W ciszy stadionu. Pep vs Fergie 1:0

Karol Chowański 'Challenger'

19 czerwca 2009, 00:23

23 komentarze

Parę słów o taktyce rzymskiego finału. Tym, co nie zawsze widoczne gołym okiem ni oczywiste podczas nabuzowanego emocjami oglądania w czasie rzeczywistym. Warto przyjrzeć się strategicznej stronie akurat tego meczu. Ciekawszej niż niejedna książka.

Barça Guardioli miała nie być zdolna do triumfów nad drużynami z Wysp. Dwumecz z Chelsea Londyn niesłusznie sprowadzono do kategorii szczęścia, ale faktem jest, że Barça była przez większość rewanżu za burtą finału. Dlatego właśnie w Rzymie Guardiola ustawił drużynę zupełnie inaczej niż z Chelsea. I finał nie pozostawił żadnych wątpliwości, która drużyna zasłużyła na zwycięstwo.

Pamięć o potyczce z Hiddinkiem jest bardzo istotna - bo pokazuje, że Josep Guardiola potrafi uczyć się na swoich (taktycznych) błędach. Popełnił ich przecież kilka w rewanżu z Chelsea... Ferguson miał być jeszcze trudniejszym przeciwnikiem. A czy dla tak młodego trenera można wyobrazić sobie większe wyzwanie niż stawienie czoła światowej ikonie sztuki trenerskiej w najbardziej wymagającym (najważniejszym?) meczu swego debiutanckiego sezonu? Przecież każdy miłośnik futbolu wie, że sir Alex Ferguson to symbol Old Trafford, który zdobył z tym klubem dziesiątki trofeów (na razie zatrzymał się na 33), znakomity strateg, wychowawca pokoleń znamienitych piłkarzy i wielka osobowość całej europejskiej piłki. Toteż ciężko wyobrazić sobie, jak wielkie ciśnienie musiało Guardioli towarzyszyć przed meczem na myśl o potyczce właśnie z Fergiem.

Spójrzmy na to okiem kibica obiektywnego, który nie śledził procesu dojrzewania i ewolucji Pepa jako trenera przez cały sezon; kibica, którego drużyna odpadła gdzieś w grupie albo w ćwierćfinale i finał ogląda nie wiedząc jeszcze, komu będzie kibicował... Po jednej stronie trener-legenda, po drugiej: pierwszoroczniak w przedpokoju trenerskiej kariery nawet nie wielkiej, ale jakiejkolwiek. By dopełnić tej różnicy pokoleń warto przypomnieć, że wygrywając z Realem 2:1 Ferguson zdobył swój pierwszy europejski puchar (PZP z klubem-kopciuszkiem ze szkockiego Aberdeen) już 11.05.1983. Było to na rok przed tym, jak 28.06.1984 do La Masía miał przybyć 13-letni Josep Guardiola...

Nie miałem obaw przed Santiago Bernabéu, nie miałem przed finałem Pucharu Króla. Nie miałem przed Manchesterem jako drużyną, nurkiem C-Ronem, skałą (która przy każdej możliwej okazji uwielbia wbijać każdemu z przeciwników łokieć pod żebra - co klub, to obyczaj) Ferdinandem czy lepszym niż Reina van der Sarem. Miałem przed Fergusonem. Tym konkretnym trenerem. Bo tyle razy widziałem go triumfującego, tyle razy świadkowałem, jak jego drużyna zdobywa się na niesamowitą woltę, zmieniając losy przegranego spotkania na swoją korzyść dzięki zawziętości, szczęściu albo jego błyskotliwym decyzjom personalnym (choćby Macheda w odpowiedniej chwili, żeby daleko nie szukać) wyprzedzającym wydarzenia na boisku. To gorzkie, bo poparte wieloma popsutymi przez Fergiego wieczorami z Arsenalem - ale stwierdzam to z pełnym przekonaniem: finał z 1999 roku mogli w takich okolicznościach wygrać tylko United Fergusona... Zaszczepioną przez niego niesamowitą wiarą we własne umiejętności, ambicją i determinacją, przezwyciężając zmęczenie i gryząc trawę nawet po 90. minucie. Tak, bramki Sheringhama i Solskjæra padły cudem, fartem i zbiegiem okoliczności na raz. Ale wystarczyłoby, żeby ta drużyna choć przez chwilę zwątpiła, nawet na 5 minut przed końcem - i żadna z tych bramek by nie padła, a Mario Basler cieszyłby się chwałą zdobywcy jedynego gola w tym spotkaniu. Fakt, że drużyna nie zwątpiła w takich okolicznościach - to już zasługa trenera. Gordon Strachan, prócz bycia ostatnio adwokatem Artura Boruca w Celticu Glasgow, w latach 1984-1989 był też zawodnikiem Manchesteru i powiedział kiedyś o charakterze SAF-a, że "jeśli grasz dla Fergusona, musisz mieć prócz umiejętności niezwykle silny charakter. W innym wypadku, on cię zniszczy". Nic do dodania.

Dlatego te obawy przed Rzymem były. A największą z nich było to, że stary szczwany lis Ferguson ustawi swoją drużynę "na Chelsea". Uważam, że tak ustawiony Manchester z pewnością byłby od podopiecznych Guusa Hiddinka jeszcze groźniejszy - bo przy porównywalnej sile defensywy, ManU ma w pierwszej jedenastce więcej indywidualnych umiejętności ofensywnych. Bo umówmy się: takie strzały nie wchodzą Essienowi codziennie; w obecnej formie Ballackowi lepiej wychodzi polowanie na sędziego niż na bramki i asysty; Maloudzie pomyślniej wiedzie się u fryzjera niż w polu karnym; seryjnie zmarnowane w tym dwumeczu sytuacje przez Drogbę będą mu wypominać fani The Blues do końca kariery... Defensywnie, grając na zamęczenie i kontrując atakującą w swoim stylu Blaugranę - spodziewałem się, że tak zagra Manchester United 27 maja. Choćby zeszłoroczny dwumecz, bardzo brzydki z taktycznego punktu widzenia, ocierający się ze strony Manchesteru prawie o catenaccio, wydaje się dobrym dowodem na to, że przy takiej taktyce w Rzymie Manchester mógłBY ugrać więcej, a na pewno byłBY dla Barçy przeciwnikiem bardziej niewygodnym. Nawet z CR7 na pozycji wysuniętego napastnika, który umiejętnościami (przetrzymanie i gra piłką, strzał z woleja, strzał z daleka, zastawienie się, gra głową), szybkością i przyspieszeniem walczyłby o sytuacje bramkowe, a aktorstwem i "nurkami" o stałe fragmenty gry.

Tymczasem, o ironio historii, Ferguson pozwolił sobie na grzech pychy, wykazał się zbytnią ambicją skarcenia Barçy i popełnił błąd u podstaw. Zachłysnął się spodziewaną niezwyciężonością swego zespołu, tak mocno wierząc w całą drużynę i każdy z jej elementów jako najlepszą formację klubową świata (we własnym mniemaniu), że kazał im grać otwartą piłkę. Z Barçą w takiej formie! Barçą pokonującą Real 6:2. Barçą z Fantastyczną Trójką, Xavim, Iniestą i perfekcyjnym back-upem w postaci Touré. Barçą goniącą tryplet - zdeterminowaną szczególnie, by mając tę wyjątkową okazję dokonać czegoś tak wzniosłego przed Realem. Barçą, w której do ostatniego gwizdka rozstrzygniętego dawno meczu do kontry biegają środkowi obrońcy. Barçą mającą pierwszy raz w historii tyle szczęścia, co w rewanżu z CFC. Barçą, w której ponad pół jedenastki może każdej drużynie świata w pół chwili zrobić z obrony jesień średniowiecza, a z bramki sito. TYLKO i wyłącznie wtedy, gdy dysponuje przestrzenią pół metra na pół metra. A Manchester tą przestrzenią na boisku podzielił się bardzo hojnie! Xaviemu pozwalając się rozpędzić, a Eto'o pozwalając przyjąć i bonusowo zostawić Vidicia wkręconym w boisko jak żaróweczka... Fergie się przeliczył i w kontekście tego, jaką na boisku zobaczył Barçę, po bramce na 0:1 nie wiedział nawet co zrobić, żeby to spotkanie "odkręcić".

Nastąpi zaraz teza nonkonformistyczna i odważna, wiem. Ale postaram się ją obronić... Ani w polskich ani w zagranicznych mediach nie spotkałem się z opiniami w komentarzach pomeczowych, prasie, blogach itp., że Manchester tak naprawdę przegrał ten mecz przed pierwszym gwizdkiem. Przez butę własnego trenera, który ufając swej intuicji i nieomylności (posłuchajcie czasem Fergiego na konferencjach prasowych - przez niewielu trenerów przemawia tak monumentalna pewność siebie, ocierająca się niekiedy o zadufanie w formie czystej; to zresztą, że werbalnie Ferguson nigdy nie dał się zjeść José Mourinho, też o czymś świadczy) nie docenił młodego trenera Barçy. A ten nakazał swojej jedenastce demonów ofensywy grać... z kontry. "Barça grająca z kontry" - to nawet nie brzmi w ogóle! A Pep uczynił to rzeczywistością. I to jak zwycięską... Swą strategią Guardiola bardzo malowniczo przechytrzył Sir Alexa.

I spójrzmy na ten mecz w tym kontekście, bo wtedy wynik rzymskiej potyczki jawi się jeszcze bardziej fenomenalnym i niesamowitym. Taki właśnie był... Przed meczem bukmacherzy i "fachowcy" zapowiadali triumf United i zmiażdżenie Katalończyków defensywą, tymczasem w miarę rozwoju wydarzeń na boisku okazało się, że zaskakującą dojrzałość taktyczną wykazują piłkarze... Barcelony. Genialną i absolutnie zaskakującą Fergusona okazała się taktyka Pepa, który ustawił drużynę w przyczajeniu od pierwszego gwizdka, zostawił przestrzeń, by Manchester się wyszumiał i nakazał spokojnie czyhać na okazje do kontrataku. "Doczytał" się. Na Stadio Olimpico, w finale Ligi Mistrzów, temu młodszemu o 34 lata trenerskiej kariery, 40 tytułów i 1 mundial katalońskiemu trenerowi udało się legendarnego Szkota wyprowadzić w pole. Unieszkodliwić stylem gry swojej drużyny... Nikogo innego jak Fergusona! Symptomatyczne jest to, iż wprowadzone przez trenera Manchesteru zmiany nie zmieniły obrazu gry angielskiego klubu prawie wcale. Przecież taki Berbatow był wręcz osłabieniem; nawet na tle zmienianego Park Ji-Sunga, których (Parka i jego refleks) przerósł nawet strzał z dwóch metrów przy padającym bramkarzu. Ale po kolei.

Ustawienie. Myślałem, że jeśli Pep ma czymś zaskoczyć SAF-a, to formacją. Bardzo kuszące byłoby wypróbowanie ustawienia 4-4-2 z Eto'o i Henrym obok, z pomocą na 1-3 lub ustawioną w diament (DM z tyłu, Xavi z przodu, Iniesta i Messi na względnie zbliżonych do środka skrzydłach) - ale jak wtedy ułożyłby się ten mecz? Tego się nie dowiem nigdy. Nie szkodzi. Duma Katalonii miała wyjść i wyszła ustawieniem dla siebie typowym, tradycyjnym. To mogło tym bardziej uśpić intuicję Fergusona. Utwierdzić go w tym, że Barça nic nie wyduma i zagra jak zwykle, a jego strategia pozwoli na spokojną wygraną, podczas gdy jakakolwiek zmiana formacji od pierwszych minut wzmogłaby czujność Szkota, może zachęcając go do szybszej reakcji... ? W każdym razie, wobec ustawienia typowego dla jedenastki Pepa, które uznałem za przesądzone na kilka dni przed meczem, silnie nie ufałem wystawianiu Busquetsa - wobec jego formy w drugiej części sezonu nie miałem w niego tyle wiary co Pep.

