Dziś nie chodzi już o to, czy Barcelona znajdzie następcę Roberta Lewandowskiego, tylko czy w ogóle ma z czego wybierać. Rynek napastników kurczy się w błyskawicznym tempie: jedni właśnie podpisują kontrakty z gigantami Premier League, inni są poza zasięgiem finansowym. A czas ucieka, bo era Lewandowskiego w stolicy Katalonii nieuchronnie zbliża się do końca.
Podczas gdy Barça nie jest pewna rejestracji kupionego za 25 milionów euro Joana Garcíi oraz wypożyczonego Rashforda, Liverpool szykuje transfer Alexandra Isaka za grubo ponad 100 milionów euro, mimo że wczoraj ogłosił przybycie innego napastnika - Hugo Ekitike - za 95 milionów. Z kolei Arsenal pozyskał Viktora Gyökeresa za 63 miliony euro plus zmienne, a Newcastle planuje zastąpienie wspomnianego Isaka Bejaminem Šeško z RB Lipska. Takie są obecnie realia: dystans między Premier League a LaLigą staje się coraz większy.
Barcelona miała jeszcze kilka tygodni temu jasny plan: sprowadzić nowego bramkarza i lewego skrzydłowego na lata, a za rok zainwestować w następcę Roberta Lewandowskiego. Dziś wiemy, że udało się kupić utalentowanego Joana Garcíę, który od razu ma być numerem "1" w bramce Blaugrany, ale saga z Nico Williamsem znów zakończyła się fiaskiem. Wypożyczono zamiast niego Marcusa Rashforda, który jest pełen ochoty, ale nie ma żadnej gwarancji, że odbuduje się w Barcelonie.
Co więcej, coraz trudniejsze staje się wyzwanie zastąpienia Roberta Lewandowskiego, którego umowa z klubem wygasa 30 czerwca 2026 roku. Hansi Flick widocznie już teraz próbuje przygotować drużynę do gry bez Polaka, ponieważ ma według mediów próbować częściej grać z fałszywą dziewiątką w osobach Daniego Olmo czy Raphinhi, a także jeszcze mocniej stawiać na Ferrana Torresa. Być może w tym sezonie uda się dzięki temu wypracować system, który sprawi, że kolejnego lata nie trzeba będzie kupować cracka na pozycję nr "9". Ale jeśli nie - trzeba będzie kogoś znaleźć, a opcji jest coraz mniej.
Załóżmy idylliczny scenariusz, w którym za rok Barça już na pewno będzie operować wedle zasady 1:1 i będzie miała spore środki na transfery. Kto mógłby zastąpić Roberta Lewandowskiego? Alexander Isak? Chce już teraz odejść z Newcastle, a Liverpool jest gotów go kupić. Viktor Gyökeres? Jest już zawodnikiem Arsenalu. Benjamin Šeško? Ma być następcą Isaka w Newcastle. Julian Álvarez? Umowa z Atlético do 2030 roku z klauzulą w wysokości 500 milionów euro. Lautaro Martínez? Umowa do 2029 roku z Interem, którego jest kapitanem. Erling Haaland? Bez komentarza.
W ostatnich miesiącach najwięcej w tym kontekście mówiło się o Julianie Álvarezie. Według Marki nazwisko Argentyńczyka miałoby zostać wykorzystane jako narzędzie w kampanii prezydenckiej Joana Laporty w 2026 roku. Prezydent ma już otwarcie mówić o potencjalnym pozyskaniu 25-latka. Co więcej, sam agent napastnika Atlético Madryt nie wykluczył takiej opcji, przyznając, że Álvarez czuje sympatię do Barçy poprzez osobę Leo Messiego, oraz że w futbolu nigdy nic nie wiadomo. Pewne jest jednak, że byłaby to wyjątkowo trudna i bardzo kosztowna operacja.
Nie można zatem wykluczyć, że klub zdecydowałby się na mniej kosztowną opcję "na przeczekanie", czyli na zawodnika, który z miejsca zapewniłby dobry poziom, ale z niezbyt długim kontraktem. Można tu wymienić takie nazwiska jak Serhou Guirassy czy Alexander Sorloth, ale na razie to wróżenie z fusów. Przez rok w futbolu dzieje się wiele. Być może wyklaruje się przez ten czas zupełnie nowa "dziewiątka", która będzie idealnie pasować do Barcelony. Na ten moment pewne jest jednak, że będzie to bardzo trudne zadanie.
Komentarze (74)