Danke, Herr Flick!

Michał Gajdek

19 marca 2026, 09:10

55 komentarzy

Fot. Getty Images

FC Barcelona rozpocznie kwiecień jako ćwierćfinalista Ligi Mistrzów i lider LaLigi. Choć biorąc pod uwagę markę klubu może wydawać się to oczywiste, to przecież jeszcze niedawno wcale tak nie było, a my obserwowaliśmy naszych ulubieńców walczących o TOP4 ligi hiszpańskiej i toczących boje w Lidze Europy. Najważniejsze nie są dla mnie jednak wyniki, a styl, w jakim są one osiągane. Podziękować za niego powinniśmy przede wszystkim Hansiemu Flickowi.

Ktoś po przeczytaniu tego wstępu może podrapać się po głowie i powiedzieć: „co on pie… wygaduje”. Styl ważniejszy niż wyniki? Cóż, nigdy nie ukrywałem, że nie jestem resultadistą. Piłka nożna, czy ogólnie sport, to dla mnie przede wszystkim emocje. Jasne, lepiej mieć pełną gablotę niż pustą, ale wymęczone trofea szybko odchodzą w zapomnienie i stają się tylko suchymi wpisami na Wikipedii.

Weźmy dla przykładu drugą połowę mistrzowskiego sezonu 2022/23. Pamiętacie rekord meczów zakończonych 1:0, nikłą liczbę okazji pod bramką rywala i trenera ze zbolałą miną tydzień po tygodniu mówiącego o cierpieniu? No właśnie. Dziś jest rocznica dosłownie jedynego meczu z tamtego okresu, który wrył mi się w pamięć. Nie dlatego, że Barça zagrała w nim nienagannie, ale dlatego, że ciesząc się po golu Kessiégo przeciwko Realowi Madryt w samej końcówce spotkania omal nie spadłem kilka rzędów trybun niżej. Do dziś pamiętam te emocje.

Jako ogół społeczeństwa mało rzeczy łączy nas tak jak to, że szybko przyzwyczajamy się do dobrego – i chcemy więcej. Wiadomo, „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Dlatego czasem zamiast patrzeć tylko do przodu warto zatrzymać się i docenić to, co już udało nam się osiągnąć. A ostatnie dwa sezony to najlepszy czas FC Barcelony od momentu, gdy swoją grą czarowało nas trio Messi, Suárez, Neymar. Do dziś potrafię odtworzyć dokładnie to, co wtedy czułem. I nawet jeżeli później, za czasów Ernesto Valverde, pucharów nie brakowało, to dopiero Hansi Flick znów dostarczył mi solidną dawkę tego, czego szukam w piłce – emocji.

A przecież w tym wszystkim niemiecki szkoleniowiec to po prostu fachowiec najwyższej klasy. Jeżeli aż tylu piłkarzy potrafi – przynajmniej czasowo  – spowodować u nas uniesienie brwi i myśli „ej, to on tak potrafi?”, to przed docenieniem ich samych trzeba dostrzec rolę trenera. Weźmy na przykład Gerarda Martína. Nie mamy tu do czynienia z wonderkidem, który przewijał się na kompilacjach już kiedy był dzieckiem. Nie podbił reprezentacji młodzieżowych. Ba, nawet nie wychował się w La Masii – do 21. roku życia grał pod nosem skautów Barçy, w trzecioligowej Cornelii. Został sprowadzony bezkosztowo, jako uzupełnienie składu drużyny rezerw. I znów – spędził tam sezon i przysięgam, że nie słyszałem, żeby ktokolwiek w tym czasie zwrócił na niego uwagę.

I wtedy do Barçy trafił Hansi Flick. Gdy zorientował się, że klubu nie stać na spełnienie jego transferowych życzeń – jakkolwiek skromne by one nie były – nie wylewał żali na konferencjach prasowych, nie wypuszczał informacji o swoim niezadowoleniu do zaprzyjaźnionych dziennikarzy, nawet nie tonował oczekiwań. Zobaczył, kim dysponuje i po prostu postawił na Gerarda Martína. Co jednak ważniejsze, zobaczył w nim to „coś”, gdy my wszyscy widzieliśmy tylko zagubionego zawodnika bez wielkiego potencjału. Dziś Hiszpan jest znany jako Maldini, ma na koncie asysty w półfinale Ligi Mistrzów, a w międzyczasie okazało się jeszcze, że radzi sobie nie na jednej, a dwóch pozycjach.

Przykład Gerarda Martína jest najbardziej imponujący, ale przecież pamiętamy, jak wyglądał w zeszłym sezonie Marc Casadó. Widzimy, jak odważnie Flick postawił na Marca Bernala. Eric García w niczym nie przypomina chłopaka, którego bez żalu wysłano do Girony. „Brazylijczyk bez dryblingu” Raphinha powinien był znaleźć się na podium Złotej Piłki. Fermín López ma najlepsze statystyki strzeleckie ze wszystkich pomocników lig TOP5. I tak dalej, i tak dalej…

A przy tym wszystkim, w powszechnym mniemaniu Barça stała się najbardziej emocjonującą do oglądania drużyną Europy. I nawet jeżeli czasem piłkarze przyprawią nas o zawał kolejnym zaspaniem w pierwszej akcji meczu, czy stracimy którąś z rzędu identyczną bramkę, to przede wszystkim po prostu świetnie się bawimy. A o to, cholera jasna, w tym wszystkim chodzi. Piłkarze grają o wynik, bo to sportowcy – chcą być najlepsi. A ponadto, to po prostu ich praca i wymierne korzyści finansowe. Kluby płacą im właśnie za osiągane rezultaty. My jako kibice „nic” z tego bezpośrednio jednak nie mamy – poza właśnie emocjami.

Dlatego dla mnie osobiście puchary na koniec sezonu będą bardzo miłym, ale jedynie dodatkiem do nich. Gdybym patrzył tylko na wyniki, to nie chodziłbym na Camp Nou i nie jeździł na wyjazdy, tylko sprawdzał rezultaty w internecie. Nie tego jednak szukam w piłce. Poszukuję tego przypływu dopaminy, gdy widzę kolejną spektakularną interwencję Joana Garcíi, dostojne kółeczko Pedriego, drybling Lamine Yamala czy atomowe uderzenie Fermína. I jeżeli nawet okaże się, że ostatecznie Barça nie podniesie w tym sezonie żadnego trofeum, to tych wszystkich momentów i tak nikt mi już nie zabierze. Nie zapomnę przecież emocji towarzyszących siedmiu bramkom wbitym Newcastle.

Ten wyważony, spokojny Niemiec po prostu – jak niegdyś tańczący brazylijską sambę Ronaldinho – przywrócił mi uśmiech. Danke, Herr Flick. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe emocje. I czekam na więcej.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (55)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze