Barcelona a prawo serii
Od dawien dawna Barcelona nie zaserwowała nam dreszczowca takiego, jak ten rozegrany w Sevilli na Estadio Manuel Ruiz De Lopera z cyklu 23. kolejki La Liga. Choć dreszczowiec to może zbyt mocne słowo, bo historia piłki nożnej zna przypadki mrożące krew w żyłach i mocniej, i szybciej. Klasyfikując spotkanie z Betisem do kategorii sponiewieracza targającego emocjami skrajnymi, kierowałem się faktem, że Blaugrana zwykle takimi rozrywkami nas nie karmi. Większość piłkarskich dramatów z udziałem Barçy spoczywa głęboko w ligowych kronikach, a teraźniejsze stronice z tygodnia na tydzień zapisują się fabułą lekką, łatwą i przyjemną.
Dlatego sobotni mecz zaskoczył. W opinii wielu in minus jeśli chodzi o grę podopiecznych Guardioli. Błędy w kryciu indywidualnym i strefowym sprawiły, że musieli oni gonić wynik. I dogonili. Nie będę szukał kozła ofiarnego, który wepchnął lidera pod gilotynę, gdyż w całej tej sytuacji dostrzegam pozytyw przyprawiający Barcelonę o kolejny zdumiewający atut. Przyzwyczajona do połykania przeciwników w całości, trafiła w końcu na drapieżcę o apetycie równie ostrym, który zadał poważne rany. Xavi i spółka pozbierali się jednak szybko i zaczęli grać zgodnie z własną filozofią, wierząc że w ten sposób odwrócą losy spotkania. Barça nie przywykła do odrabiania dwubramkowych strat. Prawie nigdy nie musi tego robić. Ale przyparta do muru, potrafi tego dokonać.
Remis w meczu z Betisem nie był szczytem marzeń. Można go nawet uznać porażką, zważywszy że zdeterminowany Real nie raczył się potknąć na Sportingu Gijon i odrobił 2 punkty. Z drugiej jednak strony to kompromisowe rozstrzygnięcie, osiągnięte po bardzo niekorzystnym początku, pokazało jak trudno jest wyszarpać Barcelonie pełną pulę.
Barça wydaje się produktem z innej planety, którego nie dotyczą prawa obowiązujące na Ziemi. Pisałem na początku roku, że powodem klęski Barcelony może być paradoks statystyczny. Nie może. Bo z wszelkich statystyk Blaugrana sobie kpi, a powszechnie obowiązującą zasadę, że każda seria musi się skończyć, ma głęboko w poważaniu. Tydzień przed potyczką z Betisem, mierzyła się ze Sportingiem Gijon. Liczby mogły wskazywać na remis, bowiem Sporting w tym sezonie nie zanotował jeszcze takiego rezultatu, a Barcelona miała serię dziewięciu zwycięstw z rzędu. Tymczasem remis przez większość czasu trwania meczu okazywał się wynikiem mało prawdopodobnym.
Nie wszystkich ten argument przekona, bo drużyna z Gijon to przypadek szczególny, czego dowodzi choćby przegrany 0:4 mecz z Realem Madryt "nieremisowalnym" wówczas od 13 spotkań. W takim razie przytoczę kolejny przykład broniący tezy, że serie dotyczące Bordowo-granatowych są wyjątkowe. To passa niepokonanych.
Goryczy ligowej porażki ekipa Guardioli nie zaznała od 22 spotkań. Obecnie na świecie tłustszą liczbą mogą się pochwalić jedynie dwa kluby z Tallina - Flora (31) i Levadia (27) oraz libijski Al Ittihad Tripoli (26). Wyniki powyższych ekip dyskredytuje jednak niski poziom lig, co ułatwia śrubowanie serii. Barcelona musi zmagać się z rywalami o kilka klas mocniejszymi niż Narva Trans czy Al-Nasser. Godny uznania jest również kolejny na liście niepokonanych AZ Alkmaar (21 spotkań), ale także i holenderska Eredivisie jest słabsza niż hiszpańska La Liga. Niezłą serią legitymują się również Liverpool i Manchester United (14), ale żeby dobić do barcelońskiej passy muszą być w świetnej formie jeszcze przez około 2 miesiące, przy założeniu, że Barçę pobije Espanyol.
Tyle że zakładanie porażki Barcelony na Camp Nou z rywalem zza miedzy pozbawione jest argumentów. I nie chodzi tylko o te liczbowe osobliwości. Pep Guardiola jest trenerem na tyle bystrym, a jego piłkarze na tyle ambitni, że błędów z meczu z Betisem nie powielą. Gdy już zdarzają im się chwile słabości, są one unicestwiane w zalążku, nim zaczną się rozprzestrzeniać na szerszą skalę. Dowodem bywa zwykle mecz następny. I to jest jedyna seria Barçy, która nie postępuje.
Dlatego sobotni mecz zaskoczył. W opinii wielu in minus jeśli chodzi o grę podopiecznych Guardioli. Błędy w kryciu indywidualnym i strefowym sprawiły, że musieli oni gonić wynik. I dogonili. Nie będę szukał kozła ofiarnego, który wepchnął lidera pod gilotynę, gdyż w całej tej sytuacji dostrzegam pozytyw przyprawiający Barcelonę o kolejny zdumiewający atut. Przyzwyczajona do połykania przeciwników w całości, trafiła w końcu na drapieżcę o apetycie równie ostrym, który zadał poważne rany. Xavi i spółka pozbierali się jednak szybko i zaczęli grać zgodnie z własną filozofią, wierząc że w ten sposób odwrócą losy spotkania. Barça nie przywykła do odrabiania dwubramkowych strat. Prawie nigdy nie musi tego robić. Ale przyparta do muru, potrafi tego dokonać.
Remis w meczu z Betisem nie był szczytem marzeń. Można go nawet uznać porażką, zważywszy że zdeterminowany Real nie raczył się potknąć na Sportingu Gijon i odrobił 2 punkty. Z drugiej jednak strony to kompromisowe rozstrzygnięcie, osiągnięte po bardzo niekorzystnym początku, pokazało jak trudno jest wyszarpać Barcelonie pełną pulę.
Barça wydaje się produktem z innej planety, którego nie dotyczą prawa obowiązujące na Ziemi. Pisałem na początku roku, że powodem klęski Barcelony może być paradoks statystyczny. Nie może. Bo z wszelkich statystyk Blaugrana sobie kpi, a powszechnie obowiązującą zasadę, że każda seria musi się skończyć, ma głęboko w poważaniu. Tydzień przed potyczką z Betisem, mierzyła się ze Sportingiem Gijon. Liczby mogły wskazywać na remis, bowiem Sporting w tym sezonie nie zanotował jeszcze takiego rezultatu, a Barcelona miała serię dziewięciu zwycięstw z rzędu. Tymczasem remis przez większość czasu trwania meczu okazywał się wynikiem mało prawdopodobnym.
Nie wszystkich ten argument przekona, bo drużyna z Gijon to przypadek szczególny, czego dowodzi choćby przegrany 0:4 mecz z Realem Madryt "nieremisowalnym" wówczas od 13 spotkań. W takim razie przytoczę kolejny przykład broniący tezy, że serie dotyczące Bordowo-granatowych są wyjątkowe. To passa niepokonanych.
Goryczy ligowej porażki ekipa Guardioli nie zaznała od 22 spotkań. Obecnie na świecie tłustszą liczbą mogą się pochwalić jedynie dwa kluby z Tallina - Flora (31) i Levadia (27) oraz libijski Al Ittihad Tripoli (26). Wyniki powyższych ekip dyskredytuje jednak niski poziom lig, co ułatwia śrubowanie serii. Barcelona musi zmagać się z rywalami o kilka klas mocniejszymi niż Narva Trans czy Al-Nasser. Godny uznania jest również kolejny na liście niepokonanych AZ Alkmaar (21 spotkań), ale także i holenderska Eredivisie jest słabsza niż hiszpańska La Liga. Niezłą serią legitymują się również Liverpool i Manchester United (14), ale żeby dobić do barcelońskiej passy muszą być w świetnej formie jeszcze przez około 2 miesiące, przy założeniu, że Barçę pobije Espanyol.
Tyle że zakładanie porażki Barcelony na Camp Nou z rywalem zza miedzy pozbawione jest argumentów. I nie chodzi tylko o te liczbowe osobliwości. Pep Guardiola jest trenerem na tyle bystrym, a jego piłkarze na tyle ambitni, że błędów z meczu z Betisem nie powielą. Gdy już zdarzają im się chwile słabości, są one unicestwiane w zalążku, nim zaczną się rozprzestrzeniać na szerszą skalę. Dowodem bywa zwykle mecz następny. I to jest jedyna seria Barçy, która nie postępuje.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (10)