjścia do Barçy dwa sezony temu, boczny obrońca stał się z miejsca pupilem publiczności, szczególnie jako silne wsparcie Lionela Messiego. Prawdopodobnie to właśnie on dał Argentyńczykowi swobodę, która umożliwiła mu pokazanie maksimum swoich możliwości, co uczyniło zeń najlepszego piłkarza świata. Jednocześnie sam nieprawdopodobnie wywindował swoją reputację.
A może... dwie reputacje? Jego drugi sezon w barwach blaugrana ukazał kilka cech, które sprawiły, iż stracił w oczach części obserwatorów. Chodzi szczególnie o jego zamiłowanie do padania na murawę zaraz po jakimkolwiek kontakcie z przeciwnikiem. Tego typu zagrania oraz widoczne - jak u Busquetsa - zdolności teatralne sprawiają, iż na próbę cierpliwości wystawieni są nawet jego najzagorzalsi fani.
Bez cienia wątpliwości Brazylijczyk jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym, na swojej pozycji. Bije od niego energia i pasja. Jednak, wobec pojawiających się znaków zapytania dotyczących jego zdolności destrukcyjnych, pozostaje mu mało miejsca na kolejne błędy w przyszłości.
Podczas swojego pierwszego sezonu, Alves był niemal 'pokazowym' zawodnikiem filozofii gry Guardioli - usposobiony ofensywnie, inteligentny, sprytny i kreatywny, któremu nie obca była również fizyczna odsłona gry. Alves był i jest nadal w każdym calu piłkarzem Pepa.
Jest również w każdym calu Brazylijczykiem, zakochany w ofensywnych aspektach piłki nożnej, dobrze czującym się z piłką przy nodze, potrafiącym z piłką robić wszystko. Podczas gry emanuje wolnością i radością, spotykaną tylko u małych dzieci i... Brazylijczyków. Jak Rivaldo i Ronaldinho przed nim, gra z śmiechem na ustach.
Ale to nie uśmiech jest problemem. Problemem jest grymas. Widok Alvesa toczącego się po murawie, trzymającego się za kolano, z wypisanym bólem na twarzy, który każe nam przypuszczać, iż Daniemu stało się coś naprawdę strasznego. Podczas gdy Alves został bardzo lekko dotknięty, jeśli w ogóle go dotknięto. Jest to bardzo frustrujący element gry Brazylijczyka, poddający w wątpliwość jego całą reputację i wysoką jakość gry. Momentami powoduje wręcz odrazę, nie tylko postronnych obserwatorów, ale i fanów.
Wydaje się, że w pierwszym sezonie sędziowie - bądźmy szczerzy - patrzyli bardziej łaskawym okiem na dramatyczne upadki Brazylijczyka. Najlżejsze dotknięcie lub szarpnięcie koszulki powodowało oburzenie i gniew. Dyktowano rzut wolny i powracał uśmiech Kota z Cheshire.
Trzeba powiedzieć, że Alves nie jest jedynym graczem, który zachowuje się w ten sposób - możemy wskazać wielu symulujących piłkarzy, niektórych prawdopodobnie znacznie lepszych w 'sztuce nurkowania' od Daniego. Problem polega jednak na tym, iż obecnie owa zła reputacja wyprzedza poczynania zawodnika. Sędziowie podejmują decyzje jeszcze zanim rozpocznie się mecz.
Wyobraźmy sobie przygotowującego się do meczu sędziego, siedzącego w komfortowym pokoju. Przedmeczowa rutyna - kartki, notatnik, gwizdek, etc. Patrzy na listy piłkarzy obu drużyn. "Widzę, że gra Dani Alves. Może i będzie śmieszny, może porwie wszystkich charyzmą, ale za nic na świecie mnie dziś nie oszuka!", zdaje się myśleć.
W porządku, być może to nie jest konkretna myśl arbitra przed meczem, ale coś w tym musi być. Miało to już miejsce. Pomyśl o Cristiano Ronaldo albo Didierze Drogbie. Obaj gracze byli tak mocno łączeni z 'nurkowaniem', że sędziowie przestali odgwizdywać nawet te prawdziwe przewinienia na nich popełniane. Albo przypadek Stevena Gerrarda, zawodnika wręcz słynnego z posiadania chwiejących się w polu karnym nóg; w ostatnim sezonie sędziowie nie odgwizdali kilku naprawdę oczywistych rzutów karnych tylko dlatego, że znany jest on ze swojej skłonności do wymuszania fauli.
Teraz my, fani Barçy, również znamy frustrację z powodu osądów sędziego jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Chodzi o niepodyktowaną 'jedenastkę' w meczu na San Siro. Jeśli byłby to gracz inny niż Dani Alves, czy usłyszelibyśmy w tamtym momencie gwizdek arbitra oznaczający 'wapno' dla Barcelony? Kto wie? Jedno wiadomo na pewno - sędziowie wiedzą, którzy piłkarze są skłonni do takich oszustw, zapamiętują ich, wiedzą również, którzy do takich nie należą. Niestety Dani jest w tej pierwszej grupie.
Prawdopodobnie gorsze od samych upadków jest zachowanie im towarzyszące. Turlanie się po boisku, uderzanie o murawę, udawanie poważnej kontuzji, któremu zwykle towarzyszy inny, najbardziej chyba znany gest z kiepskiego repertuaru takich aktorów - sugerowanie arbitrowi ukarania 'sprawcy' kartką. Wszystko to nie przysparza popularności wśród postronnych kibiców. Co gorsza, powoduje odwracanie się niektórych od klubu, w którym ów dramatyczny aktor występuje.
Ten sezon będzie zatem odbierany przez osoby neutralne, jako ukazujący bezradność Barcelony w ciężkich momentach, czekającej na pomocną decyzję sędziego, nie mogącą sobie bez niej poradzić. Naturalnie, to nie jest jeszcze etap 'Chelsea - Drogba - Ballack', ale ludzie zaczynają się zastanawiać, a dalej jest już tylko żal i wstyd.
Kombinacja zachowań Daniego, słynnego spojrzenia Busquetsa oraz rzekomej afery ze spryskiwaczami - jakkolwiek śmiesznie to brzmi, nie zostało dobrze przyjęte poza klubem - nie prowadzi klubu w godne miejsce. "Més que un club" brzmi nieco mniej godnie, niż brzmiało 12 miesięcy temu.
Żeby rozwiać te chmury wątpliwości i przywrócić uwagę ludzi tym, czym powinien przyciągać uwagę taki klub, musimy powstrzymać naszych głównych aktorów przed ich, do tej pory, ulubioną rozrywką. A któż inny zrobi to lepiej od Daniego Alvesa, jeśli nie on sam? Wystarczy, by utrzymywał się na swoich nogach nieco dłużej, by tyle nie gestykulował, by opanował złość po przewinieniach na nim popełnianych... Może to sprawić, że znów zyska sympatię i szacunek, natomiast na usta wszystkich kibiców powróci dyskusja o aspektach czysto piłkarskich - nie o kontrowersyjnych, frustrujących zachowaniach.
Wszyscy możemy się zgodzić, że Alves to piłkarz świetny, od samego początku bezcenny zawodnik drużyny Guardioli. Wszyscy wiemy, że prawdopodobnie nie ma lepszego bocznego obrońcy, jeśli chodzi o grę w ofensywie. Świetnie gra w destrukcji, jest niezwykle aktywny i widoczny w każdym sektorze boiska, co zwykle potwierdza statystyka pokonanych kilometrów.
Tak, mógłby poprawić dośrodkowania i nie poświęcać sił na wślizgi, które nie mogą przynieść powodzenia, ale i tak jest świetnie ukształtowanym, dobrze wyszkolonym technicznie piłkarzem, który daje drużynie więcej niż same umiejętności. Na boisku i poza nim jest osobowością, niezależnie od okoliczności bije od niego charyzma, jest liderem bez kapitańskiej opaski.
Od momentu dołączenia do drużyny, Alves powoduje wściekłość przeciwników, podczas gdy z każdym momentem zbliża się do swoich kibiców. Oto pierwszego dnia, kiedy przemówił po katalońsku, stało się jasne, że piłkarz znalazł swoje miejsce, Barcelona zaś go potrzebowała. Oto przyszedł zawodnik przypominający Luisa Enrique albo Hristo Stoiczkowa, pełen charyzmy i osobistego czaru, którego z przyjemnością ogląda się z piłką. Dał się również poznać jako ekstrawertyk, jego uzewnętrznienia zaś dotyczą przede wszystkim jego 'wrogów' z Madrytu.
Tacy piłkarze często zajmują specjalne miejsce w sercach fanów. Są więcej, niż zawodnikami. To osobistości, które jednoczą fanów, czuć to z trybun. Wybaczane im są potknięcia, słabsze występy, gdyż nadrabiają to innym razem dynamiką i pasją, która pozwala czuć, że sami jesteśmy na boisku i decydujemy o losach meczu. Wszystkie drużyny mają takich piłkarzy. Pomyślmy o Gutim, Drogbie czy Matterazzim. Ich pantomima sprawia, że są jeszcze bardziej uwielbiani przez swoich fanów.
Niektórzy określą Daniego mianem aroganckiego bądź niesfornego, inni powiedzą, że jest przeceniany, niezdyscyplinowany, ale chyba każda drużyna chciałaby mieć w swoich szeregach tego zawodnika.
Barcelona była odbierana w poprzednich sezonach za sympatyczny, miły, ale ignorujący jednostki kolektyw. A być może właśnie to było obecnie kluczem do sukcesu. Zwykle bowiem to pozytywna cecha, ale w sezonie, w którym Barcelona była pod niezwykłą presją rywala przez cały czas, to bezcenne mieć kogoś, kto wychyli się i krzyknie 'nie lubicie nas, a my się tym nie przejmujemy'.
To coś, co przychodzi Daniemu z łatwością. Jego dzikie spojrzenie i szeroki uśmiech obrazują jego nieco złośliwy charakter, zanim powie pierwsze słowo... Ale dla nas, byśmy z powrotem mogli stanąć za nim murem i znów pokochali nawet jego drobne złośliwości i kapryśne usposobienie, musi się poprawić w swoim zachowaniu na murawie. Nie musi grać perfekcyjnie, po prostu nieco lepiej od innych. Tylko wtedy naprawdę możemy go bronić. Tylko wtedy jego osobowość ukaże swój blask. Barcelona wie, że reputacja, która wyprzedza twoje czyny jest raczej szkodliwą rzeczą...
Miejmy zatem nadzieję, że w nadchodzącym sezonie Dani będzie nieco częściej i dłużej utrzymywać swoje nerwy na wodzy.
[źródło: totalbarca.com]
Od swojego przyjścia do Barçy dwa sezony temu, boczny obrońca stał się z miejsca pupilem publiczności, szczególnie jako silne wsparcie Lionela Messiego. Prawdopodobnie to właśnie on dał Argentyńczykowi swobodę, która umożliwiła mu pokazanie maksimum swoich możliwości, co uczyniło zeń najlepszego piłkarza świata. Jednocześnie sam nieprawdopodobnie wywindował swoją reputację.
A może... dwie reputacje? Jego drugi sezon w barwach blaugrana ukazał kilka cech, które sprawiły, iż stracił w oczach części obserwatorów. Chodzi szczególnie o jego zamiłowanie do padania na murawę zaraz po jakimkolwiek kontakcie z przeciwnikiem. Tego typu zagrania oraz widoczne - jak u Busquetsa - zdolności teatralne sprawiają, iż na próbę cierpliwości wystawieni są nawet jego najzagorzalsi fani.
Bez cienia wątpliwości Brazylijczyk jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym, na swojej pozycji. Bije od niego energia i pasja. Jednak, wobec pojawiających się znaków zapytania dotyczących jego zdolności destrukcyjnych, pozostaje mu mało miejsca na kolejne błędy w przyszłości.
Podczas swojego pierwszego sezonu, Alves był niemal 'pokazowym' zawodnikiem filozofii gry Guardioli - usposobiony ofensywnie, inteligentny, sprytny i kreatywny, któremu nie obca była również fizyczna odsłona gry. Alves był i jest nadal w każdym calu piłkarzem Pepa.
Jest również w każdym calu Brazylijczykiem, zakochany w ofensywnych aspektach piłki nożnej, dobrze czującym się z piłką przy nodze, potrafiącym z piłką robić wszystko. Podczas gry emanuje wolnością i radością, spotykaną tylko u małych dzieci i... Brazylijczyków. Jak Rivaldo i Ronaldinho przed nim, gra z śmiechem na ustach.
Ale to nie uśmiech jest problemem. Problemem jest grymas. Widok Alvesa toczącego się po murawie, trzymającego się za kolano, z wypisanym bólem na twarzy, który każe nam przypuszczać, iż Daniemu stało się coś naprawdę strasznego. Podczas gdy Alves został bardzo lekko dotknięty, jeśli w ogóle go dotknięto. Jest to bardzo frustrujący element gry Brazylijczyka, poddający w wątpliwość jego całą reputację i wysoką jakość gry. Momentami powoduje wręcz odrazę, nie tylko postronnych obserwatorów, ale i fanów.
Wydaje się, że w pierwszym sezonie sędziowie - bądźmy szczerzy - patrzyli bardziej łaskawym okiem na dramatyczne upadki Brazylijczyka. Najlżejsze dotknięcie lub szarpnięcie koszulki powodowało oburzenie i gniew. Dyktowano rzut wolny i powracał uśmiech Kota z Cheshire.
Trzeba powiedzieć, że Alves nie jest jedynym graczem, który zachowuje się w ten sposób - możemy wskazać wielu symulujących piłkarzy, niektórych prawdopodobnie znacznie lepszych w 'sztuce nurkowania' od Daniego. Problem polega jednak na tym, iż obecnie owa zła reputacja wyprzedza poczynania zawodnika. Sędziowie podejmują decyzje jeszcze zanim rozpocznie się mecz.
Wyobraźmy sobie przygotowującego się do meczu sędziego, siedzącego w komfortowym pokoju. Przedmeczowa rutyna - kartki, notatnik, gwizdek, etc. Patrzy na listy piłkarzy obu drużyn. "Widzę, że gra Dani Alves. Może i będzie śmieszny, może porwie wszystkich charyzmą, ale za nic na świecie mnie dziś nie oszuka!", zdaje się myśleć.
W porządku, być może to nie jest konkretna myśl arbitra przed meczem, ale coś w tym musi być. Miało to już miejsce. Pomyśl o Cristiano Ronaldo albo Didierze Drogbie. Obaj gracze byli tak mocno łączeni z 'nurkowaniem', że sędziowie przestali odgwizdywać nawet te prawdziwe przewinienia na nich popełniane. Albo przypadek Stevena Gerrarda, zawodnika wręcz słynnego z posiadania chwiejących się w polu karnym nóg; w ostatnim sezonie sędziowie nie odgwizdali kilku naprawdę oczywistych rzutów karnych tylko dlatego, że znany jest on ze swojej skłonności do wymuszania fauli.
Teraz my, fani Barçy, również znamy frustrację z powodu osądów sędziego jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Chodzi o niepodyktowaną 'jedenastkę' w meczu na San Siro. Jeśli byłby to gracz inny niż Dani Alves, czy usłyszelibyśmy w tamtym momencie gwizdek arbitra oznaczający 'wapno' dla Barcelony? Kto wie? Jedno wiadomo na pewno - sędziowie wiedzą, którzy piłkarze są skłonni do takich oszustw, zapamiętują ich, wiedzą również, którzy do takich nie należą. Niestety Dani jest w tej pierwszej grupie.
Prawdopodobnie gorsze od samych upadków jest zachowanie im towarzyszące. Turlanie się po boisku, uderzanie o murawę, udawanie poważnej kontuzji, któremu zwykle towarzyszy inny, najbardziej chyba znany gest z kiepskiego repertuaru takich aktorów - sugerowanie arbitrowi ukarania 'sprawcy' kartką. Wszystko to nie przysparza popularności wśród postronnych kibiców. Co gorsza, powoduje odwracanie się niektórych od klubu, w którym ów dramatyczny aktor występuje.
Ten sezon będzie zatem odbierany przez osoby neutralne, jako ukazujący bezradność Barcelony w ciężkich momentach, czekającej na pomocną decyzję sędziego, nie mogącą sobie bez niej poradzić. Naturalnie, to nie jest jeszcze etap 'Chelsea - Drogba - Ballack', ale ludzie zaczynają się zastanawiać, a dalej jest już tylko żal i wstyd.
Kombinacja zachowań Daniego, słynnego spojrzenia Busquetsa oraz rzekomej afery ze spryskiwaczami - jakkolwiek śmiesznie to brzmi, nie zostało dobrze przyjęte poza klubem - nie prowadzi klubu w godne miejsce. "Més que un club" brzmi nieco mniej godnie, niż brzmiało 12 miesięcy temu.
Żeby rozwiać te chmury wątpliwości i przywrócić uwagę ludzi tym, czym powinien przyciągać uwagę taki klub, musimy powstrzymać naszych głównych aktorów przed ich, do tej pory, ulubioną rozrywką. A któż inny zrobi to lepiej od Daniego Alvesa, jeśli nie on sam? Wystarczy, by utrzymywał się na swoich nogach nieco dłużej, by tyle nie gestykulował, by opanował złość po przewinieniach na nim popełnianych... Może to sprawić, że znów zyska sympatię i szacunek, natomiast na usta wszystkich kibiców powróci dyskusja o aspektach czysto piłkarskich - nie o kontrowersyjnych, frustrujących zachowaniach.
Wszyscy możemy się zgodzić, że Alves to piłkarz świetny, od samego początku bezcenny zawodnik drużyny Guardioli. Wszyscy wiemy, że prawdopodobnie nie ma lepszego bocznego obrońcy, jeśli chodzi o grę w ofensywie. Świetnie gra w destrukcji, jest niezwykle aktywny i widoczny w każdym sektorze boiska, co zwykle potwierdza statystyka pokonanych kilometrów.
Tak, mógłby poprawić dośrodkowania i nie poświęcać sił na wślizgi, które nie mogą przynieść powodzenia, ale i tak jest świetnie ukształtowanym, dobrze wyszkolonym technicznie piłkarzem, który daje drużynie więcej niż same umiejętności. Na boisku i poza nim jest osobowością, niezależnie od okoliczności bije od niego charyzma, jest liderem bez kapitańskiej opaski.
Od momentu dołączenia do drużyny, Alves powoduje wściekłość przeciwników, podczas gdy z każdym momentem zbliża się do swoich kibiców. Oto pierwszego dnia, kiedy przemówił po katalońsku, stało się jasne, że piłkarz znalazł swoje miejsce, Barcelona zaś go potrzebowała. Oto przyszedł zawodnik przypominający Luisa Enrique albo Hristo Stoiczkowa, pełen charyzmy i osobistego czaru, którego z przyjemnością ogląda się z piłką. Dał się również poznać jako ekstrawertyk, jego uzewnętrznienia zaś dotyczą przede wszystkim jego 'wrogów' z Madrytu.
Tacy piłkarze często zajmują specjalne miejsce w sercach fanów. Są więcej, niż zawodnikami. To osobistości, które jednoczą fanów, czuć to z trybun. Wybaczane im są potknięcia, słabsze występy, gdyż nadrabiają to innym razem dynamiką i pasją, która pozwala czuć, że sami jesteśmy na boisku i decydujemy o losach meczu. Wszystkie drużyny mają takich piłkarzy. Pomyślmy o Gutim, Drogbie czy Matterazzim. Ich pantomima sprawia, że są jeszcze bardziej uwielbiani przez swoich fanów.
Niektórzy określą Daniego mianem aroganckiego bądź niesfornego, inni powiedzą, że jest przeceniany, niezdyscyplinowany, ale chyba każda drużyna chciałaby mieć w swoich szeregach tego zawodnika.
Barcelona była odbierana w poprzednich sezonach za sympatyczny, miły, ale ignorujący jednostki kolektyw. A być może właśnie to było obecnie kluczem do sukcesu. Zwykle bowiem to pozytywna cecha, ale w sezonie, w którym Barcelona była pod niezwykłą presją rywala przez cały czas, to bezcenne mieć kogoś, kto wychyli się i krzyknie 'nie lubicie nas, a my się tym nie przejmujemy'.
To coś, co przychodzi Daniemu z łatwością. Jego dzikie spojrzenie i szeroki uśmiech obrazują jego nieco złośliwy charakter, zanim powie pierwsze słowo... Ale dla nas, byśmy z powrotem mogli stanąć za nim murem i znów pokochali nawet jego drobne złośliwości i kapryśne usposobienie, musi się poprawić w swoim zachowaniu na murawie. Nie musi grać perfekcyjnie, po prostu nieco lepiej od innych. Tylko wtedy naprawdę możemy go bronić. Tylko wtedy jego osobowość ukaże swój blask. Barcelona wie, że reputacja, która wyprzedza twoje czyny jest raczej szkodliwą rzeczą...
Miejmy zatem nadzieję, że w nadchodzącym sezonie Dani będzie nieco częściej i dłużej utrzymywać swoje nerwy na wodzy.
[źródło: totalbarca.com]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (46)