Za kulisami: DJ Piqué

Gołąbka

17 marca 2009, 20:35

50 komentarzy
Była 2 nad ranem, a samolot transportujący drużynę Barcelony znajdował się kilka tysięcy stóp nad ziemią. Zawodnicy, członkowie zarządu, kibice i dziennikarze drzemali po długim dniu. Nagle z głośników w samolocie wydobyła się muzyka i słowa "viva la revolución". Były to, ni mniej ni więcej, tylko dźwięki "
Vals del obrero", popularnej piosenki zespołu SKA-P, który sławę zdobył na początku lat 90.

Początkowo niektórzy nie wiedzieli, skąd pochodzi muzyka, ale sprawa szybko się wyjaśniła. Sprawcą zdarzenia był oczywiście Gerard Piqué, który siedział w tylnej części samolotu i z pomocą jednej ze stewardess bawił się w didżeja. Na pokładzie rozległy się oklaski dla obrońcy, który później uraczył podróżnych wersją "Bacalao" pochodzącą z dyskoteki "Pont Aeri". Była to gwałtowna i ważna zmiana muzyki przed lądowaniem na El Prat. Śmiejącym się kolegom Gerarda towarzyszył wyraz niedowierzania na twarzach starszych podróżnych, którzy nie rozpoznali jeszcze muzyki włączonej przez 22-letniego piłkarza. To, co zrobił Piqué, świadczy o dobrej atmosferze w zespole.

Wygrana z Almerią (0:2) sprawiła, że w czasie powrotu do Barcelony piłkarze byli rozluźnieni. Do Katalonii wrócili zadowoleni i z uśmiechem na twarzach. Cel został osiągnięty.

Na lotnisku w Almerii zawodnicy musieli unikać zgromadzonych fanów. Poza tym, trzeba było czekać na wejście na pokład samolotu. Piłkarze byli podzieleni na grupy, większość udawała "rozmowy - telefoniczne - z - nie - wiadomo - kim". Jak zwykle Piqué zajął się rozdawaniem słodyczy (były to jajka z niespodzianką Kinder). Tym razem nie udało mu się znaleźć Ferrero - Rocher, do którego wszyscy podróżni byli przyzwyczajeni. Obrońca, który miał problem z automatem, musiał prosić o pomoc pracowników lotniska. Pinto czytał w odosobnieniu gazetę, Messi usiadł obok swojego przyjaciela Sylvinho, a Alves wyjaśniał, że mecz był wymagający pod względem fizycznym. Argentyńczyk podwinął spodnie i dla wygody zdjął skarpetki. Bohater wczorajszego meczu, Bojan, rozdawał autografy pracownikom lotniska.

Z powodu kontroli antydopingowej Valdés i Xavi przybyli jako ostatni. Kiedy wydawało się, że wszystko jest już gotowe do startu, nadeszło najgorsze. Trzeba było czekać 45 minut na specjalny dokument, bez którego samolot nie może wystartować. W końcu, po pierwszej nad ranem, drużyna wyruszyła do Barcelony. Na El Prat przybyła o godzinie 2.15.

[źródło: Sport]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (50)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze