Ostatnie tango w Madrycie

Dylu

17 lipca 2005, 14:50

Brak komentarzy
I tak oto dzięki - jakkolwiek okropnie to zabrzmi - al Kaidzie historia wreszcie łaskawiej zerknęła na Camp Nou, a dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Dla Polaków José Luis Zapatero na czele hiszpańskiego rządu oznacza rejteradę sojusznika z Iraku, dla Hiszpanów - o niebo więcej. Państwem kieruje cule, fan Barcelony. Nie zdarzyło się to jeszcze nigdy, a oznacza mniej więcej tyle, że wreszcie nadchodzą cudowne lata katalońskiego futbolu.

W każdym razie ery powszechnej szczęśliwości oczekują bywalcy Camp Nou od niepamiętnych czasów tłumaczący triumfy Realu Madryt przywilejami, jakimi cieszy się klub rządowy - a zdarzało się, że reżimowy - i przemilczający tak banalne prawdy jak refleksja, że kaperowanie Zidane'a czy Ronaldo było jednak posunięciem nieco trafniejszym niż ściąganie zastępów Rochembacków, Christanvali i im podobnych wirtuozów. Notabene, tropiących spiski usprawiedliwia nieco XX wiek, w którym Hiszpanią, czy to demokratyczną, czy autorytarną, niemal zawsze rządzili madridistas. Wyjątkiem był tylko Felipe Gonzalez deklarujący sympatię do Betisu Sewilla, ponoć zresztą z wyrachowania - dla potwierdzenia robotniczych sympatii.

W każdym razie Zapatero trzymał się przed wyborami wątku irracjonalnego, powtarzając "jeśli wygramy, odmieni się los Barcelony". Miał rację. Piłkarze zaczęli zachwycać jeszcze przed pójściem do urn, ale pełnia (katalońskiego) szczęścia, czyli madrycka niemoc, zapanowała już po nich. W finale Copa del Rey Real stołeczny uległ temu z Saragossy, a wieczór wydawał się ze wszech miar symboliczny. Na stadionie w Barcelonie po prawicy króla Juana Carlosa zasiadł nie ustępujący José Maria Aznar, lecz prezydent Katalonii Pasqual Maragall. Kilka dni później mistrzowie kraju zostali rozbici w Bilbao, a Katalończycy drużynę z Sociedad pogrążyli w doliczonym czasie gry, co akurat im - wpisującym się w regułę "jak idzie, to idzie, a jak nie, to nie" - zdarzało się ostatnio jeszcze rzadziej niż udany transfer.

Barcę w końcu jednak zadyszka wytrąciła z uderzenia, a Realowi wystarczył powrót Ronaldo, piłkarza talizmanu, by skompromitować wiarę w tajemne moce płynące z premierowskiego fotela. A jednak Zapatero może zainicjować rewolucję w całym hiszpańskim futbolu, tak zdominowanym przez regionalne fanatyzmy. Ich emocjonalną skalę dobrze ilustruje Purines, jedna z bohaterek katalońskiego pisarza Eduardo Mendozy. Odziana w skórę od stóp do głów prostytutka, z pejczem w ręku, "przyjmuje o każdej porze dnia i nocy (...) podejrzanych dżentelmenów, którym spuszcza przeraźliwe cięgi" i którzy "w kulminacyjnym momencie wyją z rozkoszy i krzyczą 'Barca, Barca' ". Zapatero to cule nietypowy, bo pochodzący z Valladolid w centrum kraju, gdzie ci, którzy nie kibicują lokalnej drużynie, sprzyjają madryckiemu Realowi. On poszedł inną drogą, ale w końcu futbolowe obsesje zwykle chadzają własnymi, mocno krętymi ścieżkami - ponoć wśród Katalończyków zdarzają się fani Realu, choć do zboczeń w tym guście przyznają się prawdopodobnie z zapałem działaczy Ligi Polskich Rodzin rozpowiadających, jak przyjemnie wdzięczyć się przed lustrem w damskich fatałaszkach.

W każdym razie Katalończycy liczą na to, że Zapatero przychylniej pomyśli o ewentualnej sportowej autonomii regionów. Sygnał dały międzynarodowe władze hokeja na wrotkach, które zezwoliły, by w przyszłorocznych mistrzostwach świata Katalonia wystawiła własną reprezentację. Hiszpański hokej na wrotkach może się po tym ciosie nie podnieść, jego oburzony szef już złożył dymisję, nadzieją urosły za to serca nie tylko Katalończyków, bo własne ambicje mają także Kraj Basków, a nawet Galicja czy Walencja. Czy spełnienie ich marzeń oznaczałoby rozbicie jednej silnej reprezentacji na kilka słabych? Niekoniecznie, bo tamtejsi piłkarze mogą sobie snuć rozważania - co zresztą czynią nieustannie - o klątwie ciążącej nad hiszpańską kadrą, mi jednak wciąż pobrzmiewają wrzaski klientów Purines, którzy w ekstazie jęczą "Barca, Barca", a nie "Espana, Espana". Piłkarze z Bilbao rok w rok dowodzą, że potencjał dwumilionowej nacji szalejącej na punkcie futbolu wystarcza, by utrzymywać się w silnej Primera Division, a nawet od czasu do czasu świętować triumf nad Realem. Wystarczy zapewne także, by jeszcze oddalić polskie nadzieje na występ w mistrzostwach Europy. Intryguje tylko to, komu Zapatero, bądź co bądź premier Hiszpanii, kibicowałby w jej meczu z Katalonią. Problemów ze swoimi sympatiami musi mieć wyżej uszu. Obie jego córki to gorące fanki Realu. Grając z tatą na Playstation, zakładają koszulki z nazwiskami Raula i Figo. I nigdy nie dają mu szans.

Jak rozpadłaby się hiszpańska...

reprezentacja, jeśli oczywiście piłkarze pozostaliby wierni regionom? Dla Katalonii mogliby zagrać m.in. Puyol, Xavi (Barcelona), Capdevila, Luque (Deportivo) i Tamudo (Espanyol). Dla Galicji: Salgado (Real). Dla Valencii: Bravo, Albelda, Vicente. Dla Kraju Basków: Etxeberria, Urzaiz i pozostali piłkarze Athletic Bilbao, oraz Xabi Alonso (Sociedad).

Wielki powrót Barcy...

szykują działacze na przyszły sezon. Porozumieli się już ponoć ustnie z Davidem Trezeguetem (Juventus Turyn), który zastąpi zblazowanego Patricka Kluiverta. Chcieliby także Vicente, chyba najlepszego w tym roku lewoskrzydłowego w Europie, ale działacze Valencii ogłosili, że "piłkarz zostanie u nich do końca kariery".

Autor: Rafał Stec

[źródło: gazeta.pl]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze