Derby dla Espanyolu... Eto'o wróć!

IceMan

14 stycznia 2007, 00:00

1 komentarz
Powiem wprost. Nie chcem, ale muszem. Już od początku dnia bolała mnie głowa, i była to chyba zapowiedź tego, co zobaczę dziś w odbiorniku. Po fatalnym (nie ma, co owijać w bawełnę) meczu, FC Barcelona przegrała w derbach Katalonii 1:3 i była ta pierwsza porażka Blaugrany na Estadio Montujic za czasów Franka Rijkaarda. Zresztą porażka jak najbardziej zasłużona. Niestety nie dość, że przegraliśmy to straciliśmy jednego z kluczowych zawodników, Andresa Iniestę. Po prostu - rzeźnicy zza miedzy okazali się dziś lepsi i to oni zainkasowali komplet punktów. A Barça poniosła drugą porażkę w sezonie...

Początek meczu zwiastował ciekawe widowisko na stadionie Olimpijskim. Oba zespoły od razu ruszyły ostro do ataku atakując bramkę rywala. Jednak na pierwszą bardzo groźną sytuację musieliśmy czekać do 11 minuty. Szarżujący Guddy został powalony na glebę, arbiter odgwizdał faul około 20 metrów od bramki Kameniego. Jak zawsze w takich sytuacjach do piłki podszedł Ronaldinho, który fantastycznie uderzył na biały prostokąt i... trafił w poprzeczkę! Geniusz rodem z Brazylii dał znać o sobie po raz pierwszy w dzisiejszym meczu (szkoda tylko, że kolegom z zespołu się to nie udawało) i nie ostatni. Kilka chwil po strzale w poprzeczkę, El Magico zachwycił efektownymi zagraniami do swoich partnerów, po których na Montujic było słychać okrzyki zachwytu. Po 20 minutach gry komentator zachwycał się grą Ronniego, ale o reszcie zespołu ani widu ani słychu.

Do roboty za to wzięli się gospodarze i na efekty nie trzeba było długo czekać. Po składnej akcji w 31 minucie spotkania Victora Valdésa pokonał Luis García, który wykończył ładną akcję Tamudo. Ja bym jednak nie zaliczył asysty graczowi ‘Los Pericos', bardziej na gola złożyli się Puyol do spółki z Edmílsonem, ale mniejsza z tym. Po stracie gola Barça chciała rzucić się do ataku, a my, fani zespołu dowodzonego przez Franka Rijkaard liczyliśmy, że strata gola wypadek przy pracy i z nadziejami śledziliśmy dalsze losy spotkania. Niestety już nie po raz pierwszy przekonaliśmy się, że nadzieja matką głupich jest, bo zamiast atakującej Blaugrany widzieliśmy latającego Tamudo, który robił, co chciał na połowie Mistrza Hiszpanii. Zamroczona Barcelona obudziła się dopiero w 46 minucie (uwierzcie na słowo, ja nigdy nie kłamię). Dośrodkowanie z prawej strony Ludovica Giuly'ego trafiło do Eidura Gudjohnsen (to oni w ogóle grali?), Islandczyk uderzył głową na bramkę, ale świetną interwencją popisał się Idris Kameni. Minutę później Kameruńczyk błysnął po raz kolejny broniąc strzał z wolnego Gaúcho. Tym jakże niemiłym incydentem zakończyła się pierwsza, bardzo słaba (potem będzie jeszcze gorzej, więc się nie załamujcie) połowa. Może trudno w to uwierzyć, ale... Xavi i spółka ‘aż' trzykrotnie zdołali zagrozić bramce rywala.

Każdy, kto myślał, że w drugiej połowie będzie lepiej musiał się przejechać jak dziś czołowy skoczek świata, Robert Mateja, który marzył, że wejdzie do czołowej ‘30' w konkursie lotów w Vikersund. Z początkiem drugiej części gry na boisku hasał już Javier Saviola, który zmienił bezproduktywnego Ludovica Giuly'ego. Mgły dziś nad stadionem nie było, więc nie musieliśmy się martwić, iż Pibito znów gdzieś zniknie jak to miało miejsce w meczu z Getafe. Jednak już po kilku minutach byłem zmuszony bić brawo ‘El Conejo', który po podaniu Guddy'ego (serio) popisał się niezłą indywidualną akcją i wyrównał stan meczu. No proszę, nasi ulubieńcy miło nas zaskoczyli. Gdy spodziewałem się, że Barça ruszy za ciosem by zdobywać kolejne gole, zawiodłem się po raz kolejny. Najlepszy trener Świata Frank Rijkaard, przyjechał na Estadio Olimpio bronić wyniku. Zmienił Eidura Gudjohnsena i wstawił w zamian, ‘króla strzelców' poprzedniego sezonu, Thiago Mottę. Początkowo nie wiedziałem czy ‘Mister' wczoraj imprezował i czy ze zmiany mam się śmiać czy płakać. Czas pokazał, że trzeba było wybrać bramkę numer 2, co udowodnił Tamudo. Napastnik Espanyolu wykorzystał tragiczny, koszmarny, fatalny, żałosny etc. błąd defensywy i wpakował piłkę do siatki.

Chwilę później kamera skierowana była już na Rijkaarda, który wraz z Tomaszem Adamkiem najwyraźniej przygotowuje się do najbliższej walki o kolejny tytuł Mistrza Świata Rozwścieczony szkoleniowiec Katalończyków mocnym uderzeniem uszkodził boks, w którym przebywali zawodnicy i sztab szkoleniowy. Patrząc na zaskoczone miny niektórych zawodników można było pomyśleć, że Ufo wylądowało na murawie. Niestety to ‘Mister' wyładował swoja agresję na szybie, która z wielu powodów nie mogła się obronić. Cios, który poczuła szyba przeszedł chyba także na piłkarzy Blaugrany, którzy nie wiedzieli co się dzieje. Stracili gola, ale z każdą minuta grali coraz gorzej.

W 76 minucie widziałem już trzecią bramkę dla gospodarzy, ale ułamki sekund później zdałem sobie sprawę, iż na następcę Nostradamusa się nie nadaję gdyż piłka po kontrze Espanyolu trafiła w poprzeczkę i nadal mieliśmy 2:1. Chwilę później swoją szansę (o dziwo) miała Barça, a właściwie co nie powinno nikogo dziwić miał ją Ronaldinho. Niestety szczęście Brazylijczykowi nie sprzyjało, i tym razem nie zdołał trafić do siatki. Goście grali (znaczy starali się), a gospodarze postanowili urządzić sobie niezłą rzeźnię. W 86 minucie liczba żółtych kartoników jaką ujrzeli gracze Espanyolu doszła do 8, sędzia więcej już nie pokazał, ale pewnie dlatego, że nie miał w swym notesie więcej miejsca, a szkoda ręki brudzić. Jakby było mało żenującej gry, kontuzji doznał Andres Iniesta, chyba nie trudno zgadnąć, iż nie przewrócił się o nierówną murawę. W 90 minucie kolejną wspaniałą okazję do zdobycia gola mieli ‘Los Pericos', a konkretniej Walter Pandiani, ale jeszcze lepszą paradą popisał się Victor Valdés (szkoda, że dziś tak mało było samurajów z jego formą i determinacją). Jednak, co się odwlecze to nie uciecze, 60 sekund później było już 3:1, a bezradnego portero Barçy pokonał Rufete. W ostatniej minucie doliczonego czasu gry Thiago Motta uderzeniem z bańki (przypadkowo) znokautował Idrisa Kameniego. No coż, przynajmniej w czymś byliśmy lepsi. W 95 minucie sędzia zakończył wspaniałe i pasjonujące derby Katalonii, które zapewne przejdą do historii...

Jak w skrócie podsumować dzisiejszy mecz? Żenua. Aż się boję pomyśleć co by było gdyby nie Victor Valdés... Dobrze, że nie wszyscy mieli (nie) przyjemność oglądania go. Oby to było tylko jednorazowa wpadka bo takich meczów nie chcemy ‘podziwiać'. Visca El Barça!

PS. Sorry za spora dawkę ironii, ale nie mogłem się powstrzymać. Wybaczcie!

I jeszcze jedna prośba. Nie wymieniajcie od razu pół składu i trenera.

RCD Espanyol Barcelona - FC Barcelona 3-1
1-0 Luis García 30'
1-1 Saviola 60'
2-1 Tamudo 65'
3-1 Rufete 90'+1'

Składy:

Espanyol: Kameni, Velasco (61' Sergio Sánchez), Torrejón, Jarque, Chica, Moisés, De la Peña (79' Jonatas), Rufete, Riera, Luis García, Tamudo (69' Pandiani)

Barcelona: Valdés, Belletti, Puyol, Márquez, Gio, Edmílson, Xavi, Iniesta (85' Oleguer), Giuly (46' Saviola), Ronaldinho, Gudjohnsen (63' Motta)

Żółte kartki: Rufete (33'), Velasco (45'+2'), Tamudo (58'), Luis García (73'), Moisés (75'), Pandiani (83'), Riera (84'), Sergio Sánchez (86') - Márquez (44'), Puyol (62')

Sędzia: Daudén Ibáñez

Stadion: Lluís Companys
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (1)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze