„Chcemy sprawić, żeby niemożliwe stało się możliwe” – mówił Hansi Flick na konferencji prasowej przed rewanżowym meczem z Atlético w półfinale Pucharu Króla. Z kolei jego podopieczni trzymają się hasła „1% szans, 99% wiary”. Nie ma wątpliwości, że dokonanie remontady po porażce aż 0:4 w pierwszym spotkaniu rzeczywiście wydaje się wyczynem z kategorii cudów.
Byłoby dużo łatwiej, gdyby Barcelona zainicjowała odrabianie strat na początku drugiej połowy pierwszego starcia. Pau Cubarsí trafił wówczas do siatki, ale jego trafienie zostało anulowane ze względu na rzekomą pozycję spaloną Roberta Lewandowskiego, której nie było, jak wykazywały ostatnie analizy. A przecież chwilę wcześniej Giuliano Simeone powinien wylecieć z boiska. Być może pojedynek potoczyłby się inaczej i Katalończycy nie przystępowaliby do rewanżu w takim położeniu.
WIELE do poprawy
Nie można jednak sytuacji Barcelony usprawiedliwiać pracą sędziego. Katalończycy zasłużyli na tę porażkę swoją fatalną postawą. Barça była dziurawa w obronie, a nawet jej znakomity bramkarz zawalił gola otwierającego wynik. Blaugranie brakowało skuteczności pod bramką rywala, drużyna wyglądała fatalnie na poziomie fizycznym, a Hansi Flick nie pomagał swoimi decyzjami i zdecydowanie przegrał pojedynek taktyczny z Diego Simeone. Chcąc awansować do finału, Barcelona musi znacząco poprawić się w tych wszystkich obszarach, nie może popełniać błędów, musi być solidniejsza i efektywniejsza. Innymi słowy - rozegrać perfekcyjny mecz.
Dobrą podstawą do remontady mogłoby być ostatnie spotkanie z Villarrealem. Barça pokonała 4:1 zespół mający w LaLidze tyle samo punktów co Atlético. Nie tylko na poziomie wyniku widać jednak, że trzeba by było coś do tego fundamentu dołożyć (abstrahując od nieporównywalnie większego potencjału Atléti od zespołu Żółtej Łodzi Podwodnej...). Przede wszystkim solidniejszą defensywę, która nawet przy nielicznych sytuacjach potrafi niestety dopuścić rywala we własne pole karne. A przecież każda bramka Rojiblancos będzie znacznie utrudniała zadanie. Już strzelenie czterech goli ekipie Simeone wydaje się trudnym celem, a co dopiero, jeśli ten pułap dający awans będzie się zwiększał...
Barcelona była jednak w stanie w niedalekiej przeszłości osiągać sporą zdobycz bramkową w pojedynkach z Atlético. W 4 z poprzednich 6 starć rozgrywanych przed półfinałem Barça strzeliła co najmniej 3 gole. To nie jest więc tak, że Katalończycy mają wybitne trudności ze stwarzaniem okazji w konfrontacjach z Atléti. Problem polega na tym, żeby w defensywie nie stracić tego, co zyska się z przodu, oraz na skuteczności.
Kto będzie odrabiał wynik?
Ten ostatni element też może być problemem. A przecież Barça musi strzelać nie tylko celnie, ale i szybko, żeby napędzić się na remontadę. Ferran Torres nie imponował ostatnio efektywnością, a w lutym ani razu nie trafił do siatki, podobnie jak Raphinha i Marcus Rashford (obaj leczyli jednak kontuzje). W dodatku Barcelona zagra dziś bez Roberta Lewandowskiego. Innymi słowy, Katalończycy muszą strzelić co najmniej cztery gole (żeby doprowadzić do dogrywki), mając tylko jednego napastnika, który w ostatnich sześciu spotkaniach potrafił pokonywać bramkarzy rywali. Czy w tej sytuacji Flick postanowi coś zmienić i wprowadzić „fałszywą 9” w postaci np. Daniego Olmo?
Nie ma co ukrywać, że zabójczo skuteczni muszą być Lamine Yamal czy Raphinha, a przecież trudno o nich powiedzieć, żeby wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję. A właśnie takiej efektywności będzie potrzebowała Barcelona, odrabiając tak pokaźne straty. Wpływ Fermína Lópeza w dorobek bramkowy też będzie bardzo istotny. Podczas kadencji Flicka Barça siedem razy uzyskiwała wynik, który dałby jej dziś awans. Problem w tym, że rywale byli słabsi niż obecne Atlético.
Walka na noże
Dobre przygotowanie fizyczne też będzie ważnym czynnikiem. W pierwszym spotkaniu Barça miała ewidentne problemy po tym, jak wyleciała do Madrytu dopiero w nocy, co zakłóciło rytm dobowy zawodników. Od tego czasu drużyna Flicka rozegrała jednak tylko trzy spotkania, a Atlético musiało dodatkowo rywalizować w barażach o 1/8 finału Ligę Mistrzów. Czy ten wysiłek odbije się teraz na Rojiblancos?
Ekipa Simeone w tym okresie znów pokazała się jako zespół wyjątkowo niestabilny. Po wygranej w cuglach z Barceloną przyszła dotkliwa porażka 0:3 z Rayo czy minimalna wygrana z najsłabszym w LaLidze Realem Oviedo. Warto jednak podkreślić, że Atlético ma szeroką kadrę, z której ochoczo korzystał Diego Simeone przy rotowaniu składem. A przecież Rojiblancos zrealizowali swój cel – awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Dodatkowo wskoczyli na podium w LaLidze po porażce Villarrealu z Barceloną.
Takie i wiele innych ciekawych statystyk oraz wyniki na żywo znajdziesz u naszego Partnera - aplikacji Superscore.
O wyjątkowej motywacji Atlético wspominaliśmy już przed pierwszym spotkaniem. Dla ekipy Simeone Puchar Króla może być jedyną szansą na trofeum w tym sezonie. Determinacji graczom Rojiblancos nie zabraknie. Można spodziewać się ostrej gry, zwłaszcza że dzisiejszy pojedynek poprowadzi arbiter od lat znany z pobłażliwości.
Trzeba się nakręcić
Jeśli Barcelona chce awansować, ten poziom zdeterminowania musi być u niej jeszcze wyższy. Widać, że podopieczni Flicka i zresztą cały klub nakręcają się na kolejną spektakularną remontadę. Niezależnie od efektu finalnego to dobrze, że panuje takie nastawienie, bo walczyć trzeba do końca. Zaprezentowanie chociaż odpowiedniego podejścia, żeby nigdy się nie poddawać, jest tym, czego możemy oczekiwać w takich okolicznościach, gdy trudno wymagać więcej. Ten stan ducha może też wiele powiedzieć o szansach zespołu w innych rozgrywkach, nawet jeśli dziś z jakiegoś powodu po prostu się nie uda, nie wystarczy.
Przedstawmy pewne liczby, które wiele mówią o skali wyzwania. Diego Simeone podczas swojej kariery w Atlético w 775 z 780 meczów uzyskiwał wyniki, które dziś dałyby mu awans. NIGDY nie przegrał pięcioma golami. Tylko powtórzenie rezultatu z 5 spotkań podczas pracy Argentyńczyka w Atléti przyniosłoby Barcelonie dogrywkę. Żaden z tych pojedynków nie odbywał się jednak w krajowych rozgrywkach. Ostatnim razem Rojiblancos przegrali 0:4 z Arsenalem w obecnej edycji Ligi Mistrzów.
Wielu już nie wierzy. Mimo niewielkich szans warto jednak podejść do tego spotkania chociaż z minimalnymi nadziejami. W końcu na tym polega kibicowska wiara, czasem może niezbyt racjonalna, ale właśnie na takich emocjach bazuje cały ten sport. Po to oglądamy piłkę nożną, po to się nią ekscytujemy. Dla wyjątkowych wyczynów, które zapamiętamy na lata. Czy i tym razem czeka nas kolejna spektakularna remontada, jak w słynnym starciu z PSG? Warto w to wierzyć, nawet jeśli się nie uda. Niech show trwa, bo jeśli na coś możemy liczyć, to na dobrą zabawę, wymianę ciosów i pokazanie charakteru w trudnych okolicznościach. A jeśli ktoś może w tak cudowny sposób odwrócić losy rywalizacji, to właśnie ekipa Flicka - "królowa remontad".
Komentarze (29)