Tymczasem po rozstrzygnięciu losów ligi Mister czynił wyraźne kroki awizujące młodego pomocnika do składu na Rzym. Była to jedna z pewniejszych kandydatur - a mi przed pierwszym gwizdkiem wydawało się, że lepiej spisałby się Seydou, dający sobą więcej opcji w ofensywie niż Busquets i sprawiający wrażenie pewniejszego w bezpośrednich interwencjach defensywnych (wślizgi, ustawienie wobec atakującego przeciwnika, ocena sytuacji). Jednak w trakcie meczu Sergi przypomniał mi, że w takim meczu to jednak jego walory są ważniejsze: wzrost, waleczność, nieustępliwość, nawet zadziorność (gdy Cristiano sfaulował po raz któryś z rzędu Puyola, pierwszy był przy nim Sergi, potem dopiero doszedł Xavi mówiący parę "ciepłych" słów pod adresem Portugalczyka). Sergi spisał się w tym meczu znakomicie, nie ma co do tego wątpliwości i mówiąc o pasowaniu na rycerza, nie ma w tym żadnej przesady.

Zresztą bardzo możliwe, że Keita występu od pierwszych minut pozbawił się sam - mam jednak za to do niego ogromny szacunek. Powiedzieć wprost, że w finale Ligi Mistrzów powinien wystąpić nominalny lewy obrońca o koledze z drużyny, do tego potencjalnie kosztem własnego występu, jest wspaniałym dowodem na to, że czasy gwiazdorstwa i orientacji na własny interes są już w Barçy przeszłością. Mając na względzie interes drużyny i kolegi, malijski pomocnik nie wahał się poświęcić interesu własnego. To bardzo znamienne, niewiele podobnych przypadków takiego kalibru (przecież to finał Ligi Mistrzów) pamiętam z innych drużyn, by nie rzec, że żadnego... Ale Keita nie oszalał, to po prostu świadczy o bardzo głębokim zjawisku charakteryzującym tę drużynę i oddaje ogrom pracy nad psychiką zawodników, jaką wykonał Pep. Tak, ta drużyna jest wielka, bo grają w niej nie tylko wspaniali piłkarze osiągający niesamowite wyniki, ale przede wszystkim dlatego, że panuje w niej zwyczaj stawiania drużyny ponad wszystko. To kreuje niesamowitą lojalność i szacunek zawodników wzajem siebie. Można tego nie dostrzegać na boisku - ale takie sytuacje świadczą o tym, że Pep musi być bardzo dobrym psychologiem tej drużyny.

Zagrał zatem Sylvinho. I to wspaniałe, że Brazylijczyk jednak wystąpił, widzieliśmy wszyscy po meczu, jak wiele znaczył dla niego ten występ... Jestem pewien, że niejednemu culé zakręciła się w oku łezka na widok wzruszonego brazylijskiego obrońcy, bo piłka nożna jest piękna dlatego, że jej historię tworzą też tacy piłkarze jak Sylvio. Obrońca kosztujący w 2004 roku 2 mln euro, mający swoje lata zaakcentowane dyskretną siwizną, nie będący wirtuozem swej pozycji, ale gotowy w każdej chwili z poświęceniem walczyć dla swego klubu i oddaniem tym dawać ludziom bardzo wiele radości. Mógłbyś być Michaelem Jordanem czy Tigerem Woodsem? Messim, Kaką, Ribérym? Nie. Ale na pewno co najmniej kilku z nas mogłoby być Sylvinhami! Właśnie za to kochamy futbol...

O ratującym nam finał niezastąpionym Inieście wspominałem w poprzednim moim tekście, podobnie jak o tym, że kluczem był Henry. Innych wątpliwości wobec wyjściowej jedenastki nie było.

W Rzymie skończyło się na 2:0, choć po bramce Messiego FC Barcelona całym składem skoncentrowała się na utrzymaniu tego wyniku i nie wykazała żadnego zainteresowania jego podwyższeniem, nawet mimo dostrzegalnego spadku morale u przeciwników. Jak najbardziej słusznie. 2:0 to bezpieczny wynik, nawet w 89. minucie. 2:1 z Manchesterem United nie jest bezpieczne ani trochę. Szkoda tylko, że na koniec nie wszedł Bojan, dla młodego Barçy znaczyć wiele mogły nawet 3 minuty na boisku i zdziwiłem się, że nie wszedł np. chwilę po wprowadzeniu Pedro. Wynik i tak był już rozstrzygnięty, Bojan nie miałby nawet czasu na zmianę czegokolwiek w meczu in minus. Ale i tak tej nocy absolutnie nie miałem prawa na nic narzekać.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (23)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze